Cisza, a potem rozmawialiśmy o pogodzie. Poronienia – tam gdzie tabu spotyka ignorancję.

260H

Ostrzeżenie: w poniższym tekście występują opisy, które mogą być odbierane jako drastyczne.

Poronienia to jeden z tych tematów, których nigdy w planach nie miałam. Niemniej od jakiegoś czasu regularnie napływały do nas prośby o napisanie czegoś na ten temat. Problem polegał na tym, że kompletnie nie wiedziałam czym jest to „coś na ten temat” o które prosicie, dlatego poprosiłam was o podzielenie się waszymi historiami.

Odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Dostałam kilkaset maili, które mnie absolutnie rozjechały – ja taran emocjonalny, który w zasadzie nigdy nie płacze ryczałam jak bóbr przy ich lekturze. Było w nich wszystko – radość i smutek, życie i śmierć, nadzieja i jej brak, personel z sercem:

Kiedy już płakać zaczęłam na moim łóżku usiadła położna i głaskała mnie po ręce. Powtarzała „Płacz. Płacz. Tylko tyle nam zostało…

i bez:

W mojej sali były 2 ciężarne którym właśnie robiono KTG!!! Boże … Jak tak można??? Jak można kazać mi słychać bicia serca tych dzieci skoro moje właśnie popłynęło do wc…

Były kobiety, które doświadczyły jednego poronienia, były takie które doświadczyły dwóch, trzech, czterech, siedmiu nawet. Były ciąże biochemiczne:

Moja pierwsza ciąża została sklasyfikowana jako biochemiczna. Czyli takie nic, trudno powiedzieć, że było się w ciąży, (która trwała tylko parę dni) bo na tym etapie mało kto uznaje życie, nie mówiąc już o tym, żeby po tym życiu płakać, przecież to absurdalne. O takiej ciąży pamięta tylko mama, czując ten swój absurdalny ból, zapalając maleńki znicz na umownym grobie.

Poronienia w trymestrze pierwszym:

Leżę na ginekologicznym fotelu, cieszę się na widok mojego Pazurka na monitorze komputera. Widzę, widzę, jest, jest taki piękny dzidziuś i raczki ma tak do góry – jakby spał. Uczucie bezgranicznej miłości wypełnia mnie całą i… bez żadnego przygotowania – płód jest martwy. Patrzę na nią i proszę, żeby mi to powtórzyła… Płód jest martwy, nie bije serce, dziecko od ostatniej wizyty nie urosło… Patrzę na czarny monitor komputera, patrze na nią…
– Co pani mówi!? Przecież ja widzę to dziecko, przecież Ono Tam jest!!!
– Jest, ale martwe.

i w drugim…

Synka zobaczyłam dopiero w dniu pogrzebu kiedy odbierałam jego ciało z prosektorium. Przyniósł mi go pracownik kostnicy. W dłoni, owiniętego ligniną. Wyjęty z formaliny śmierdział, był sino-czerwony a dla mnie i tak był piękny. Miał usta po tacie. Włożyłam go do urny, owinęłam pieluszką i moją szatką do chrztu, włożyłam w ramiona pluszowego misia. Zamknęłam urnę, wzięłam ją w ramiona i wróciłam do czekającego w samochodzie zapłakanego męża. Podróż na cmentarz to mimo wszystko były cudowne dwie godziny. Miałam moje dziecko blisko, trzymałam je na kolanach, głaskałam urnę i żegnałam się z moimi marzeniami.

Były historie, które odcisnęły piętno na całym życiu

Zaczynając pisać do Ciebie rozpłakałam się – mąż zapytał mnie dlaczego płaczę… powiedziałam, co piszę, przytulił mnie i powiedział „Spokojnie, to już minęło”.  Myślę, że to jest właśnie stanowisko ludzi, którzy nie przeżyli poronienia. Myślą, że to się skończyło, że minęło, a każda kobieta, która to przeżyła – tak mniemam – wie, że nie minęło nic. To wraca. Moje dziecko miało 7 tygodni…dla wielu to nie człowiek…a ja nieskończenie wiele razy zastanawiam się – czy było chłopcem…dziewczynką…

I podejścia na zimno

Może to kwestia mojej konstrukcji psychicznej, ale nie rozpamiętuję tego, nie myślę o tym ile lat miałoby teraz moje pierwsze dziecko, ba – uważam nawet, że czasami natura wie co robi i sama „usuwa” wadliwe zarodki. Jestem po prostu częścią ponurej statystyki wczesnych poronień.

Było wszystko… prawie. Brakowało tylko empatii i świadomości. Wasze historie były skrajnie różne, ale niemal we wszystkich podkreślałyście absolutny brak zrozumienia ze strony otoczenia. Obraz jaki się z tego wyłaniał był przygnębiający – kobietę po poronieniu często traktuje się jak śmierdzące jajo, a samo poronienie to w wielu rodzinach temat zakazany.

W rodzinie wstyd i temat tabu. Nie poruszany przy stole, nikt się nie może dowiedzieć. Nie można o tym rozmawiać. W któreś święta nie wytrzymuje i mówię, że tak staramy się, tak nie możemy mieć dzieci, tak poroniłam dwa razy, tak robimy in vitro. Cisza. Potem rozmowa o pogodzie.

Cisza.

Tabu.

Zamiecione pod dywan znika. Nie istnieje. Nie ma go w świadomości bliskich. Nie ma go w świadomości społeczeństwa. Kilka miesięcy temu opublikowano najobszerniejsze jak dotąd dane dotyczące świadomości społecznej poronień i okazało się, że aż 55% uczestników badania jest przekonanych, że poronienia zdarzają się ekstremalnie rzadko, że dotyczą mniej niż 5% ciąż [1].

Tymczasem brutalna, naukowa prawda jest taka, że z bólem poronienia zmierzyć musi się 20-25% ciężarnych, a bardziej obrazowo, że poronieniem kończy się 1 ciąża na 5.

A nawet 1 na 4.

Statystyki te byłyby zresztą jeszcze gorsze gdybyśmy wzięli pod uwagę ciąże których kobieta nie jest świadoma, czyli te które kończą się jeszcze zanim kobieta zrobi test ciążowy.

Mimo to świadomość przejmującej powszechność poronień jest znikoma – to widać nie tylko w wynikach badań, ale też w waszych mailach.

Zawsze wiedziałam że poronienia występują, tak jak śmierć np mamy, ale takie rzeczy zdarzają się innym, nie mnie. Myślałam, że trzeba być przynajmniej na coś chorym, albo nie dbać szczególnie o siebie, a ja zdrowa jak ryba i silna babka jestem.

Co jednak najsmutniejsze przez naszą nieświadomość i ignorancję, często dokładamy kobietom po poronieniu dodatkowego bólu, cierpienia i frustracji, zrzucając na ich barki poczucie winy z którym nie każdy będzie w stanie sobie poradzić.

Zadzwoniłam do teściowej, żeby przyjechała i zajęła się córką, bo wiedziałam, ze muszę jechać do szpitala i gdy jej powiedziałam, że poroniłam usłyszałam: Co zrobiłaś? Poczułam się strasznie…

76% uczestników wspomnianego wyżej badania uważa, że główną przyczyną poronienia może być pojedyncza stresowa sytuacja. 74% uważa, że może to być długotrwały stres. 64% za ewentualny powód podaje podniesienie ciężkiego przedmiotu. 41% uważa, że za poronieniem mogą stać przebyte choroby przenoszone drogą płciową, 28% optuje, że przyczyną może być wcześniejsze stosowanie wkładki wewnątrzmacicznej lub doustnej antykoncepcji (22%). Dla 21% przyczyną poronienia może być wdanie się w kłótnię. Ba! 23% ankietowanych zgodziło się ze stwierdzeniem że do poronienia można doprowadzić nie chcąc ciąży wystarczająco mocno…

Tymczasem przyczynę znakomitej większości poronień stanowią po prostu wady genetyczne zarodka. Zbyt duża lub zbyt mała liczba chromosomów albo inne błędy genetyczne uniemożliwiające jego prawidłowy rozwój. Błędy zupełnie przypadkowe. Nie powstałe z niczyjej winy. Nie do przewidzenia. Nie do zapobieżenia. Pozostałe częste przyczyny mają podłoże natury stricte medycznej jak choćby niezdiagnozowana dotychczas nieprawidłowa budowa narządów rodnych, zaburzenia endokrynologiczne, choroby autoimmunologiczne. Czasem przyczynę stanowią zakażenia wirusowe lub bakteryjne. Czasem przyczyny są bardzo złożone. Czasem przyczyn po prostu nie da się ustalić.

A mimo to w waszych mailach pełno było opowieści o ferujących wyroki i raczących swoimi nieuzasadnionymi medycznie mądrościami bliskich, ot choćby jak tu:

Kilka dni po poronieniu zadzwoniła do mnie mama i odkrywczo powiedziała, że to na pewno przez to że się opalałam albo że podnosiłam starszego synka, czyli że moja wina. Teściowa z kolei stwierdziła, że „może trzeba było bardziej uważać”. Nie bardzo wierzę w tę opcję, ale czasem ta myśl do mnie wraca czy to nie było przeze mnie.

Zresztą stopień rozdźwięku pomiędzy tym co o poronieniach wie nauka, a tym w co wierzą ludzie jest tak ogromny, a mity dotyczące przyczyn poronień są w społeczeństwie zakorzenione tak mocno, że w wielu wypadkach nie trzeba nikogo kto sugerowałby winę kobiety. Kobiety same się nią zadręczają.

Czasem myślę, że może prowadziłam zbyt intensywny tryb życia, zbyt stresujący,  może to moja wina…i tak mijają dni.

Czułam się opuszczona, zrozpaczona, rozbita i winna. Miałam wrażenie, ze popełniłam gdzieś jakiś niewybaczalny błąd, że coś nie takiego zjadłam, że za mało odpoczywałam.

Czułam się gorsza od innych kobiet. Nie utrzymałam ciąży, nie dałam życia.

Z ankiety przeprowadzonej wśród kobiet i mężczyzn, którzy stracili dziecko w pierwszych 20 tygodniach ciąży wynika, że prawie połowa z nich czuła się winna, a 41% było przekonanych, że zrobiło coś niewłaściwego, co mogło doprowadzić do poronienia. Uczucie osamotnienia towarzyszyło 41% ankietowanych. 28% czuło wstyd.

Wszystko to sprawia, że wpadamy w błędne koło. O poronieniach się nie mówi, bo towarzyszy im masa mitów w związku z czym kobiety czują się winne i osamotnione, przez co wstydzą się mówić głośno o swoich doświadczeniach, a jeśli już zaczną to bliscy bardzo często nie wiedzą co z „tym” zrobić i ucinają temat, przez co z kolei spora część społeczeństwa przekonana jest, że poronienia zdarzają się rzadko. Co gorsza jeszcze większa cześć za ich przyczynę uznaje czynniki, które z poronieniami mają niewiele wspólnego, ale za to skutecznie obarczają „winą” kobietę. Nic więc dziwnego, że poronienia często stygmatyzują. Nic więc dziwnego, że dochodzi później do takich sytuacji:

W szpitalu byłam w sali z dziewczyną, która powiedziała, że nie zna nikogo, kto by poronił. To przecież praktycznie niemożliwe, by w wieku rozrodczo dość zaawansowanym nie znać żadnej kobiety po poronieniu. A ona czuła się dodatkowo zgnębiona tym, że tylko ona, sama jedna, straciła ciążę, a wszystkim znajomym się udało. Dlatego uważam, że warto mówić o tym, że się straciło ciążę, wszystkim osobom z bliskiego otoczenia.”

Problem w tym, że bliscy naprawdę nie potrafią się w tym wszystkim odnaleźć i często jeśli już zaczną mówić to mówią, choć z dobrymi intencjami to jednak nieudolnie i dodając bólu.

– Nie martw się, jeszcze SOBIE URODZISZ. – klepała po placach babcia, rżnąc moją psyche, świeżo posklejaną po pierwszym poronieniu, tym jakże przedmiotowym, wyzutym z wrażliwości „pocieszeniem”.

