Dlaczego chciałam rodzić w domu jak Królowa Elżbieta.

Decydując się na poród w domu  multum razy usłyszałam, że jestem nieodpowiedzialna, odważna? (czytaj: głupia), że spełniam swoje fanaberie, narażam życie i zdrowie dziecka, porywam się z motyką na słońce, że takie rzeczy nie kończą się dobrze! Tymczasem decyzja o porodzie domowym była jedną z ważniejszych w moim życiu, bardziej przemyślanych, odpowiedzialnych a jednocześnie jedną z trudniejszych. Bynajmniej nie była to moja szaleńcza fanaberia. Nie uważam się za osobę pozbawioną zdolności logicznego myślenia dlatego przed ostateczną decyzją, a tak naprawdę to od początku ciąży zbierałam informacje i analizowałam bazy medyczne szukając odpowiedzi na pytanie: czy poród domowy rzeczywiście jest tak niebezpieczny jak to mawiają, a podjęcie się tego wyzwania to będzie skrajna nieodpowiedzialność z mojej strony.

Spalę teraz resztę opowieści ale nie chcę aby ktoś czytając tą historię poczuł się rozczarowany. Mój wymarzony poród domowy  ostatecznie zakończył się w szpitalu.  W bardzo fajnym szpitalu, gdzie czekały na nas same znajome gęby ze wszystkich moich prac razem wziętych. W każdym razie decyzja taka została podjęta na podstawie ściśle określonych procedur medycznych odnośnie czasu jaki może minąć od pęknięcia pęcherza płodowego do porodu, a które podczas porodu w domu muszą być przestrzegane z podwójną mocą. Właśnie dlatego aby zapobiegać możliwym komplikacjom odpowiednio wcześnie.

Jeśli pomimo tego chcesz wiedzieć dlaczego zdecydowałam się rodzić w domu, jaką sukienkę założyłam na tą okazję, co jadłam i dlaczego nie zadzwoniłam po fotosister to czytaj dalej 😉

Dawno dawno temu…..a dokładnie 24 dni (teraz już ROK) temu na świat przyszedł nasz pierworodny syn.
Ale od początku. Jeszcze w dzień zażywałam kąpieli w miejskim akwenie wodnym w Dąbrowie Górniczej a już w nocy, dokładnie o północy prawie utopiłam się we własnych wodach płodowych. Kofany mężu latał z mopem i zacierał ślady rozpoczynającego się porodu kwitując swą robotę pytaniem jak to na laika przystało:

„To mam nie iść juro do roboty? Ty na pewno urodzisz?”
“Że hę? Jasne, że urodzę. Jak dobrze pójdzie to jeszcze dziś, 29.07 zostaniemy oficjalnymi rodzicami” –
odpowiedziałam, gdyż jeszcze wtedy posiadałam zdolność artykulacji myśli.

Nasz plan zakładał, że jeśli poród zacznie się w nocy, to wracamy do wyra aby oszczędzać energię. Ale nie, ja nie mogłam trzymać się planu tylko jak nakręcona zaczęłam wysyłać smsy do wszystkich plus, co chyba najważniejsze, do naszej domowej położnej – Bożenki, neonatolog – Justyny i Agi z FotoSister. W swej ciążowej euforii bowiem zaplanowałam, że będziemy mieć zarąbistą pamiątkę z porodu. Zaplanowałam też, że na zdjęciach będę wyglądać niczym rodząca nimfa więc zaraz po pierwszych skurczach  udałam się do szafy celem odziania mojej porodowej sukni (z Lidla), nie koszuli nocnej czy coś tam. Żeby wszystko było na swoim miejscu, wykonałam też staranny makijaż oka, który notabene pasował do sukienki. Uwierzcie mi, że jak to edytuję po roku czasu to pękam ze śmiechu. W każdym razie, około godziny 2 nie było już mowy o odpoczynku, a skurcze, ich regularność, intensywność i siła wzrastały z minuty na minutę. O godzinie 5, już lekko mocno  zdenerwowana zadzwoniłam do Bożeny z błaganiem o to by przyjechała – i to prędko, bo z takimi skurczami, to ja zaraz rodzić będę. Bożena naiwnie (w tej sytuacji) zawierzyła mojemu doświadczeniu położniczemu i poleciła abym się w takim razie zbadała i oceniła czy TO JUŻ. Diagnoza była jednoznaczna:

– “To już. Jest 10 cm. Nie zdążysz.” – ryczę do słuchawki.