Dlatego pozwólcie, że oddam głos kobietom. Poniżej fragmenty niektórych maili. Te w których dziewczyny piszą o tym jakiej reakcji oczekiwały albo o tym jaka je bolała najbardziej. Dla mnie wasze listy stanowiły lekcję pokory i empatii. Mam nadzieję, że strzępki tych historii przedstawione poniżej będą stanowiły taką samą lekcję dla was. Bo choć wiem, że tym którzy cierpią ten wpis nie przyniósł ukojenia to jednak mam nadzieję, że będzie on stanowił maleńki kroczek ku temu by zmienić świadomość społeczną. By poronienie przestało być wstydliwym tabu. By kobiety po poronieniu mogły liczyć na wspierającą obecność bliskich. By nie musiały tłamsić emocji. By mogły otwarcie mówić o tym czego potrzebują, a czego nie.

„W domu ogromna pustka. K sam nie wie co mówić, czego nie mówić. To samo mama. Chyba chcą udawać, że nie było tematu. A ja właśnie wolałabym o tym rozmawiać. Wolałabym. Chciałabym popłakać razem z nimi. Pogadać o tym małym człowieczku.”

„Co można powiedzieć kobiecie, która traci dziecko? Nic. Można z Nią tylko być. Bądź dać jej chwilę samotności, jeśli tego potrzebuje. Każda z nas jest inna.”

„Miałam ogromny problem z mówieniem mamie, że mi przykro czy płakaniem w telefon, bo zaczynała mnie pocieszać, a ja się czułam w obowiązku poczuć lepiej. Ciągle miałam wrażenie, ze gdyby zmarł ktoś, kto się urodził i żył przez chociaż kilka lat, to miałabym większe prawo do żałoby. Widziałam też, że bliscy nie wiedzieli czego ode mnie oczekiwać i nie chciałam ich obciążać moim cierpieniem.”

„Co bym chciała usłyszeć? Chyba nic. Bo żadne słowa nie pocieszą mnie w takiej chwili. Mogłabym przyjąć zwykłe standardowe: strasznie mi przykro, ogromnie Wam współczuję. Boli natomiast: ale przecież możesz! albo Warto próbować! Uda się jeszcze i inne tego typu.”

„Na telefonie ckliwy sms od taty, że bardzo nam współczuje. Nie chciałam takich wiadomości. Nie chciałam tych pieprzonych pseudokondolencji, bo do jasnej cholery nikt nie umarł, bo się jeszcze nikt nawet nie urodził! Napisałam więc w odpowiedzi, że to był tylko zarodek, że tak naprawdę nie ma się czym przejmować (rzecz jasna wyłam jak pies pisząc tego smsa). Nie chciałam współczucia, głupich słów pocieszenia, że wszystko będzie dobrze.”

„Wszystko mnie denerwowało. Wkurzało mnie nawet wyrażenie: „Poroniłam ciążę”. Tak jakby to była moja wina. Nie, ja nie poroniłam, ciąża została poroniona (choć w stronie biernej brzmi to dziwnie).”

„Ludzie w okół postanawiali mnie uświadamiać ciągle, że będę miała jeszcze dziecko, poważnie? To tak jak pocieszanie matki 2 dzieci, że po śmierci jednego jeszcze drugie jej zostało.”

„Bo choć czasem to może wydawać się dziwne, to jednak bywa, że nie ma komu o tym opowiedzieć, bo trudno obciążać bliskich swoimi przeżyciami, bo jest prawie pewne, że koniec końców samemu będzie się pocieszać i podnosić na duchu tych, u których szuka się wsparcia…”

„Bardzo bym chciała, żeby kobiety w każdym wieku wiedziały, że poronienia są częste i koszmarne. Że przydaje się wtedy milczące przytulenie i przyniesienie obiadu. A w przypadku tych, które mają już starsze dziecko – zabranie go czasem, zajęcie rozmową, także o tym, co trudne. Ze czasem tej kobiecie trzeba kazać odpocząć i wziąć wolne z pracy, zamiast udawać, że się nic nie stało. Ze ten temat będzie wracać… święta, które miały być już z dwójką dzieci, wyliczony termin porodu, który nie nastąpił, a może też jak w moim przypadku Święto Zmarłych, kiedy zapalałam o dwie świeczki więcej na grobie ukochanej cioci.  Brakuje mi tez podkreślenia, że strata każdego dziecka boli tak samo, czy to chodzi o pierwsze czy o kolejne i nikt nie ma prawa tego porównywać.”

„Dla mojego męża utrata pierwszej ciąży i trudy związane z dość wymagającym maluchem dały do wiwatu, choć o tym nie mówił. Kryzys małżeński otarł się o sąd i rozwód, półroczne mieszkanie osobno. I tu nastąpił happy end, miłość zwyciężyła i dziś jesteśmy razem, jestem w kolejnej ciąży (…) kobiety pamiętajcie że odczucia mężczyzn są bardzo ważne. Choć oni nie chcą o tym mówić bo czują się bezradni w głębi serca boli ich to podwójnie, za nienarodzone dziecko i za kobietę która kochają i nie potrafią pomoc. Tak zamknięty problem powoduje później masę innych.”

„Mój Mąż zamknął się w sobie z tym tematem, udawał, że go nie ma – to bolało. Bolała reakcja koleżanek: „było wcześnie, zobaczysz, zaraz znowu będziesz w ciąży, machniecie sobie dzidziusia na święta”, później, kiedy na pytanie co słychać zaczynałam opowiadać jak jest naprawdę, zamiast udawać, że jest ok następowała panika, odwrót i zmiana tematu. A ja tylko chciałam żeby ktoś wysłuchał tego wszystkiego – „obowiązek” ten przypadł dopiero półtora roku później, pani psycholog, do której się wybrałam, kiedy stwierdziłam, że już sobie nie radzę.”

„Moi rodzice poprosili mnie o pogrzeb zarodka, co w ogóle nie przyszło mi do głowy i wydało mi się pomysłem bardzo dziwnym, ponieważ zarodek zatrzymał się w 6tc. i miał jakieś 3mm. W moim światopoglądzie to się zupełnie nie mieściło i rodzice to doskonale wiedzą. (Na marginesie: bardzo się cieszę, że kobiety, które mają inne potrzeby, mogą urządzić pogrzeb i przeżyć żałobę po swojemu). Było to dla mnie denerwujące, że w takiej trudnej dla mnie sytuacji muszę się jeszcze wykazywać delikatnością wobec uczuć religijnych moich rodziców.”

„Bardzo mi pomogło internetowe wsparcie na forum, którego jestem częścią już od lat. Dziewczyny pisały mi, żebym pozwalała sobie na wszystkie uczucia i emocje, niczego nie udawała – to było niby oczywiste, ale jednak potrzebowałam, by ktoś mi o tym przypominał. Że mój feministyczny i pro-choice światopogląd nie wyklucza tego, że rozpaczam, bo straciłam upragnioną ciążę, choćby i bardzo wczesną.”

„Mówiono nam, że często po poronieniu organizm jest bardziej „płodny” – nie wiem, czy to mit, czy nie, ale u mnie faktycznie szybko udało się zajść w ciążę. Strasznie mnie wkurzało to, że ci, co wiedzieli o poronieniu, zamiast cieszyć się z tej drugiej ciąży, mówili nieraz „Oj, nie cieszę się, żeby nie zapeszyć”. Czułam nieraz taki dystans ze strony innych, którego nie chciałam. Żal mi było tej pierwszej, wielkiej radości – teraz wiele osób traktowało mnie trochę jak tykającą bombę.”

„Po pierwsze moje otoczenie uznało, że najlepiej będzie unikać tematu. Wszyscy zachowywali się, jak gdyby nigdy nic. I strasznie mnie to skołowało. Z jednej strony rozpaczałam, ale z drugiej nie wiedziałam, czy w ogóle mam prawo. Czy mi wolno. Wiesz, wszyscy zachowują się jak gdyby nigdy nic. Poronienie, ciąża obumarła, tak bywa, dawniej to się nie mówiło o ciąży do 4 miesiąca, nic się nie stało. Nikt nie mówił, że umarło moje dziecko. Ja też tak nie mówiłam, miałam (i do dziś mam) takie poczucie, że umiera dziecko w 8, 9 miesiącu, takie, któremu już biło serce, które rosło. Gdzie ja mam porównywać swoją stratę ze stratą urodzonego wcześniaka? Dziecka, które żyło kilka dni? Dziecka, które umarło tuż przed porodem? Moje dziecko było nazywane dzieckiem tylko przez te 12 tygodni, potem tylko martwa ciąża, zabieg, nawet nie wiem, co zostało i co się stało z tym żółtym wiadrem przygotowanym w pokoju zabiegowym.”

„Myślę ze winne jest podejście do ciąży. Staramy się o nią, przygotowujemy, wyczekujemy. Z testem owulacyjnym w dłoni, potem z ciążowym. Są dwie kreski – a w mózgu kobiety rodzi się dziecko. Nie podwyższona hcg tylko mały piłkarz albo królewna w różowej sukience. Planujemy już imię, pokoik i gadamy do brzucha. Łykamy kwas foliowy i cieszymy się jak wariatki. A potem są łzy bo statystyki są brutalne. Gdyby kobiety podeszły do tego inaczej byłoby łatwiej. A one od razu kochają i mają dziecko. A potem katują się dalej. Celebrują rocznice śmierci, nadają imiona, myślą co by było gdyby. Bo medycyna nam na to pozwala. Bo gdyby nie badania, testy, usg – kobiety dowiadywałyby się o ciąży jakby prawdopodobieństwo poronienia wynosiło 2%. A dowiadują się jak wynosi 30% i potem co trzecia przezywa horror 🙁 Ja moja pierwsza ciąże straciłam serwując sobie traumę, topiąc się w smutku. Jakby mi pół rodziny umarło, a to był raptem pęcherzyk. Kolejne razy kiedy już widziałam serce na usg pomyślałam tak: to szansa na ciąże ale nie wiem czy się uda. Nie nastawiam się, uda się lub nie. To nie dziecko. Dziecko będę mieć gdy je przytulę i zobaczę jak płacze, ssie pierś, żyje. Tylko ten sposób pozwolił mi przetrwać, łącznie 7 ciąż, cztery smutne i krótkie, trzy długie i szczęśliwie zakończone.”

„Ze strony koleżanek i mamy nadchodzi czas kolejnych pocieszeń, z których jednemu chciałabym poświęcić najwięcej uwagi.
– Masz przecież jedno dziecko!
– Ty przynajmniej masz już dziecko, a co mają powiedzieć ci, którzy nie mają w ogóle?
– Najważniejsze, że masz już dziecko, już masz kogo kochać, kim się zajmować i do kogo wracać.
Mam. Moja największa wada w świecie matek starających się i będących po stracie, że już je mam.
I co z tego?
Tak, to wspaniale, że je mam. Tak, doceniam każdą sekundę jaką mogę z nim spędzić, celebruję każdy jego uśmiech i utulam każde niepowodzenie. Ale tak trudno mi się pogodzić z faktem, że odbiera się matkom prawo do tego, by pragnęły tak samo mocno drugiego, trzeciego, kolejnego dziecka. Drugiego dziecka nie pragnie się MNIEJ. Jego strata nie boli MNIEJ. Pragnie się go inaczej, bo pragnie się go w innych okolicznościach, ale pragnie się tak samo mocno, jak tego pierwszego. Pragnie się powołać na świat kolejne życie, kolejną wyjątkową, wspaniałą i jedyną w swoim rodzaju istotę. Naprawdę tak samo, jak pragnąc pierwszego dziecka. Nie pragnie się kolejnych gadżetów – wózków, fotelików, mat edukacyjnych, kolorowych, słodziakowych pieluszek i malunich skarpeteczek. Ani nawet nie pragnie się dziecka jako dopełnienia wszystkich innych życiowych ról i zadań. Pragnie się nowego człowieka – odrębnej istoty, której poznawanie i odkrywanie jest najwspanialszą przygodą.”

„Nie lubię jak osoba rozmawiająca ze mną podkreśla że ona tego nie przeżyła (że miała to szczęście). Skoro ktoś tego nie przeżył niech się tym „nie chwali” niech nie przypomina mi że część osób nie ma takiego pecha jak ja, że są osoby dla których 2 kreski na teście oznaczają dzidziusia.
Albo tekst „jesteś wielka że to przetrwałaś” – a niby co miałam zrobić – powiesić się??”

„Ja oczekiwałam tylko przytulenia lub dobrego słowa, jesteśmy z Tobą, jest nam przykro.”

„Nikt w ogóle o tym nie chciał rozmawiać. Byłam w tym całkiem sama. Każdy traktował to jak temat tabu, a ja czułam się jak trędowata. Pierwsza osoba, która otwarcie zapytała jak się czuje po poronieniu była obca osoba, luba mojego chrzestnego. Było to pytanie wprost z ogromną troska w głosie, wtedy pierwszy raz popłynęły tłumione emocje. Płakałam jak małe dziecko.”

„Kiedy potwierdziła się diagnoza obumarłej drugiej ciąży w 11 tygodniu, czułam smutek i żal, ale był we mnie spokój. W mojej głowie mocno ugruntowane było przekonanie, że skoro na tym etapie tracę dziecko, to pewnie z jakichś powodów jest to dla mnie dobre. Być może miało wrodzoną wadę, która umożliwiałaby mu funkcjonowanie i natura zrobiła swoje. Jestem osobą wierzącą i bardzo łatwo było mi zrozumieć, że Bóg kieruje naszym życiem w sposób dla nas w danej chwili odpowiedni. Nie było we mnie pytań: Dlaczego? Jak to się stało? Czy to moja wina?.
Co jest jedną z najgorszych rzeczy po poronieniu? Słowa…tak, nic innego. Słowa innych, od których w zasadzie nie wymaga się ani pomocy, ani współczucia, wymaga się po prostu szacunku do tego co się wydarzyło, szacunku do cudzych uczuć…moich uczuć, których nie da się wyrazić słowami.”

„Zaczynam mieć wrażenie że większości społeczeństwa należałoby zrobić kurs z empatii, żeby potrafili wysłuchać i powiedzieć że nie wiedzą co czuje ale współczują -nic więcej nie trzeba. Nie mówić że będzie dobrze bo nie chciałam tego słyszeć, gdzieś w środku czułam, że tak będzie ale w danej chwili było/jest źle, tak się czuje i ta najprostsza forma pocieszania po prostu irytuje.”

„Część znajomych nie wiedziała jak się zachować więc traktowali mnie jak powietrze, część po prostu mnie mocno przytuliła i to było najlepsze co można zrobić. W rozmowach nagle okazywało się, że w koło jest pełno kobiet które poroniły. Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak często się to zdarza. Za mało się o tym mówi, zdecydowanie”

……

Mówmy więc.

Tak by żadna kobieta nie musiała czuć się odosobniona w swoich doświadczeniach.

Mama Pierworodnej (02.12) i Drugorodnego (05.14). Żona Wirgiliusza. W pierwszej ciąży otwarła przewód doktorski, w drugiej go zamknęła i od tego czasu może sobie dopisywać przed nazwiskiem tajemnicze znaczki "dr n. med.". Zafascynowana tym jaki wpływ na rozwój mózgu dziecka mają rodzice. Jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Kontakt: w zakładce kontakt ;)

73 Comments

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Pru

    Dziękuję za ten pouczający wpis. Rwie za nery.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    radoSHE

    Brak komentarza, najlepszym komentarzem….
    Napiszę tylko, że to był bardzo potrzebny post, bardzo.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    daffodil

    Dzięki za tekst. Swojego listu nie wysłałam, bo na stronę Twoja natrafilam niedawno.
    Również przeżyłam poronienie, to było w 8 tygodniu. Mimo ze o ciaze staralismy sie dlugo, moje podejście było tam jak opisane tu ‚na zimno’. Ze wadliwy zarodek, że jakieś nieprawidłowości genetyczne. Nie potrzebowałam pomocy personelu, rodziny. Był przy mnie Mąż i to mi wystarczyło. Jednak pękło coś we mnie po słowach mojej mamy, która beztrosko oświadczyła „Ojjj zrobicie sobie drugie”. Płakałam jak bobr, a nasz kontakt przez rok był bardzo oschly… Obie jesteśmy silnymi babkami, obie jesteśmy twarde, ale ta nieczulosc zwalila mnie z nóg.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Truskava

    Myślę, że pozostajemy „obojętni” własnie dlatego, że często nie wiadomo co powiedzieć… że każde słowo wydaje nam się niewłaściwe, za małe, nieodpowiednie. Więc nie drążymy tematu, uciekamy od niego, ale to właściwie nie dziwne – nikt nie daje nam przed spotkaniem instrukcji obsługi drugiej osoby. Chciałabym umieć zawsze zachować się „w punkt”, idealnie tak, jak druga storna tego potrzebuje. Ale nie umiem! Żałuję, ale nie potrafię, szczególnie w tak dramatycznych okolicznościach. Więc wolę nie zrobić nic, by bardziej nie skrzywdzić.

    Jestem z Wami, serduchem i myślami.

    • Odpowiedz Luty 4, 2016

      Madlena

      Truskava, mądrze napisane.

      Jedna z bardzo bliskich mi kobiet przeżyła poronienie i teoretycznie, znając ją dobrze, powinnam była wiedzieć jak zareagować. Ale nie wiedziałam. Nie wiedziałam jakiego wyrazu wsparcia oczekuje i jak mogę jej pomóc. Albo przynajmniej jak nie zranić jeszcze bardziej? To była nowa, niespodziewana i okrutna sytuacja – również dla wszystkich, którzy wiedzieli.

      Wydaje mi się, że kiedy ona sama zaczynała ten temat, potrafiłam jakoś wyrazić swoje współczucie, ale ja nie zaczynałam rozmowy, nie pytałam jak się czuje. Nie z ignorancji i chęci zepchnięcia pamięci o tym maluchu gdzieś głęboko, po prostu nie wiedziałam czy takimi pytaniami nie rozdrapię rany, która już może zaczęła się powoli goić. Tabu wynikało z nieudolnej troski o jej samopoczucie. Ale nadal wyrzucam sobie, że mogłam zareagować lepiej.

    • Odpowiedz Marzec 10, 2016

      wisznu

      No właśnie – z samych listow wynika, że kobiety oczekują tak różnych rzeczy, ze nie da się stworzyć jakiegoś algorytmu właściwego zachowania. I czasem jak w rodzinie są jakieś zadawnione urazy, to nawet najszczerzej wyrażone współczucie moze być odbierane jako jakies kolejne wbicie szpili.

      Druga sprawa – momentami sobie też myślę, jak autorka jednego z listów: „gdyby nie badania, testy, usg – kobiety dowiadywałyby się o ciąży jakby prawdopodobieństwo poronienia wynosiło 2%. A dowiadują się jak wynosi 30% i potem co trzecia przezywa horror”. Częściowo dlatego zataja się te informacje o poronieniach, z resztą nie tylko te.
      Z drugiej jednak strony nie dla każdego ignorancja to błogosławieństwo. No nie da się ustalić jednego wzoru postępowania z każdym.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Monika

    Myślami jestem gdzieś na podobnym etapie. Tzn nie tyle o samych poronieniach, co o potrzebie mówienia, nie tylko o tych szczęśliwych zakończeniach, ale o tym wszystkim co również mniej pomyślnego przydarza się po drodze. Dlatego ten wpis jest ważny, potrzebny, niezależnie od tego kto co sam sobie w głowie myśli. Bo dokładnie jak w jednym cytowanym fragmencie, kobieta myślała, że to ona jedna jedyna poroniła. A tak przecież nie jest. I też nie jest tak, że jedna jedyna osoba ma złe wyniki badań. Po prostu nikt o tym nie mówi. Że musi podejmować trudne decyzji dotyczące ciąży, dziecka, de facto całego życia. Także bardzo dobrze, że ten wpis jest!

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Zania

    Popłakałam się czytając ten artykuł…. Brak dojrzałości emocjonalnej zabija!!! A wystarczy po prostu „być” i zapytać czy można w jakikolwiek sposób pomóc.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Marta

    Tego nie da się chyba skomentować.
    Dobrze, że ten wpis pojawił się na Waszej stronie.
    Bardzo potrzebny.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Mama Aniołka

    Powiem tak… z przerażeniem kliknęłam w link prowadzący do tego wpisu, a zapowiadający jego treść (na Facebooku). Dziś, dokładnie dzisiaj mijają dwa miesiące od momentu kiedy dowiedzieliśmy się, że serduszko naszego dziecka nie bije. Dokonało się to w bardzo podobny sposób i w okolicznościach, które opisała ta kobieta: „Leżę na ginekologicznym fotelu, cieszę się na widok mojego Pazurka na monitorze komputera. Widzę, widzę, jest, jest taki piękny dzidziuś i raczki ma tak do góry – jakby spał. Uczucie bezgranicznej miłości wypełnia mnie całą i… bez żadnego przygotowania – płód jest martwy”. Nie potrafię więcej teraz napisać. Łzy zalewają mi twarz. Napiszę tylko jedno: Dziewczyny, te które straciłyście Dzieciątko, rozumiem Was. Bardzo Was rozumiem. I jest mi przykro z powodu tego, co się stało.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Megi

    Również dziękuję za ten wpis. Żałuję, że tak późno trafiłam na Waszą stronę i nie zdążyłam wysłać swojego listu. Myślę jednak, że o poronieniu nie mówi się zbyt często, bo w naszym społeczeństwie w ogóle rzadko porusza się takie tematy jak śmierć i umieranie. Rozmowy na ten temat mogą rzeczywiście wpłynąć na to jak kobiety będą postrzegały siebie w tej sytuacji (dane na temat obwiniania siebie i potencjalnych przyczyn są zatrważające!), jednak chyba niewiele zmienią w kwestii bólu i cierpienia. Sama byłam świadoma tych okrutnych danych na temat ryzyka poronienia w pierwszym trymestrze, niemniej jednak informacja o tym, że moje dziecko przestało się rozwijać, a jego serduszko (które jeszcze niedawno słyszałam tak dobrze) przestało bić, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba… Na szczęście znalazłam wsparcie w mężu i siostrze, a teraz jestem w 30 tygodniu drugiej ciąży, a mój synek ma się świetnie 🙂 Chociaż nie ma dnia, w którym nie myślałabym o swoim pierwszym dziecku, to myślę, że poronienie sprawiło, że z jeszcze większą radością przeżywam drugą ciążę 🙂

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Ola

    Płacze

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Justyna

    Dziękuję za ten tekst. Dzisiaj dowiedziałam się właśnie, że moja kuzynka poronila. Dzisiaj też wykonalam sama drugą betę, która dobrze przyrasta. Radość u mnie ogromną, mimo że ciąża trochę nieplanowana, bo córeczka skończyła dopiero 8 miesięcy. Teraz myślę jednak tylko o kuzynce i fakcie, jak przyjmie wiadomość o mojej ciąży…
    Ciężki temat, ale jakże ważne, żeby rozmawiać o poronieniach. Jeszcze raz dziękuję!!!