Bożena kończyła dyżur w szpitalu i wpadła do nas obładowana niczym wielbłądzica około godziny 6.30. Zbadała mnie i jakbym dostała obuchem w łeb: 2,5 cm. Że co? Po tylu godzinach męki? I wtedy usłyszałam, że powinnam urodzić zanim minie 12 godzin od pęknięcia pęcherza płodowego, bo jeśli nie, to zbieramy zabawki i jedziemy do szpitala. Mając zatem niecałe 6 godzin w zapasie postanowiłam zająć się tym rodzeniem jeszcze bardziej. Kolejne kilka godzin przekicałam na niebieskiej piłce, zażyłam kilka ciepłych i wcale nie relaksujących kąpieli, wzięłam kilka nie uśmierzających bólu pryszniców, skorzystałam kilkadziesiąt razy z toalety, próbowałam coś przekąsić, ponieważ podczas porodu można jeść . O, pamiętam, że miałam wielkie plany odnośnie jedzenia. Moja mama zdała egzamin na 6 i naszykowała cały stół pysznej wyżerki.  Zjeść mi się niestety nie udało. Nawet tego nieszczęsnego lizaka w kilka dni po porodzie zdrapywałam ze ścianek wanny (edit: zjadłam pół winogrona, ale nie przetrwało zbyt długo na swoim miejscu).

Wynik następnego badania o godzinie 11.00- 3,5 cm oraz fakt, że nic nie wskazywało na to, że do godziny 12 będziemy już we trójkę, sprawił iż Bożena zarządziła o wyjeździe do szpitala. I tak w upoconej, eleganckiej sukience i z makijażem oka płynącym po brodzie udałam się do szpitala. 30 minutowa jazda samochodem w 30 stopniowym upale z 3 centymetrami rozwarcia i skurczami co 3 sekundy- niezapomniana frajda 😉 W każdym razie polecam, bo po przestąpieniu progu porodówki  rozwarcie wynosiło już 7 cm i za dwie godziny synek był już po drugiej stronie brzucha.

Jak oceniam swój poród z perspektywy czasu?
Dalej uważam, że decyzja o porodzie domowym była najlepszą z możliwych. Te 10 godzin, które rodziłam w domu uważam za bezcenne. Jak je wspominam? Odkładając na dalszy plan temat bólu, który robił naprawdę duże wrażenie – nawet na położnej, to w domu było mi po prostu dobrze. Byłam u siebie. Czułam się swobodnie, latałam po domu w stroju adamowym i robiłam to, co chciałam i to co w danym momencie czułam. Niewątpliwie w trakcie porodu cofnęłam się w rozwoju do poziomu pierwotniaka. Przez większą jego część intensywne skurcze sprawiły, że czułam i widziałam tylko siebie, byłam trochę jak w transie, z nikim nie rozmawiałam i nie chciałam aby ktokolwiek ze mną rozmawiał. Moja konwersacja z mężem ograniczała się do języka migowego, kiedy to znacząco wskazywałam dłonią na usta, co mężu dość szybko nauczył się odczytywać jako: „daj mi bardzo zimnej wody – natychmiast, no co tak stoisz.” Zaniemówiłam na kilkanaście godzin. Dosłownie. Kiedy syn witał się z tym światem, to też nie wydałam z siebie dźwięku. Nic. Nie byłam nawet w stanie zadzwonić po fotosister, że jednak rodzę i żeby przyjechała, ani też poprosić męża aby to zrobił. Ale może to i lepiej bo moja prezencja w tym upale zdecydowanie spadła. I tak, przez większość czasu byłam sama w pokoju, siedziałam na swojej świętej piłce wsparta o łóżeczko synka (jak na focie, chociaż to sytuacja symulowana) i w ciszy przeżywałam skurcz za skurczem, a właściwie to miałam wrażenie, że jest to jeden ciągły skurcz bez chwili wytchnienia. Położną pokarało ciężkim porodem, cholewcia. Konia z rzędem temu kto zaplanuje sobie poród i zrealizuje swój plan od początku do końca. Ja np. chciałam mieć bardzo babski, domowy poród, z muzyką, jedzeniem i żartami w przerwach między skurczami. Hehehe…dobre 😉 Ostatecznie moja towarzyskość w skali 1 -10 wynosiła 0! Siostra do tej pory mi wypomina jak ch…sko wygnałam ją z domu kiedy przyszła (wcześniej zaproszona) na ten babski poród.