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Paulina

    dziękuję. także za to, że i moje słowa na coś się przydały i je dołączyłaś do tych historii. ściskam wszystkie Was, kobietki, niezależnie od tego, czy przeżyłyście ten temat „na zimno”, czy płakałyście co 5 minut. Ściskam wszystkie Was, nie jesteśmy same, dajemy radę (albo czasem trochę mniej)… ale przynajmniej coraz częściej MÓWIMY o tym.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Anka

    Też straciłam ciążę, w 12 tygodniu. W szpitalu znieczulica, wolałabym tego nie pamiętać… Chciałabym kiedyś komuś opowiedzieć, ale nie mam komu. Nie chcę obarczać tak przygnebiającymi (i jednak fizjologicznymi) opisami kogoś, kto tego nie przeżył, więc czekam po prostu aż poznam mamę która też poroniła. Męża nie chcę smucić, i tak było mu ciężko, wystarczy że się wypłakałam po powrocie ze szpitala wieczorem, jak już starszy synek zasnął. W ciągu dnia byliśmy już silni właśnie dla synka.
    Nie czułam też złości dla osób które na swój sposób okazywały współczucie, rozumiem że używa się wtedy zdawkowych zwrotów, tak robi każdy kto nie był w takiej sytuacji – ja np nie potrafiłabym pocieszyć kogoś kto stracił bliską osobę: rodzica, partnera. Bo nie byłam w takiej sytuacji. Mogę uścisnąć (jeśli tego chce) i powiedzieć że mi przykro.
    Dlatego dobrze jest opowiadać o tym że się poroniło, żeby następna kobieta, którą to spotka (nieubłagane statystyki….) wiedziała że nie jest sama, że to nie temat tabu i że ma z kim porozmawiać.
    W mojej rodzinie jestem pierwsza, ale wszyscy wiedzą i jeśli będzie taka potrzeba, jestem gotowa porozmawiać i popłakać.

    Dziewczyny nie obrazajcie się na swoich bliskich, to trudne tematy. Jak rozmawiałybyście z mamą, która mówi że bezskutecznie usiłuje zajść w ciążę? Nie traci ciąży – tylko nie może w nią zajść? A z mamą, której dziecko umarło z niewiadomych przyczyn w pierwszym trymestrze po narodzinach? A z mamą dziecka, które całe życie będzie głęboko niepełnosprawne? Jakich słów użyć? Tylko „Przykro mi”? Jeśli nie, to co więcej? To nie takie proste i oczywiste dla każdego…

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Ania

    Dokladnie rok temu dowiedziaam sie ze mojemu dziecku nie bije serduszko. 6.02 zobaczylam mojego synka mieszczacego sie na gaziku. Mogglam sie z nim pozegnac,potrzymac,poplakac. ogromnie wdzieczn jestem pielegniarkom ktore z wyrozumialoscia,cierpliwoscia i czysta zyczliwoscia daly mi czas na przetrwanie tych ciezkich chwil. Czas od rana, kiedy polozyli mnie na oddzial do momentu odejscia wod to chyba najciezsze 12godzin,kiedy lezysz i czekasz.. moja ciaza trwala 13tygodni. Po kilku tygodniac kiedy nieradzilismy sobie z emocjami skonczyl sie
    zwiazek. „Masz juz jedno dziecko,masz dla kogo zyc i kogo kochac” tez to slyszalam. prawda,mam. Ale wcale nie jest latwiej. A z moim 3latkiem nie jestem w stanie rozstac sie na dluzej niz trwa moja praca.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Sabina

    Ja i moja przyjaciółka zaszłyśmy w ciążę mniej więcej w tym samym czasie. Niestety, w 12 tygodniu okazało się, że serduszko jej dziecka przestało bić. Dla mnie to było podwójnie straszne przeżycie, było mi niewymownie przykro, potrafiłam sobie doskonale wyobrazić co ona musiała czuć, bałam się o swoje maleństwo, bo uświadomiłam sobie, że równie dobrze mogło paść na mnie, a do tego czułam się winna, że jednak nie padło – ja już miałam jedno dziecko, a oni starali się o swoje od lat… Do tej pory te wspomnienia bolą… Ale po przeczytaniu tego postu mam nadzieję, że przynajmniej odpowiednio dobrałam słowa.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    daffodil

    Aha i celem uzupełnienia. Moja mama miała rację….’zrobiliśmy sobie drugie’, jestem aktualnie w 36 tygodniu zdrowej ciąży, ale czy to chciałam wtedy usłyszeć? Czy to dziecko traktuje w zastępstwie za tamto? Nie… Chodziło tylko o zrozumienie, chodziło o wsparcie w mojej walce kiedy 2 tygodnie leżałam plackiem modląc się by krwiak sie wchlonal. Ale ona potrafiła tylko krytykować i mówić że przesadzam, że po co leżę, że powinnam normalnie funkcjonować. A te słowa, które tak mnie zabolaly nie padły jako pocieszenie po poronieniu…one padły jak szykowalam się pelna obaw na wizytę do lekarza, który wyda wyrok…czy moje dziecko żyje czy nie żyje. Jestem optymistka, byłam dobrej myśli. A gdy trzesacymi rękami zakładałam buty usłyszałam właśnie żebym nie przesadzala, że najwyżej zrobimy sobie drugie…
    Zabieg przeszłam 7 marca, dwa lata temu. Teraz mam termin na 7 marca…

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    S

    Łzy cisna sie same, mimo iz mam synka po 4 latach starań…… pierwsze dziecko mialoby dzis 4 latka i 3 miesiace….. nigdy nie zapomnę tego co sie działo po zabiegu usuniecia martwego plodu…. mojej kruszynki…. czulam pustkę – fizyczną też – jakby ktoś odciął wyciął kawałek mnie… to byl 11 tydzień w 6 serduszko biło „ciąża żywa” plusik na wyniku badania po usg…. w 11 juz nie biło, pod wplywem środkow po zabiegu gdy wieźli mnie do sali lekarza pytalam czy to chlopczyk czy dziewczynka mimo iz wiedzialam ze to bylo zbyt wczesnie…..
    ból ogromny czułam i bardzo pomoglo mi mówienie o tym strasznym przeżyciu najpierw na forum a potem do bliskich… niestety chtba nigdy nie zapomnę…. kochane mamy aniołków rulam mocno :*

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    majlena

    Strata dziecka nigdy nie przestanie boleć. A najbliższy czas po poronieniu to najgorszy koszmar. Ja czułam się w tym wszystkim sama. Tylko osoby, które przeżyły to samo potrafią zrozumieć. Życie…
    Zawsze będę matką trójki dzieci, a wychowuję dwoje.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Justyna

    Bardzo dziękuję!
    Trochę żałowałam an początku, że sama nie opisałam mojej straty, ale w całym tym tekście odnalazłam większość targających mną wtedy skrajnych uczuć. Teraz, po dwóch latach, jest pamięć, ale już nie rozpamiętywanie.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Paola

    Poszłam na wizytę kontrolną w 9 tc i okazało się, że serduszko nie bije… W szpitalu ryczałam jak bóbr. Podali mi coś, żeby organizm się oczyścił… Pół nocy zwijałam się z bólu, poszłam poprosić o coś przeciwbólowego, bo byłam już wyczerpana, tyle negatywnych emocji i na dokładkę ból fizyczny. pielęgniarka zanim podłączyła coś na ukojenie oznajmiła, że to musi boleć, bo są to bóle porodowe. Dramat.

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    Ania

    Cholernie ważny post. Ja sama czasem się zastanawiam, czy mam prawo do tego, żeby myśleć o moim doświadczeniu jako poronieniu. Bo po kilkuletniej obserwacji cyklu wiedziałam, że druga faza cyklu to było zawsze 11 dni, niezależnie od możliwych zakłóceń. Aż tu raz doszło do 16… Choć test zrobiony dzień wcześniej nic nie wykazał, jednak wiedząc, że „złapaliśmy” owulację i z moją wiarą w pełnoprawne życie od poczęcia było to przykre doświadczenie. Ale chyba najtrudniejsze było to, że przecież w powszechnym mniemaniu „nic tam jeszcze nie było”…

  • Odpowiedz Luty 3, 2016

    eM

    3 poronienia. O 3 za dużo. Ciągle zastanawiam się jakie byłyby moje dzieci.
    Dziękuję Ci za ten wpis.

    • Odpowiedz Marzec 1, 2016

      DOROTA

      A ja dziękuję za Twój komentarz. Zwaliło mnie z nóg….

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Alicja

    Poroniłam dwa razy. Ten ostatni niespełna 2 tygodnie temu.
    Za pierwszym razem nie usłyszałam nawet serduszka. Trafiłam na oddział z plamieniem i po 2 dniach opuściłam go zupełnie pusta. Dosłownie i w przenośni. Wiedziałam jakie są statystyki. Było mi strasznie żal, ale starałam sama siebie pocieszać (a moze usprawiedliwiać?)
    Druga ciąża miała skończyć sie szczęśliwie. Nie zakładała innego scenariusza. Przecież nie mogłam drugi raz przyczynić sie do podbicia statystyki. Kiedy zobaczyłam plamienie nie mogłam się zmusić do zgłoszenia na oddział. Chciałam przeczekać. Ale gdy dołączył ból nie mogłam juz udawać, że to nic. Pojechałam. Na USG czekałam jak na wyrok. Badanie i słowa „jest serduszko”. Poczułam ulgę i nadzieję. Po kilku dniach wypisali mnie. Miałam leżeć, przyjmowac luteine i liczyc na cud. Liczylam. I czekalam 2 tygodnie na kolejną wizytę. Jadnak już po tygodniu wiedziałam, a może raczej czułam, że to koniec. Wpychałam w siebie luteine i płakałam. Nie zostanę mamą. Nie teraz. Lekarz potwierdził. Moje dziecko przestało sie rozwijać.
    Wiem, że tak bywa, że to niczyja wina, ale jednak, gdzieś w głębi serca czuję delikatny żal do samej siebie.
    O ciazy wiedzielismy tylko mąż i ja. Dopiero po wszystkim dowiedział się moj tata. Jego jednego nie okłamałam, kiedy sie zapytał co sie ze mną dzieje. Nigdy nie miałam z nim, aż tak dobrego kontaktu, ale wiedziałam, że on jeden zachowa się właściwie. I tak było. Nie poklepał po plecach, nie powiedział, że zrobimy sobie z mężem kolejne, nie zbagatelizował sprawy tylko przytulił i stwierdził, że czasem los bywa niesprawiedliwy.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Patuniaka

    Łzy ciekną mi po policzkach.

    To naprawdę smutne i bardzo trudne, bo jak pożegnać kogoś, kogo się jeszcze nie przywitało?

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    mdom

    Do momentu, gdy sama nie poroniłam, myślałam, że to rzadkość. Jedyne skojarzenie to scena z Dr Quenn jak ona roniła swoje dziecko w wannie a Sally rąbał drewno. Po czym starania o dziecko, przeczucia, że ciąża, test i jest. Małe hcg ale przyrastające w normie, krwawienie, określenia: ciąża biochemiczna, najprawdopodobniej zarodek się nie utrzyma. i tak do 7 tygodnia. Przez dwa tygodnie nie wiedziałam czy jestem w ciąży, czy nie jestem. W moim przypadku trafiłam w końcu na dobrego lekarza, który przez ten proces ronienia mnie przeprowadził i po dosyć krótkiej rozpaczy wróciłam do życia. Nie nadałam dziecku imienia, nie nazwałam aniołkiem. Odrzuciło mnie wręcz, gdy weszłam na forum prowadzone przez organizację zajmującą się wsparciem rodziców po poronieniach i czytałam te historie o aniołkach, chęci pogrzebu, rejestracji w USC – ja nie potrafiłam tego tak przeżywać, rozumiałam ból innych, nie odbierałam im prawa do takiej formy żałoby, ale sama się buntowałam przed tym, aby dalej i mocniej przeżywać to, co się wydarzyło. Moi przyjaciele po prostu słuchali, mama słuchała, teściowa tylko mówiła coś o Bożej pomocy i o modlitwie za nas ale to po cichutku mojemu mężowi, nigdy mi.
    Dwa miesiące po poronieniu znowu na teście pojawiły się dwie kreski i wtedy okazało się naprawdę czym dla mnie tak naprawdę ono było: strachem przed utratą kolejnego dziecka, przed pójściem na kolejne usg, przed krótką szyjką macicy, niewydolnym łożyskiem. Ale koniec końców: teraz jestem mamą 8 m-sc brzdąca:) nie wiem jednak czy zdecyduję się jeszcze na jedno dziecko i na ten strach.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Makaroniara

    Dodam jeszcze od siebie, że straciłam pierwszą ciążę, kolejna to był ciągły strach czy wszystko będzie dobrze, rodzicom (mieszkamy daleko) powiedzieliśmy dopiero w 6 miesiącu! Każde ukłucie, dolegliwość, najmniejszy ból sprawiał, że biegłam na usg sprawdzić czy wszystko w porządku, to było takie męczące, że zamiast cieszyć się oczekiwaniem wszem i wobec -tlumiłam radość, byłam we wszystkim bardzo powściągliwa, z drugą ciążą było lepiej, ale ten strach o kolejną stratę jest nie do opisania, siedzi to gdzieś w środku i dusi, okropne uczucie

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Makaroniara

    Z tego powodu nie gadałam też do brzucha, nie chciałam się angażować, bo może niedługo w ciąży nie będę, bo znowu może się TO stać… I wkurza mnie jak koleżanki biegną z wiadomością od razu po wykonaniu testu – serio? Myślę sobie wtedy -nie wiesz, że trzeba odczekać 3 miesiące zanim się można pochwalić i cieszyć, bo wszystko się może zdarzyć przecież… Ot, taką mam zrytą logikę po tym wszystkim

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    asiunia

    Czytając ten artykuł wszystko wróciło… 10 wrzesień 2015, rozpoczęty 17 tydzień drugiej ciąży, wizyta u lekarza i wiara, że dziś dowiem się co noszę pod sercem…Usłyszałam tylko ciszę i słowa „Nie jest dobrze, przykro mi ale dziecku nie bije serduszko”… Moje serce w tym momencie rozpadło się na milion kawałków 🙁 Następnego dnia tabletki, poród i zabieg i bezduszna służba zdrowia, która tylko podnosiła do podpisu jakieś papierki, nie chcieli mi powiedzieć czy to był chłopiec czy dziewczynka, musiałam sama zadecydować, nadać imię – ten dzień był największą traumą mojego życia :((( W rodzinie tematu nie ma. A ja po prawie 5 miesiącach mogę o tym rozmawiać, jeszcze płacząc ale mogę.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Stokrotka

    Świetny tekst. Potrzebny. Poroniłam w 5 tyg, wiem dokładnie, nasze dziecko było rezultatem in-vitro. Na dwie kreski na teście czekaliśmy 8 lat. Co było najgorsze? Dla mnie najgorszy był smutek mojej rodziny. Bo przez nich ja sama czułam się jeszcze gorzej. Jak jestem sama ze sobą to się trzymam, jak ktoś zaczyna mi mówić jakie to smutne i straszne to się rozklejam. Płacze bo wiem jakie to straszne a ich łzy dodatkowo mnie napędzaja. Mam wrażenie ze to przesada w druga stronę. Co mnie jeszcze mocno denerwuje to jak lekarze mówią mi ze jestem jeszcze młoda, zdarze sobie urodzić dziecko. I to znając moją historie i całe lata starań. Te dziewiec lat temu jak zaczynaliśmy się starać tez byłam młoda i jak do tej pory sama moja młodość nie sprawiła ze zostałam mama to już raczej nie sprawi, prawda?

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    wierzba

    Dzięki. Tak jak jest napisane, tym co cierpią, ten wpis nie pomoże raczej. Ale pomoże bliskim nie palnąć gafy i uświadomi, że trzeba trzy razy przemyśleć, co się mówi.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Jasminum

    Ja też nie wiedziałam co powiedzieć co zrobić kiedy moja przyjaciólka straciła dziecko. Ona myślała że to dlatego że farbowała włosy na poczatku ciąży tak sobie to tłumaczyła że o siebie nie dbała I tyle. Ja z wykształcenia biolog mniej więcej wiedziałam jak działają te mechanizmy w kobiecym ciele kiedy zarodek ma wady genetyczne I mówiłam o tym ale to nie pomagało. Tylko powtarzałam że mi przykro że nie wiem co jej powiedzieć I temat też sie zmieniało bo zapadała cisza I nikt niwe wiedział co powiedzieć.. Tekst potrzebny bardzo

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Nila

    Dwa poronienia i w końcu mam upragnionego synka, ma niecałe 8 miesięcy. I wcale nie jest łatwiej, mimo ogromnej radości, teraz ból powraca jeszcze silniejszy, bo uświadomiłam sobie co naprawdę straciłam i nieraz gdy patrzę na synka, myślę, że powinien mieć dwójkę rodzeństwa…

    • Odpowiedz Luty 5, 2016

      Katarzyna

      Ja czasem sobie myslę, że gdybym nie poroniła nie miałabym obecnej ukochanej córeczki. Miałabym inne dziecko, ale JEJ BY NIE BYŁO! Twój synek nie miałby dwójki rodzeństwa. Miałabyś inne swoje dziecko, nie miałabyś obecnego synka… Chyba, że między ciążami za każdym razem mijało kilkanaście miesięcy… Pozdrawiam i mam nadzieję, że nie uraziłam, to takie moje myślenie.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Diana

    Popłakałam się…
    Dzięki Ala, ten wpis był potrzebny. Bardzo.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Joanna

    Ja poroniłam drugie dziecko w 7 tygodniu. Cieszyłam się, że przeżyję to w domu, a nie na fotelu ginekologicznym. Na własnych warunkach, tak jak chcę. Nie bazwałabym tego poronieniem. Przez całą nic miałam bóle, jak przy porodzie. A przecież nie rodziłam, tylko roniłam.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Ewa

    ja również się wzruszyłam…też czułam i czuję się winna… nie wiem co zrobiłam nie tak, czy mogłam jakoś nieświadomie zaszkodzić maleństwu bo przecież ciąża przebiegała książkowo, ciągle się nad tym zastanawiam i nigdy się tego nie dowiem… to bardzo boli, i boli też to, że wiele osób przestało z nami rozmawiać, tak jakbyśmy jeszcze mało doświadczyli nieszczęścia to poodwracali się do nas plecami… nasza zdrowa Córeczka usnęła w 40 tc z nieznanej przyczyny….

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Matka Córek

    :(((

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Rida

    Tule w rękach 4-miesieczny Cud, który miał się nie urodzić. Za pierwszym razem lekarz na IP powiedział, że się nie rozwija, że to pusty pęcherzyk. Na wizycie 4 dni później okazało się, że serduszko bije. Kolejne krwawienie 23 TC. Krwi było mnóstwo, jechalam do szpitala myśląc o najgorszym. Kiedy bylamw gabinecie mąż czekał na zewnątrz i usłyszał płacz. Później powiedział mi, że w tamtej chwili świat się dla niego zawalił, bo myślał, że to ja. Współczuję Wam Wszystkim, Mamy, którym się nie udało. Ja wspominam moja ciążę jako jeden wielki strach.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Lidia

    Wzruszający post jednak mimo tego że trudny bardzo taktownie napisany i potrzebny.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Mamman

    Bardzo ważny artykuł! Nie przeżyłam poronienia, ale znam kilka dziewczyn, które niestety tak. Mimo wszystko nie zdawałam sobie sprawy, jakie to jest częste. I jakie mam cholerne szczęście, że dwie ciąże dały mi dwóch synków. Najgorsze dla mnie przeżycie, kiedy po długim i wyczerpującym pierwszym porodzie, na dwuosobowej sali leżałam z kobietą z zagrożeniem. Bo nie było miejsc na patologii… W dodatku w rozmowie wyznała mi, że już dwie ciąże straciła. Bardzo ciężko było mi cieszyć się z mojego dzidziusia, stresowałam się całą ta sytuacją, jej pewnie było jeszcze ciężej. Nie wiem jak potoczyły się jej losy, mam nadzieję, że urodziła sobie drugiego zdrowego chłopaka. Jednak do tej pory sądzę, że takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Kompletny brak empatii.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Agnieszka

    Czytając ten artykuł myślę sobie, że dotykamy tu tematu nieumiejętności rozmawiania o emocjach w ogóle w naszym spoleczenstwie a zwłaszcza o tych trudnych emocjach, które pojawiają się w sytuacji utraty nienarodzonego dziecka. Nie tylko mówmy o tych wydarzeniach i emocjach ale też uczmy się jak mówić żeby nie ranić, nie zaprzeczajmy uczuciom jakie by nie były.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Gosia

    Niestety takie rzeczy się zdarzają. Ja doświadczyłam dwukrotnie i do tej pory nie wiem czy mam prawo mówić o poronieniu bo był to 6 tydzien, czyli potwierdzone hcg plus tesy. Przeżyłam to bardzo ponieważ bardzo długo się staraliśmy o dzidziusia. Mój mąż ciagle mi powtarzał, że nie ma co przeżywać bo mogłam wcale nie wiedzieć o ciąży. Wiele kobiet testu nie robi, a potem uważają, że dostały póżniej okres.Poza tym udało nam się urodzić zdrowe dziecko i on jest najważniejszy.
    Konsekwencją takiego podejścia była moja ostatnia ciąża jak z horroru. Po dwóch miesiącach byłam w ciąży znowu. Pewna, że jestem gotowa. Szczęśliwa gdy beta zaczęła rosnąć. Niestety pierwszy trymestr skonczył sie atakami paniki, które powodowały ciągnące się plamienia. Bałam się iść do łazienki wiec odwlekałam ten moment. W nocy brak snu i paniczny strach, że jak sie ruszę z łóżka to coś się stanie. Zdarzało mi się pojść na dodatkowe usg by się upewnić, że jest ok. Skonczyło się wizytą u psychologa i strachem do porodu.
    Jakby nie rozpatrywać czy mamy prawo rozpaczać? Czy to było dziecko? Niestety ma to wpływ na kobiecą psychikę. Odzywa się kiedy myślimy, że uporałyśmy się ze startą.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Mamuszka

    Bardzo ważny temat.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Mama Ewci

    Dzis w ramionach tule prawie polroczna dziewczynke. Ale 2 lata przed jej narodzeniem dowiedzialam sie, ze jestem w nieplanowanej ciazy. Mimo to byla to wielka radosc dla mnie i mojego meza. W gabinecie dlugo czekalam na pierwsza wizyte. Wreszcie badanie ginekologiczne i nagle zdumienie lekarki: „Pani krwawi!” A w mojej glowie mysli: to niemozliwe, jak to? Niestety bylo to zapowiedzia najgorszego. Potem usg i wyrok: „Na tym etapie ciazy powinno bic juz serduszko, a tutaj tego nie widac”… Dla pewnosci umowiona kolejna wizyta za tydzien. Ale juz za dwa dni umieralam z bolu, tracac ciaze w domu. Pierwsza osoba, z ktora mowilo mi sie o tym normalnie, oprocz meza byla siostra mojej mamy, ktora tez kiedys poronila, ale na dalszym etapie. Ona rowniez zapytala po prostu jak sie czuje i nie pocieszala mnie. To bylo mi potrzebne. Najgorsze bylo to, ze poronilam niedlugo przed swietami Bozego Narodzenia… Slyszac koledy o dzieciatku plakalam jak bobr… A tuz przed sylwestrem dowiedzialam sie, ze w ciazy jest moja siostra. To tylko mnie dobilo i choc sie cieszylam jej szczesciem, to dlugo nie umialam tego okazac szczerze. I choc bol minal, wspomnienia zostaly. A ja wciaz mysle, czy moja Ewcia ma w niebie brata, czy siostrzyczke…

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Marta mama Kajtka

    Nasze pierwsze dziecko odeszło 2 lata temu. Na wizycie usłyszałam że serduszko w ogóle się nie wykształciło i nie podjęło pracy. Bardzo żałuję ze nie zdecydowałam się na pochówek. Nawet nie wiem co się z nim stało. Ale tez nie byłam świadoma ze jest to możliwe. Jeśli chodzi o najbliższych to najbardziej bolały słowa o tym że jeszcze nam się uda. Kiedy zaszłam w drugą ciążę nie bylo tej radości co w pierwszej. Byl strach aby wszystko bylo dobrze. I tak juz do samego końca. Teraz myślimy z mężem o kolejnym dziecku i strach znowu się pojawia.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Michalina

    Dziękuję za ten wpis. W moim otoczeniu kilka kobiet doświadczyło tego dramatu a ja nie wiedziałam jak się zachować… Teraz już będę wiedziała czego nie mówić. To bardzo potrzebne.