Najważniejsze jest jednak to, że przez cały ten czas czułam się zaopiekowana, bezpieczna. No cóż, rodziłam jak VIP – jedna rodząca- jedna położna (znana mi wcześniej) przez cały poród. Marzenie. Niestety nie zawsze do spełnienia w realiach szpitalnych. Bożenka szybko wyczuła z jaką rodzącą przyszło jej współpracować i nie narzucając się, sprawowała nad nami równie cichą opiekę wykonując wszystkie badania i czynności położnicze, które miały zapewnić bezpieczeństwo mi i dziecku. Jestem pewna, że nawet bez zbędnych słów, obserwując mnie przez tyle godzin byłaby w stanie zauważyć i zareagować na każdą, nawet najmniejszą nieprawidłowość. Po prostu położna z prawdziwego zdarzenia. Klasa sama w sobie. Wiedza, doświadczenie i umiejętności na najwyższym poziomie.

Jeszcze jedno. Poród domowy to nie żadne pójście na żywioł, fanaberia czy szaleństwo. Poród domowy poprzedzony jest wnikliwą i szczegółową procedurą kwalifikacyjną. Kryteria są dość restrykcyjne dlatego nie jest to opcja dostępna dla każdego. Więcej o porodach domowych przeczytać na stronie Dobrze Urodzonych  i chociażby tutaj. W podjęciu ostatecznej decyzji bardzo pomogło nam spotkanie z Bożeną w naszym domu. Podczas niego mój mężu  wyluzował i przekonał się do takiej opcji. Po wyjściu położnej stwierdził, że to chyba rzeczywiście jest „normalne” i nic nam nie grozi. Ba, on stał się teraz ogromnym zwolennikiem i propagatorem porodów domowych w swoim środowisku. Twierdzi, że bez wahania zdecydowałby się na ten krok po raz drugi. Taki z niego chojrak. Co bym zmieniła? Przy następnym porodzie zaczniemy od solidnej rundki samochodem po okolicy 😉

A dlaczego wybrałam poród domowy?
Już tak mam, że gadanie innych mnie nie przekonuje. Przekonują mnie dane naukowe, które mówią, że miejsce, sposób i okoliczności w jakich przychodzimy na świat wpływają na sam przebieg porodu ale też na  dalsze życie; o tym, że poród domowy jest bezpieczny.  Większość ciąż to stan fizjologiczny dla kobiety, tak jak i większość porodów mogłaby odbywać się bez interwencji medycznych. Nie ma oczywiście gwarancji, że w trakcie porodu nie wydarzy się nic nieplanowanego. Dlatego właśnie panuje powszechny trend i przekonanie, że lepiej rodzić w szpitalu niż w domu pod opieką położnej. A poza tym chciałam aby mój synek miał tylko dobre wspomnienia z porodu (a na takie miał większe szanse w domu); aby po porodzie nie miał powodów do płaczu – położne domowe obserwują, że dzieci, które przychodzą na świat w domu rodzą się spokojne, bez lęku, bólu i w związku z tym nie płaczą. Nie ma na to dowodów naukowych ale faktem jest, że powodów do płaczu jest zdecydowanie mniej.  I już zupełnie egoistycznie chciałam aby mniej bolało. Kobiety, które rodziły w szpitalu i w domu często mówią, że poród domowy mniej boli. Halo! Są tu jakieś dziewczyny, które mogą to potwierdzić?? Ja nie mam porównania. Ale zastanawiam się czy gdybym od razu po pęknięciu pęcherza płodowego trafiła do szpitala i rodziła w takim zawrotnym, ślimaczym tempie jak w domu, to czy moje odczucia bólowe nie byłyby większe….. W sumie, to nie jest tajemnicą, że strach powoduje napięcie, napięcie powoduje ból i hamuje wydzielanie endorfin- naturalnych „środków” przeciwbólowych. Poza tym – leżenie, dla mnie nie do przejścia. Moje bóle porodowe nie życzyły sobie pozycji horyzontalnej. Dlatego większość porodu stałam, chodziłam, siedziałam i skakałam. Wszystko tylko nie leżenie.