  • Odpowiedz Luty 4, 2016

    Melka

    Wielkie dzięki za ten post.
    Moje pierwsze dziecko miało by 20 miesięcy, niestety było z nami tylko 13 tygodni. Przeczytałam tu o wszystkich swoich uczuciach o bólu, strachu, samotności, poczuciu winy (racjonalizm nie ma tu nic do rzeczy, nieważne co wiem i tak poczucie winy mnie nie opuszcza). Nie było mi dane go pożegnać, wśród wszystkich rzeczy które bolą jest właśnie to że moje dziecko spłynęło w toalecie. Gdybym nie słuchała ginekologa tylko wcześniej pojechała do szpitala miałabym szanse zobaczyć je, godnie pożegnać … W Krakowie w zeszłym roku powstał pomnik „dziecka utraconego” myśl że mogę tam zaświecić świeczkę czasem pomaga. Dywagacje mamy czy to było dziecko i co się stało z jego duszą, były jak kołki wbijane w serce.
    Miałam ogromne szczęście bo znalazłam wsparcie w mężu bez niego chyba bym się rozpadła na kawałki.
    Teraz mam 8 miesięczną córeczkę. Jest dla mnie niewypowiedzianym cudem. Jednak ciągle nie opuszczają mnie myśli kim było by moje pierwsze dziecko.

  • Odpowiedz Luty 5, 2016

    GROSZKOWA MAMA

    Bardzo ważny i potrzebny artykuł! Choć uważam się za osobę obdarzona ‚nadempatia’ to wiem ze nie zrozumiem w 100% co czujecie drogie Mamy.. Moja ciąża to ‚pierwszy strzał’ odkąd zaczęliśmy starać się z Mężem o dziecko, szczesliwie zakończona porodem. Chciałabym jednak pokazac tez inna strone poruszonego tematu.. Dla kobiet bedacych w ciąży równie trudne jest funkcjonowanie i przeżywanie swojej radości gdy najbliższa przyjaciółka w tym samym czasie poroni lub bezskutecznie stara się o dziecko. Niestety-dla nas obu-doświadczyłam tego. Chcialabym powiedziec ze to bardzo trudne emocjonalnie nosić w sobie jednocześnie radość i smutek. Bywały chwile gdy miałam poczucie winy ze jestem w ciąży, a moja przyjaciółka powiedziała mi ze tak bardzo chciałaby mieć dziecko ze nie umie cieszyć się z mojej ciąży. Plakalysmy obie jak bobry. Wiem ze powiedzenie mi tego przynioslo jej ulge ale we mnie zrodzilo ogromne poczucie winy ktore trwalo przez całą ciąże, a nawet po porodzie. Kiedy spotykalismy sie nie umiala patrzec na moje dziecko, widzialam tylko jak po policzkach plynely jej lzy. Mimo ze to trudne i boli to nie winie jej za to. Rozumiem ze to silniejsze od niej. Nie mam do niej zalu bo wyobrażam sobie jak bardzo musi cierpieć i byłoby nie w porządku oczekiwać zaangazowania. Mimo to chce podkreślić ze dla mnie to tez było (i jest) trudne. Pamiętajcie że cierpią także Ci z otoczenia kobiet doswiadczajacych poronienia. To trudne dla obu stron. Najbardziej oczyszczające jest chyba porozmawianie ze sobą. O tym ze jest mi trudno i zyje w poczuciu winy powiedziałam jej dopiero kilka tygodni po porodzie gdy przyszla zrzucic swoj ciezar kolejnego poronienia. Kazda z nas powiedziala co czuje, długo płakałysmy i przytulalysmy się. Obie wiemy ze nie mamy na to wplywu, a obie cierpimy, choc kazda na swoj sposob. Pod koniec spotkania czuć było ze powietrze wokół jest lżejsze. Dzięki temu teraz już jej nienarodzone dziecko ani moje narodzone nie jest tematem tabu i rozmawiamy o tym i wspólnie przeżywamy, ale też z drugiej strony widzę ze pomogła jej świadomość moich odczuc i emocji. Dlatego jestem calym sercem za tym aby edukowac siebie i ludzi wokol, uswiadamiac i uwrazliwiac. W obliczu utraty nienarodzonego dziecka wszyscy cos czujemy tylko nie umiemy o tym ze soba rozmawiac. Czasem dobrze ze sobą pomilczec, czasem za dużo słów to zbytek.

  • Odpowiedz Luty 5, 2016

    Katarzyna

    To i ja się dopiszę: ponad 4 lata temu postanowiliśmy z mężem postarać się o dziecko. Udało się po trzech miesiącach. Mieszkamy w UK, akurat mieliśmy zarezerwowane bilety na urlop do Polski. Test pokazał dwie kreski (drugą bardzo słabą) 4 dni przed wylotem. Z jakiegoś powodu nie chiałam jeszcze mówić rodzinie o tym. Mąż nalegał żeby chociaż jego rodzicom powiedzieć – zgodziłam się. Po powrocie z Polski (był to jakiś 6 tydz) rozbolał mnie brzuch, a potem pojawiło się krwawienie… W szpitalu na usg nie mogli nic znaleźć, powiedzieli, żeby przyjechać na powtórne usg za tydzień, że wszystko samo się oczyści. Od początku pielęgniarki zachowywały się tak jak oczekiwałam. Najgorsze, że powiedziałam o ciąży w pracy (musiałam wcześnie bo pracuję fizycznie). Teraz trzeba było to odwołać… Mói szefowie zachowali się fantastycznie. Po pierwsze od razu szef nr 1 i kierownik powiedzieli, że ich żony też poroniły, że to się zdarza bardzo często. Potem miałam rozmowę z szefem głównym i też pełne współczucie i pytanie czy potrzebuję urlopu… Nie chciałam, wiedziałam, że w domu będę tylko płakać. Tutaj to nie jest temat tabu, ludzie o tym mówią, od razu poczułam się lepiej. Wcześniej płakałam i zadawałam sobie to samo pytanie co wszyscy „dlaczego akurat ja, wszystkim innym się udaje…” W internecie przeczytałam, że trzeba przeżyć żałobę, więc wypłakałam się i już więcej o tym nie rozpamiętywałam. Stwierdziłam, że tak miało być, Bóg miał jakiś cel. Na pewno była jakaś wada genetyczna. Po trzech miesiącach zaszłam w kolejną ciążę. Dotrwanie do 12 tyg kiedy to w UK robią pierwsze usg było trudne, ale całą ciążę czułam, że tym razem wszystko będzie dobrze i się nie myliłam, ciąża książkowa i śliczna, zdrowa córeczka 🙂 Co do reakcji rodziny: teściowa straciła dziecko w 5 mies. ciąży więc nawet nie chciałam rozmawiać bo wg mnie moja strata nie dorównuje jej stracie. Reszta rodziny się nigdy nie dowiedziała.
    Od tamtej pory poroniły 3 znane mi osoby, jedna w 21 tyg, dwie w 7-8 tyg. Dziękuję Bogu, że stało się to tak wcześnie w moim przypadku. Teraz jestem w kolejnej ciąży, od początku jestem przygotowana (przynajmniej tak mi się wydaje) na to, że wszystko się może zdarzyć na każdym etapie, choć jednocześnie głęboko wierzę, że i tym razem się uda, to już 22 tydzień. Wszystkiem koleżankom opowiadam swoją historią poronienia i moja przyjaciółka cieszy się, że jest świadoma iż zdarza się to częściej niż nam wszystkim się wydaje, zwłaszcza na wczesnym etapie. Ona sama gdy poroniłam mówiła mi „będzie dobrze, za drugim razem się uda, TO PRZECIEŻ NIE BYŁO NIC, JAKAŚ KROPECZKA…” Odpowiedziałam jej wtedy ” tak, ale TO BYŁA NASZA KROPECZKA!” Teraz, dzięki mnie już wie, że należy tylko przytulić, wysłuchać, okazać współczucie.

  • Odpowiedz Luty 5, 2016

    Agata

    A ja nawiążę do wypowiedzi kobiety, której w oczach innych rzekomo powinno być „łatwiej”, bo już jedno dziecko ma. Ja poroniłam pierwszą ciążę. Bardzo to przeżyłam. To oczywiste. Ale przeżyłam. Kilka miesięcy (chyba 3 lub 4) po zabiegu zaszłam znowu w ciążę i się udało. Urodziłam cudownego synka. Gdy staraliśmy się kolejny raz powiedziałam do męża, że chyba nie dam rady jeśli teraz poronię. Dlaczego? A dlatego, że miałam największy swój skarb w domu. Wiedziałam co to znaczy być matką i już znałam tą wielką miłość jaką tylko rodzice mogą obdarzyć dzieci. Będąc w tej pierwszej ciąży nie wiedziałam co to więź, nie wiedziałam co to znaczy być tak cudownie za kogoś odpowiedzialnym. Więc tak. Zapewne mając już tą wiedzę podczas poronienia mogłabym się załamać całkowicie.

    Drugą sprawą, którą chciałabym się podzielić jest także podejście mojej mamy i mamy mojego męża. Tak rozczarowujących słów chyba nigdy nie słyszałam. Były to Święta Bożego Narodzenia. O tym, że serduszko maleństwa nie bije dowiedzieliśmy się 21 grudnia. Do 23 leżałam w szpitalu jednak beta HCG cały czas rosła i nie mogli mi zrobić zabiegu bez potwierdzenia diagnozy. 23 grudnia wyszłam na własne życzenie. Miałam wrócić po Świętach z nowym wynikiem. W trakcie Świąt ze stresu dostałam jeszcze ostrego zapalenia tarczycy. Schorowana, zdołowana (ale nie płacząca ciągle i wszędzie), słaba i z martwym zarodkiem w brzuchu przyszłam do kuchni, gdzie były mamy. Gdy zobaczyły moją minę to zaczęły gadać, żebym już skończyła, że ile można się dołować i to przeżywać. Podkreślę może jeszcze raz, że miałam w brzuchu martwy zarodek. Nie poroniłam jeszcze nawet. I słowa mamy męża: „To nie są żadne zmartwienia. Was w życiu jeszcze tyle zmartwień czeka, że głowa mała.” To były słowa kobiet, które miały dzieci, ale też to były słowa kobiet, które nigdy nie roniły. Niestety wiem, że nigdy tego nie zapomnę i że nigdy im tego nie wybaczę. Tego jak wtedy się czułam. Sama nawet nie wiem czy nie byłoby mi lżej gdybym nie słyszała wtedy jak to poronienie jest traktowane. Normalnie jakbym grypę przechodziła. Znieczulica level maksymalny i to od babć, które teraz nie widzą świata poza swoimi wnukami. Tak naprawdę to dopiero po tych słowach zaczęłam płakać w pokoju i bynajmniej nie dlatego, że mnie one otworzyły i mogłam emocje wylać ale dlatego, że czułam się jakbym ani ja ani moje przyszłe dzieci ich w ogóle nie obchodziły. I jak można powiedzieć, że w życiu jeszcze spotkają mnie większe zmartwienia?

  • Odpowiedz Luty 5, 2016

    ...

    A ja byłam zła, że mnie nie boli, że nic nie czuje, że nic złego się nie dzieje. Poroniłam. W 12 tygodniu zabieg. Poronienie zatrzymane- nie bolało mnie nic, błagałam żeby zabolało !

  • Odpowiedz Luty 5, 2016

    Melodia

    coż ja mogę powiedzieć, nie przebrnęłam przez cały tekst, nie dałam rady…
    czekaliśmy prawie 9 lat na dziecko i przyszło na 6 tygodni, nigdy nie zapomnę tego bólu… potem było kolejne… Dziś jestem matką cudownych dzieci, ale nigdy nie zapomnę dzieci, które odeszły.

  • Ja od początku czułam, że coś jest nie tak, może to uchroniło mnie przed totalnym załamaniem. Najtrudniejszy był tydzień spędzony w szpitalu z nadzieją … nadzieją otoczenia, bo moja umarła jeszcze szybciej. Ratunkiem była ciąża, o której dowiedziałam się niespełna 1,5 po stracie…

  • […] Cisza, a potem rozmawialiśmy o pogodzie. Poronienia – tam gdzie tabu spotyka ignorancję. […]

  • Odpowiedz Luty 6, 2016

    Helena

    Poroniłam dwa razy, 5tc i 9tc…druga ciąża obarczona strachem, beta od początku, lekarz, usg, progesteron o wiele za niski, znowu strach, w 7 tygodniu radość, mamy serduszko, zarodek troche za mały ale serduszko pika, to był najpiękniejszy widok, tym bardziej że myślalam że tego dnia dostanę skierowanie do szpitala… 2 tygodnie później kontrolna wizyta, mina lekarza od razu pokazała że coś nie tak… Rozwój zarodka zatrzymał się, serduszko nie bije, moje marzenie zmarło we mnie 🙁
    Szpital, 3 paskudne dni, bo może uda się tabletkami wywołać poronienie, jednak zmarły zarodek był silniejszy, zabieg…
    Mimo że poroniłam już dwa razy, sama nie wiem jakiego zachowania oczekiwałam od bliskich, moj narzeczony jest wspaniały i w całej tej sytuacji spisał się na medal, przyjaciółki próbowały jak mogły, jednak koleżanka z pracy napisała ” strasznie Ci współczuje ” i to wszystko, i to chyba było to, czego najbardziej potrzebowałam, nie „bądz silna/ do trzech razy sztuka/ jeszcze jesteś młoda…” Itd..
    Ale sama ostatnio popełniłam gafe pisząc do dziewczyny z forum coś w stylu „masz już jedno to Ci łatwiej”…do tej pory mi głupio… I nie wiem jak mogłam nie pomyśleć że jej jeszcze bardziej ciężko bo już wie dokładnie, co traci..trzeci raz..
    Dziękuję za tekst i za komentarze, temat ciężki i faktycznie tabu, myślę że wynika to z tgo, iż nie wiemy jak się zachować…
    Dlaczego nie jesteśmy przygotowane na to, że nie zawsze dwie kreski na teście, znaczą że za 9 miesięcy będziemy miały śliczne, małe różowe zawiniątko ssące naszą pierś 🙁 powinni uczyć tego już w szkołach, że to się zdarza i wcale nie tak rzadko..
    Ściskam Was wszystkie Aniołkowe mamy, wierze że nasze maluszki były potrzebne tam u góry.
    Jestem pełna nadziei że w końcu przytulimy nasze marzenia.

  • Odpowiedz Luty 7, 2016

    dita

    Przeżyliśmy ten ból nieco ponad rok temu. Kiedyś sądziłam, że poronienie jest dużo łatwiejsze, dziś uważam, że chwile straty są tak samo koszmarne jak śmierć „żyjącego”.
    Nasza ciąża była od początku nietypowa, mimo, że staraliśmy się o dziecko, to z braku konkretnych działań w danym cyklu, kiedy zobaczyliśmy II kreski na teście byliśmy ogromnym szoku, że się jakoś udało. Czułam się rewelacyjnie i przeciwnie do pierwszej ciąży, w tej mogłam niemal wszystko.
    Pierwsze usg wskazało, że dziecko jest młodsze (jeszcze większy szok dla nas, bo że mogło być starsze to szanse były, ale młodsze?). Za dwa tygodnie idziemy pozytywnie nastawieni na powtórkę, a tam diagnoza, że zarodek urósl tylko o kilka dni, nie słychać serduszka (powinien być już 8 tydzień), hcg spada, ale macica nie chce się sama oczyścić.
    Trafiłam do szpitala i z uporem maniaka prosiłam o wparcie w naturalnym poronieniu, byłam pewna, że tak będzie mi łatwiej pozbierać się psychicznie.Lekarze pomagali jak mogli, ale leki miałam wrażenie że tamują krwawienie, zamiast je rozkręcać. Niestety przyszedł wieczór, kiedy nastąpiła rozmowa dotycząca zabiegu, do którego byłam już szykowana i trafiłam na cudownego lekarza, który był moim aniołem. Dr Miturski z SPSK 1 w Lublinie. Człowiek, który podszedł do mnie z sercem i zrozumieniem i wszystko dokładnie wytłumaczył.
    Decyzja dotycząca przejścia przez koszmarną drogę pochówku lub wyrzucenia swojego dziecka do śmieci i odpadów kosztowała mnie całą noc płaczu i nieziemskiego bólu.
    Koniec końców poranne usg pokazało, że macica jednak ładnie się przykurczyła i juz reszta sama się oczyści. Moja radość nagle nie znała granic.
    Po kilku dniach pobytu w szpitalu, wróciłam do domu z poczuciem, że jestem jakieś 10 lat starsza i dziękowałam Bogu, że mamy już dziecko, które zajmuje mój czas i nie muszę patrzeć na puste ściany.

    W reakcji otoczenia najbardziej wkurzało mnie użalanie, to pitu pitu, jak nam przykro, a może to czy tamto, że koniec końców to ja pocieszałam kogoś, a nie on mnie. Po powrocie do domu musiałam słuchać komentarzy, a co Wam przyszło do głowy z pochówkiem, a po co Wam to, kiedyś wszystko szło do śmieci i było dobrze. My nie chcieliśmy żeby nasze dziecko było śmieciem, my chcieliśmy zachować resztę jego człowieczej godności.

    Na koniec mogę napisać, że po za tym ogólnym niezrozumieniem, miałam też masę ludzi z którymi mogłam porozmawiać, mówiąc o moich odczuciach i którzy byli podporą i wsparciem i o poronieniu mówię otwarcie, czy komuś się podoba temat czy nie. Przez kilka miesięcy dzień w dzień rozmawiałam z naszym Aniołkiem każdego wieczoru, bo bardzo mi to pomagało.
    Dodatkowo cudownym lekiem, który pomagał wykrzyczeć w dosłownym znaczeniu mój ból, był utwór „44 dni” Luxtorpedy. Odkąd go usłyszałam darłam się i z nimi nieustannie i ryczałam przez długie godziny podczas jazdy samochodem, aż się oczyściłam z tego co zalegało.
    Teraz czekamy na nasze trzecie dziecko i czy to się komuś podoba czy nie, na ten moment jestem matką 3ki dzieci!

  • Odpowiedz Luty 7, 2016

    dita

    Ach jeszcze dodam, o trzeciej ciąży dowiedziałam się 2 dni po terminie porodu drugiego Aniołka…

  • Odpowiedz Luty 7, 2016

    Kasia

    Jestem mamą po 8 latach starań. Przeżyłam 3 poronienia i właściwie kiedy już pogodziłam się z moim losem kobiety ułomnej, niezdolnej do utrzymania ciąży – tak to postrzegałam – stał się cud. Kiedy lekarze stwierdzili że cierpię na poronienia nawykowe, oprócz bólu po stracie doszło poczucie utraty nadziei. Bardzo dołujące uczucie. Rodzina była kochana, mąż, przyjaciele – pełne wsparcie. Co z tego skoro na końcu i tak pozostajemy sami ze swoimi demonami. Leżąc w bezsenne noce, smutek przybierał jakieś monstrualne rozmiary. Pomogła mi wspaniała prof. Jerzak, która specjalizuje się w poronieniach. Trafiają do niej kobiety nawet po 8 poronieniach i wielu próbach in vitro. Jest jak detektyw tropiący winowajcy. Teraz marzę o rodzeństwie dla córeczki. Może się uda:)

  • Odpowiedz Luty 7, 2016

    caltha

    I ta okropna świadomość że już nigdy nie przeżyję radosnego okresu ciąży bez lęku, że się skończy zbyt wcześnie. Straciłam 3 ciąże – 4 dzieci. Mam jedno cudne. I mam strach- co dalej? I nie cierpię pytania u lekarza: która ciąża, który poród?

  • Odpowiedz Luty 9, 2016

    Iza

    8tygodni i 5 dni serduszko się zatrzymało. dzień wcześniej biło, biło silnie. od początku ciąży byłam przemęczona, dźwigałam, aż po którymś dzwignięciu zaczęłam krwawić.czułam że nie dam rady. za pierwszym razem się udało. mam najlepszego Syna pod Słońcem, żywe Złoto wręcz. mój mały Trzylatek głaskał mnie po ramieniu i powtarzał na mą przerażoną minę:mamo tata cię kocham, kocham mamę.wiedziałam że muszę umieć się przy nim pozbierać bo chociaż nikt prócz Nas rodziców nie brał tego pod uwagę to wiem że to dla niego mega trudny czas, on czuje, ale tak wielu rzeczy nie rozumie, emocje się kłębią w nas wszystkich. Choćby by mi nie wiem co mówili czuję wiem,że straciliśmy Dzidziusia przez wysiłek i zmęczenie, dzwignęlam o jedna rzecz za dużo. nie mam do siebie żalu do siebie ale do rodziny, że nas olewa że nie mogę liczyć na ich pomoc,że dla nich to bezznaczenia, czy moj Syn płacze że Babcia nie została na obiad, że druga Bacia nie wpuści nas bym mogła dziecku zagrzać jedzenie bo ma bałagan.jestem wściekła że każdy może powiedzieć mi wszystko co najgorsze jak np. że nikt nam nie kazał mieć dzieci itd…to przekroczyło moj, Nasz próg wytrzymałości.mam tak ogromny żal, nie mogę im spojrzeć w oczy, by nie wykrzyczeć im że są bezduszni,że to ich wina.modlę się bym umiała nie mieć do nich tego żalu, bym umiała być ponad to wszystko dla Naszej Trójki i dziękuję Bogu za Chłopców swoich wspaniałych, za moją siostrę i kuzynkę.będzie dobrze bo mam ich.

  • Odpowiedz Luty 13, 2016

    Aniołkowa Mama

    Gdybym nie straciła pierwszej ciąży dziś moje dziecko świętowałoby pierwsze urodzinki. Ale niestety…zamiast prezentu kupie znicz i zaświecę pod krzyżem.
    Kontrola w 11tc miała być zwyczajna i bezstresowa. W końcu 3 tygodnie szybciej słyszałam serduszko…jak się okazało – pierwszy i ostatni raz.
    Głównie gdyby nie mój mąż pewnie teraz byłabym w niebie z moim Aniołkiem.

    Obecnie jestem w 33tc, noszę pod sercem małą Hanię i im bliżej porodu tym bardziej się boję.

    Dziękuję za ten artykuł. Poczułam się trochę lepiej.