I już tak na koniec. Obiecuję. Wiedziałam że dla mnie i mojego synka dom będzie najlepszym miejscem na przywitanie go na świecie. Lepsza byłaby tylko dzika plaża nad Oceanem Spokojnym 🙂 Najlepszym miejscem do porodu jest przecież to, w którym kobieta czuje się najbezpieczniej. Dla większości to będzie szpital. Dla mnie – dom. Chciałam aby mój synek urodził się bezpiecznie, spokojnie i bez lęku. Chciałam go tulić w ramionach we własnym łóżku, z własnym mężem i własnymi kotami. Bożenka do następnego razu. Szykuj się….

Aspekt finansowy. Jaki jest koszt porodu domowego? Dla mnie przeżycie bezcenne i warte każdych pieniędzy. Natomiast koszty liczone w złotówkach to 2500 zł. Dużo to czy mało….zależy. Każdy ma swoje priorytety. Ja zbieram kasę na następny raz. No chyba, że politycy zdecydują  o refundacji kosztów porodu domowego. Czego sobie i wszystkim zainteresowanym życzę.

PS. Poród szpitalny to nie jest jedyna opcja. Możecie zdecydować się „małą fanaberię” i urodzić swoje dziecko we własnym domu nie ryzykując, a tylko zyskując. Najważniejsze, że macie wybór. Zamiast szpitala możecie wrócić do swoich salonów, kuchni, sypialni, łazienek, ogrodów! Z właściwą opieką położnej, jej doświadczeniem i umiejętnościami będziecie bezpieczne w każdej z tych niecodziennych porodowo lokalizacji. W domu też możecie podarować swojemu dziecku spokojny start w to ziemskie, nielekkie przecież życie, a sobie dużą dawkę satysfakcji, komfortu i dobrego porodu.

Królowa Elżbieta cztery razy rodziła w domu 😉 Ciekawe w co była ubrana.

Wreszcie mamą synusia (lipiec 2014)!!! Położna- z wykształcenia i zamiłowania, Certyfikowany Doradca Laktacyjny - CDL Nr. rej. CNoL 482/2015/CDL, doradca noszenia ClauWi®, naukowiec, ostatnio także doktor nauk medycznych. Swoją drogą- najlepsza w pisaniu doktoratu z dzieckiem przy piersi;-) Bierze udział w eksperymencie naukowym mającym na celu dowiedzenie, że bez snu też można żyć. Kontakt: danka@mataja.pl

56 komentarzy

  • Odpowiedz Sierpień 23, 2014

    Lucy eS

    cieszę się, że poznałam tę historię. może zrobię z niej kiedyś użytek 🙂

    • Odpowiedz Sierpień 23, 2014

      Ola

      Danka, gratuluje jeszcze raz. Gratuluje odwagi i trzymam kciuki już za Wasz następny raz w domowych warunkach. Osobiście mogę powiedzieć że i poród i dziecko…każde inne. Co do pamięci prenatalnej to ciekawe…moja córka po tych wszystkich ciążowych przejściach jest chyba zaprzeczeniem- spokojna, wesoła…chyba że tyle przeszło na nią mojego stresu i zdrowotnego i psychicznego że teraz po prostu cieszy się życiem, a my z nią. Zresztą chyba czasem trzeba tyle przejść żeby nie przejmować się głupotami

      • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

        Danka Kozłowska-Rup

        Dzięki Ola. Wiem, że każdy poród i każde dziecko jest inne i też mam nadzieję, że następnym razem się uda. A jak nie, to do trzech razy sztuka 😉 Fajnie, że pomimo przejść ciążowych o których wspominasz twoja córeczka jest pogodna. To wszystko dzięki jej mamie oczywiście. W poście, który linkuje pod komentarzem jest krótkie wyjaśnienie jak mama po porodzie może wpłynąć na zminimalizowanie poziomu stresu ciążowego u swojego dziecka. Pozdrawiam

    • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Lucy eS, super. Taki miałam cel. Mam nadzieję, że zrobisz z niej kiedyś użytek i że będziesz zadowolona z decyzji.