  • […] Mataja.pl – warto […]

  • […] O poronieniach pisać nie będę, bo wyczerpujący wpis w tym temacie napisała mataja.pl i nie wiem, czy jest coś, co można by dodać. Ale jeśli to nas nie spotkało, to w dużej mierze w tej naszej ciąży po prostu jesteśmy sobie dalej. Pozytywne, uśmiechnięte, pełne nadziei. I od momentu tych dwóch kresek w zasadzie czekamy. Robimy test krwi by ocenić poziom hormonów. Robimy USG by sprawdzić ułożenie naszej małej kropki i usłyszeć pierwsze bicie serca. Badamy krew, mocz i wiele innych przypadłości. Bierzemy kwas foliowy i inne suplementy. Od tego momentu robimy wszystko, by było dobrze. I czekamy na USG między 12 a 14 tygodniem. Pierwsze tak ważne, prenatalne badanie określające kondycje naszego dzidziusia. […]

  • Odpowiedz Luty 17, 2016

    Szpilka

    Moja pierwsza ciąża przebiegała książkowo – synek urodził się w terminie – duży, silny chłopak. W czerwcu 2013 roku okazało się, że po moim sercem znowu zagościł lokator, a w zasadzie dwóch. Niestety na krótko. Straciliśmy bliźnięta – chłopców. Ich serduszka ot tak po prostu się zatrzymały. Koszmar, ból, strach. Wyłam przez trzy dni pobytu w szpitalu, wyłam potem w domu w poduszkę, wyłam wybierając maluśką urnę, rejestrując dzieci, odbierając akty urodzenia martwych dzieci. Po kilku miesiącach ból nie zmalał, ale łzy przestały płynąć i w tym samym czasie okazało się, że znowu jestem w ciąży. To była połowa grudnia. Dokładnie w wigilię pojawiło się plamienie. Po świętach trafiłam do mojego lekarza i okazało się, że serce Malucha bije – mocno i wyraźnie, ale plamienie nie ustępowało. Kolejny miesiąc spędziłam w szpitalu z zakazem wstawania, następnie leżenie w domu do końca 14 tc. Wstałam w 15., a w 16 tc zaczęła się akcja porodowa. W ostatniej chwili udało się założyć szew ratunkowy, miałam bezwzględny zakaz wstawania, leżałam łącznie 8 miesięcy z poduszką pod pupą, żeby nieco oszukać grawitację i kradłam każdy kolejny tydzień. Mój synek przyszedł na świat w 41 tc ciąży przez cc 😉 Już po porodzie usłyszałam od swojego lekarza, że: „to naprawdę cud – to nie miało prawa się udać”. Udało się, a mój słodziak ma już prawie 1,5 roku…

  • Odpowiedz Marzec 3, 2016

    Agnieszka

    Witam. Ja też poroniłam w 14 tyg czytając te komentarze łzy mi płynęły po policzkach serce pękało i nadal pęka.

  • Odpowiedz Marzec 29, 2016

    Renata

    Poronienia, poronienia ….
    a co przeżywa kobieta która podjęła decyzję o przerwaniu ciąży?
    Nie dość że straciła dziecko to jeszcze ona podjęła decyzję o jego śmierci. Ona zabiła swoje dziecko, miała na to wpływ.
    Myślicie że przerywają ciążę tylko kobiety które nie uważają płodu (nienawidzę tego słowa) jako dziecko?
    Sam Prof. Dębski mówił że ogrom kobiet które przerywają u niego ciążę wcześniej zarzekały się że NIGDY nie przerwą ciąży.
    Ja należę do tej grupy pacjentek które przyjmował do szpitala.
    To była decyzja bardzo przemyślana, nie żałuje jej bo wiem że to było dla dobra dziecka, ale nie mogę powiedzieć, jak większość kobiet po poronieniu „to nie moja wina”. Nie jest moją winą że dziecko było chore, ale to ja podpisałam papiery że zgadzam się aby go zabili.
    Przy obecnej ciąży rozmawialiśmy z mężem co będzie teraz, jak by kolejne dziecko będzie chore? Nie chciałam znowu przerabiać tej rozmowy przy gigantycznym stresie. Stwierdziliśmy że tym razem urodzę, ale nie dla dobra dziecka, bo nie można powiedzieć że dla jego dobra zgadzam się na jego ból i cierpienie. Tym razem urodzę bo ja nie przeżyję drugi raz koszmaru rozstania, tych rozmów o których tu piszecie, świadomości że zabiłam dziecko. Urodzę dla mojego dobra nie dziecka, z czystego egoizmu.

    Na szczęście właśnie zaczyna się 9 miesiąc i poza podejrzeniem wady jednej nerki reszta jest w porządku, a jedna chora nerka, przy wadzie mózgu to „pikuś’.

  • Odpowiedz Kwiecień 4, 2016

    armein

    nie mam słów, by napisać jakiś spójny komentarz. chylę czoła przed kobietami, które to przeżyły… śmierć dziecka to śmierć dziecka, nieważne, z jakiego powodu, czy ile miało tygodni/miesięcy/lat…

    mam tylko pytanie do Autorek: czy jest jakaś liczba lub procent opisujące jaka część poronień była spowodowana, nazwijmy to, uszkodzeniem środowiskowym? (nie cierpię brzmienia słów „z winy matki”, chyba, że jest mowa o patologicznej bezmyślności…)

  • Odpowiedz Kwiecień 10, 2016

    Mama Anioła

    Mi po poronieniu sił dodało przekonanie ze życie mojego maleństwa, którego nawet płeć jest tajemnicą Boga, miało cel, miało swój sens i BYŁO WAŻNE. Mimo że tego nie rozumiem. Dziś jestem w 30t zdrowej ciąży, cieszę się i czekam z niecierpliwością. Strach czai się w podświadomości bezustannie. Wiem ze nie odpuści..

  • Odpowiedz Kwiecień 15, 2016

    Mama

    Pierwszy artykuł o poronieniu, który pomaga – dzięki!
    Mnie najbardziej bolało to, że mój mąż tak cierpiał, że ja musiałam go pocieszać, a sama chciałam
    pocieszenia. Nie zaczynałam tego tematu bo kończył się milczeniem i bólem, a ja potrzebowałam wypowiedzieć cały swój ból.
    Długo płakałam tylko w aucie, to było jedyne miejsce gdzie byłam sama. Uwielbiałam wtedy jeździć. W domu płakać nie mogłam, w pracy tym bardziej, a na ulicy jakoś głupio, za kierownicą czułam że wreszcie nikomu mój płacz nie przeszkadza.
    Po paru miesiącach dwie kreski kolejna radość, szybko zabita ogromnym stresem. Nigdy tak przeraźliwie się nie bałam. Zaczęłam się sama jeszcze bardziej nakręcać, żeby tym razem zrobić wszystko jak należy, żeby nikt mi go nie odebrał. Wtedy nie wiedząc już co robić spotkałam się z najlepszą przyjaciółką. To ona dała mi receptę na przeżycie drugiej ciąży. Opowiedziała mi historię kobiety, która poroniła więcej niż jeden raz. Ta mama powiedziała jej, że kocha tak samo każde swoje dziecko i te co przyszły na świat i te które odeszły przed narodzeniem. I że każdego dnia dziękowała za kolejny dzień z tymi dziećmi który dostała i za te dni które spędziła z nienarodzonymi dziećmi. Ta historia dała mi siłę i odwagę jakiej najbardziej mi brakowało podczas drugiej ciąży. Od tamtego dnia zaczęłam cieszyć się każdym dniem z moim małym człowiekiem w brzuchu i za niego dziękować. Nie nastawiałam się na nic. Każdy miniony tydzień był moim wielkim świętem. Ciąża przebiegała z dużymi komplikacjami, szpitalem, leżeniem w domu, kolejnymi akcjami przedwczesnego porodu, aż do 41 tygodnia. Potem był poród i nagle okazuje się, że mały ma pępowiną owiniętą szyję, że spada mu tętno.. bałam się okrutnie. Ale znowu zaczęłam być wdzięczna, za to że na pięciu lekarzy badających mnie właśnie dziś był ten, który tą pępowinę zauważył. Inni nie wiedzieli skąd te dziwne spadki tętna. Słyszałam różne teorie, że błąd aparatu i tym podobne. Ja jednak znów czułam jakby ktoś chciał mi go odebrać, to przerażające uczycie. Nagle szybka decyzja lekarza nie ma na co czekać cesarka. Wszystko miało być inaczej, ale chyba nigdy nie przestanę być wdzięczna za to, że znalazłam odpowiednich ludzi, którzy sprawili że mój synek jest tu dzisiaj koło mnie. Choć pewnie jak każdy rodzic będę się już o niego bała do końca życia.

  • Odpowiedz Maj 24, 2016

    Ania

    jestem po 2 poronieniach – po ponad polrocznym etapie staran zaszłam w 1 ciaze, ktora byla ciąża jak sie okazało biochemiczną. jeszcze nie oswoiłam sie z myslą ze sie w koncu udalo, a tu ciach, krwawienie, ból, strach, i słowa: „TEGO juz nie ma”…to był 5 tydzień…nawet nie zdazyłam mezowi powiedziec aby nie robic mu nadziei a tu taka „nowina”. Na korytarzu mloda lekarka powiedziala stanowczo acz z sercem-jest pani mloda, za 2-3 mce bedzie Pani w ciazy…nie wierzyłam, myslalam ze mowi zeby mówic. wywróżyła! 2 MCE POZNIEJ ZASZŁAM W CIAZĘ. radosc ogromna maz od razu poinformowany, ale i strach co bedzie.. kazda wizyta u ginekologa byla stresem…bijace serduszko dało nadzieje..niestety krotką.. 2 tygodnie pozniej usłyszałam ze serduszko juz nie bije, ze moje DZIECKO nie zyje. to byl 10 tydzień.. jeszcze nigdy tak nie płakałam, to było wycie. zabieg mial sie odbyc dopiero za 4 dni..przez te 4 dni zegnałam sie z moim malenkim dzieciatkiem(moze dla innych to plod-dla mnie upragnione dziecko). dzien zabiegu byl dziwny-dostałam glupawki, zamiast plakac siedzialam na korytarzu pogodzona ze wszystkim, smialam sie mimo ze obok siedziala dziewczyna zaplakana jak bóbr, od razu wiedzialam co sie stało.. nie umialam inaczej zareagowac..to bylo silniejsze ode mnie. zabieg w narkozie, a po nim dopiero dotarło do mnie co sie stało..lezałam na lozku oszolomiona po narkozie, a mimo to wyłam z żalu ze moje marzenie własnie uleciało jak bańka mydlana…..4 kolejne mce byly najgorszymi w moim zyciu-smiertlena cchoroba ojca ktora pojawila sie na m-c przed 2 poronieniem, sprawila ze nie moglam myslec o sobie, a o nim, o tym ze musze pomoc mamie w opiece nad nim,nie mialam czasu na żalobę. pracowałam. nikt ze mna nie rozmawial..bylam sama. Maz chcial ale nie bardzo umial. jako zyciowy optymista ciagle wierzyl ze sie jeszcze uda, ale byly momenty ze widzialam strach w jego oczach, żal, smutek… nie chcial mi dokladac, nie mowił wiec nic.. smierc ojca byla dodatkowym ciosem, w tym czasie, badania, wizyty, to okropnie wydłuzajace sie CZEKANIE na wyniki…miesiac po smierci Ojca, niespodziewanie 2 kreski na tescie. szok,niedowierzanie, ogromna radosc stłamszona od razu przez ten OKROPNY STRACH towarzyszacy mi juz do konca tym razem DONOSZONEJ ciazy ze znow sie cos zlego wydarzy. na szczescie procz skracajacej sie szyjki nie wydarzylo sie nic, ciaza przenoszona o 1 dzien. a dzis moje szczescie ma prawie 3 lata 🙂 powod poronień: TARCZYCA-NIEDOCZYNNOSC! tarczyca-tak czesto pomijana przy wykonywaniu badań, tak lekcewazona przez lekarzy, otoczenie…
    a relacje z innymi – ludzie nie chca o tym rozmawiac, wstydza sie, nie potrafia sie przyznac do „porazki”..wola sie chwalic ze im sie udalo za 1 razem, ale po latach wychodzi na jaw ze tez 1 raz byl okupiony wczesniejszym poronieniem, dwoma, trzema…nawet nie chca sluchac innych gdy ci chca sie wygadac, chca byc wysluchani.. ja sama o tym mowie wprost,nie robie tematu tabu, wspieram innych i ciesze sie jesli moja historia moze komus pomóc-juz pomogla przynajmniej 2 osobom. ale sa sytuacje w ktorych nie mowie nic bo widze ze i tak nie bede zrozumiana. poronienie to nie zbrodnia, to niezalezny od nas stan, ktory rani umysł na całe zycie-jednych bardziej innych mniej.,ale z cala pewnoscia o tym sie nigdy nie zapomina.

Leave a Reply