  • Odpowiedz Sierpień 23, 2014

    Marta

    Wychodzi na to, że ja również mogę powiedzieć, że rodziłam w domu 🙂 Dokładnie 5 tygodni temu urodziłam również syna. Urodziłam go po 2 godzinach w szpitalu, ale wcześniejsze 10 godzin skurczy spędziłam w domu. Bardzo miło to wspominam, bo mogłam robić co chciałam i gdzie chciałam, mogłam spać, jeść wszystko na co miałam ochotę, mogłam sobie pozasłaniać okna, włączyć głośną muzykę, potańczyć, pojęczeć i ogólnie czułam się bardzo komfortowo. W czasie pobytu w domu skurcze były nieregularne i średnio bolesne. Odstępy między nimi to mniej więcej od 5 minut do 30 minut. Kiedy skurcze zrobiły się częstsze i regularniejsze, pojechaliśmy do szpitala i tam zaczął mnie atakować skurcz za skurczem, praktycznie bez przerw, ale za to z rozwarcie 3 cm do skurczy partych zajęło mi “chwilkę” (czyli godzinę albo półtorej).

    Dla porównania mam pierwszy poród, który odbył się całkowicie w szpitalu i trwał 22 godziny. Do szpitala udałam się wtedy po może godzinie skurczów, a w szpitalu, mimo że teoretycznie mogłam robić prawie wszystko, to nie czułam się zbyt komfortowo – przede wszystkim dlatego, że nie byłam jednak u siebie i czułam się tam obco. Byłam też strasznie zmęczona, bo skurcze zaczęły się wieczorem. 3 zmiany położnych też niezbyt pomogły. Skurcze były zdecydowanie bardziej bolesne od samego początku, ale przynajmniej były między nimi jakieś przerwy. Dodatkowo na sam koniec, już przy skurczach partych podano mi oksytocynę – mimo że za wszelką cenę chciałam tego uniknąć.

    Co ciekawe, to po pierwszym porodzie, w całości w szpitalu, córka po urodzeniu nie płakała, a przy drugim porodzie, w większości w domu, syn po urodzeniu płakał.

    Zastanawiam się jaki wpływ na drugi poród miało to, że tak późno pojechałam do szpitala – czy równie szybki byłby gdybym od razu pojechała do szpitala, czy uległ by wydłużeniu.

    Jeśli zdarzy mi się być trzeci raz w ciąży, to chciałabym już urodzić w domu. W sumie przy każdym porodzie chciałam to zrobić, zawsze wydawało mi się to lepszym pomysłem niż szpital, ale jakoś zawsze w terminie porodu akurat się przeprowadzałam gdzieś na drugi koniec Polski, a poza tym mój mąż nie jest przekonany do takiego rozwiązania, a wydaje mi się, że jego zdanie też powinnam brać pod uwagę, jako że w końcu jest ojcem dziecka które ma się urodzić.

    • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Marta, ależ historia. Dzięki, że się podzieliłaś. Przede wszystkim gratuluję narodzin synka. Z tego co czytam, to miałyśmy podobny przebieg porodu tylko Ty zdaje się nie planowałaś ostatecznie urodzić w domu? Zobacz, że samoistnie zrobił ci się ładny podział: od porodu szpitalnego, przez “pół-szpitalny”, a następny pewnie będzie już w pełni domowy. Mam nadzieję, że za trzecim razem urodzisz w domu i zdołasz do tego pomysłu przekonać męża. Mój mąż też był na początku bardzo, bardzo niechętny. Sukcesywnie, krok po kroczku przedstawiałam mu argumenty za, omawialiśmy różne możliwe opcje porodu. Przegadaliśmy wiele godzin a i tak ostatecznie przekonał go spokój i rzeczowość naszej położnej. Warto porozmawiać z położną albo nawet z kilkoma różnymi aby wybrać tą, z którą nadaje się na tych “samych falach”. Trzymam za was kciuki i ucałowania dla dzieciaków.

  • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

    Ania

    Ja rownież rodzilam w domu drugie dziecko i nie zamienilabym tego doświadczenia na nic innego. Skończyło sie cesarka gdyż moje skromne rozmiary nie chciały wydać na świat 4,3kg ale nie było żadnego zagrożenia bezpośredniego a zamiast męczyć sie w szpitalu kilka godzin, zjadłam bolesne śniadanie we własnej wannie i dałam sie sobą zająć mężowi i 2 położonym – w sumie za polowe kwoty o której piszesz – Maz nie pobierał wynagrodzenia 😉 polecam wszystkim

    • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Ja czuję dokładnie tak jak Ty i nie zamieniłabym tych godzin spędzonych na porodzie w domu za nic na świecie. Ps. Ceny porodów domowych są tez pewnie mocno zróżnicowane w zależności od regionu.

  • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

    Tedi

    Ja bardzo chciałabym rodzić w domu, bo zwyczajnie nie lubię szpitali. Jednak uważam, że moja wiedza jest zbyt mała i nie mam zaufanej położnej, aby rodzić w domu.
    Napiszę jeszcze, że mój synek urodził się w szpitalu, ale nie płakał. Długo leżał po porodzie u mnie na brzuchu, oddychał spokojnie i cichutko popiskiwał.

    • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Tedi, ja mojej idealnej położnej szukałam kilka ładnych miesięcy. W sumie to zorganizowanie porodu domowego to duża praca. Za drugim razem będę już mądrzejsza jak się za to wszystko zabrać. Fajnie, że twój synuś nie płakał po porodzie. Dobrze mu było. Ja z tego wszystkiego to w końcu nie pamiętam- płakał czy nie. Ostatecznie na porodówce było bardzo przyjemnie i dalej z moją Bożenką oraz mężem (tylko kotów brakowało) więc mam nadzieję, że małemu też było miło 🙂

  • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

    vixen

    Ja nie jestem zwolenniczka porodów domowych, a ostatecznie przekonalo mnie do tego stanowisko dr. Debskiego, który jest ich przeciwnikiem. Twierdzi on, ze prowadzenia takiego porodu by się nie podjął, bo to za duże ryzyko, poród jest nieprzewidywalny, a on może tworzyć w szpitalu warunki “domowe”, ale miec cale zaplecze w postaci sprzętu. I ja się z tym zgadzam, dla mnie to tez za duże ryzyko i nie wybaczylabym sobie, gdyby przez moja decyzje o porodzie domowym dziecku albo mi stalo sie cos złego. Kiedyś kobiety rodzily w domu, ale byla sporo większa umieralność matek i noworodków, o tym tez warto pamiętać. Zresztą coraz więcej porodowek jest cywilizowanych i nie wygląda to tak strasznie jak za czasów betonowego położnictwa naszych matek.

    A “wspomnienia” z jakiejś hipnozy maja jak dla mnie zerowa wiarygodność, szczerze mówiąc.

    • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

      piwnooka

      Każdy z obozów ma zapewne swoje racje i pozostaje ubolewać, że mamy w Polsce tak mało przyszpitalnych domów narodzin, w których warunki są iście domowe a porody pozbawione większości szpitalnych procedur. A które znajdują się w bezpiecznej odległości od samego szpitala. Chętnie rodziłabym w takim miejscu.

      • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

        Danka Kozłowska-Rup

        Piwnooka- trafiłaś w sedno- domy narodzin to byłoby cudowne rozwiązanie. Taki złoty środek, dla tych co wahają się odnośnie decyzji o porodzie domowym, a chciałyby rodzić z samymi położnymi w warunkach “jak w domu”. Wciąż ich jednak jak na lekarstwo 🙁
        Według mnie kwestię decyzji o porodzie domowym vs. szpitalnym nie można dyskutować przez pryzmat “obozów”, z których każdy ma swoje racje. To jest po prostu indywidualna decyzja każdej z nas i to jedna z wielu na rodzicielskiej drodze. Po prostu.
        Zgadzam się z tobą, że większość ludzi z branży jest zdecydowanie przeciwko pd. Mam nadzieję, że powoli zacznie się to zmieniać i osiągniemy w tym zakresie poziom bardziej europejski. Części Twojej wypowiedzi odnośnie wanny i zwyczajów położniczych w niektórych szpitalach w Polsce nie będę komentować bo nie mogę się teraz denerwować;-)
        Zazdroszczę Ci twoich “położniczych” doświadczeń z USA. Chyba kiedyś musimy sobie zrobić jakieś spotkanie i porozmawiać prywatnie:-)

    • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Hej Vixen! Dzięki za Twoją opinię. Bardzo dobrze, że nie zdecydowałabyś się na poród domowy, skoro najbezpieczniej czujesz się w szpitalu. Tak jak pisałam, poród domowy to nie jest opcja dla wszystkich i absolutnie do niego nie namawiam, szczególnie jeśli w kobiecie istnieje chociaż cień wątpliwości.
      Jeśli chodzi o opinie dr Dębskiego, to wydaje mi się, że większość położników w Polsce mogłaby się podpisać pod jego słowami rękami i nogami też. Autorytet z dziedziny położnictwa i ginekologii z różnych krajów europejskich i nie tylko często mają zgoła odmienne zdanie i w dużej mierze stawiają na taki właśnie model opieki okołoporodowej. Myślę, że wkrótce zacznie się to zmieniać także i w naszym kraju.
      Odnośnie “hipnozy”-dla Ciebie bezwartościowej metody- nie podejmuje się dyskusji. Ja tam nie potrzebuje żadnych badań uwiarygadniających aby wiedzieć, że noworodki czują i pamiętają ból. Jeśli hipnoza stosowana przez znanego naukowca Cię nie przekonuje, to zajrzyj do badań które przedstawiłam w poście o Rzezi niewiniątek: https://mataja.pl/2014/07/rzez-niewiniatek-co-bys-zrobil-gdybys-wiedzial-ze-noworodki-operuje-sie-bez-znieczulenia/
      Dla mnie to sprawa oczywista.
      Pozdrawiam

  • Odpowiedz Sierpień 24, 2014

    piwnooka

    Gratulacje dla Ciebie i męża 🙂 Podziwiam Twoją decyzję, zwłaszcza, że sama jesteś “z branży” a wydaje mi się, że jednak większość położnych i lekarzy jest przeciwna porodom domowym i zdecydowanie je odradza swoim pacjentkom. Nawet mój lekarz, którego uwielbiam, przyznał, że w oparciu o własne doświadczenie odradzałby poród z dala od szpitala (a to młody facet jest!). Widziałam kilka takich porodów (w USA) w domu lub w przyszpitalnym domu narodzin i zawsze byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak spokojnie zachowywały się rodzące i na jaką opiekę i wsparcie mogły liczyć ze strony położnej. Przy całej dbałości o higienę, akcesoria i procedury, kobiety mogły rodzić we własnej domowej wannie a później, trzymając maluszka w ramionach odbyć pierwszą wspólną kąpiel ziołową. Jedna z kobiet doświadczyła swojego drugiego porodu w kompletnej ciszy, przerywanej jedynie cichymi wskazówkami położnej. Znam też przypadek, kiedy faza parcia się przedłużała, bo dziecko utknęło główką i za nic nie chciało się przesunąć. Położna z mężem zapakowali rodzącą do samochodu, ułożyli w odpowiedniej pozycji i wozili tak przez jakiś czas po wszystkich możliwych wybojach. Po dodatkowych kopniakach nogą, maluch przyjął odpowiednią pozycję. Część uzna te przykłady za skrajne przypadki i stwierdzi, że rodzące zdecydowały się na zbyt wielkie ryzyko. Być może. Przytaczam takie przykłady, bo są one niemal kompletnym przeciwieństwem tego, co dzieje się w Polsce, gdzie domów narodzin jest jak na lekarstwo a na personel, który wesprze w decyzji kobiety o porodzie domowym, nie można liczyć w ogóle (przynajmniej poza większymi miastami). A jako przykład podam może szpital w moim miejscu zamieszkania, gdzie kiedyś ktoś wspaniałomyślnie postawił na oddziale wannę do porodów w wodzie a która od lat się kurzy. Same położne przekonują wszystkich, że jak rodząca znajduje się w wodzie, to ciężko monitorować stan dziecka. I tylko pozostaje mi pytać samą siebie, jak może udawać się to położnym (choćby zza oceanu), które używają do tego tzw. “fetal doppler” (http://www.waterbirthsolutions.com/Dopplers/Sonotrax-Dopplers)? Dlatego gratuluję wszystkim kobietom, które rodziły w domu: odwagi i wsparcia, bez którego taki poród nie miałby zapewne miejsca.

  • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

    hala

    Super miałaś poród. Ja bym chciała tak, że zaczynam w domu i na ostatnią chwilę jadę do szpitala. Ciekawe, jak wyjdzie 🙂
    Z drugiej strony położna kazała mi jechać do szpitala od razu po odejściu wód.

    • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Hala, z perspektywy czasu wiem, że był super. Szkoda, że się nie udało do końca w domu…ale co się odwlecze to nie uciecze;-) Jeśli nie planujesz porodu domowego tylko chcesz rodzić w szpitalu, to może być trudno wstrzelić się na porodówkę tak, aby tylko urodzić. Każdy poród jest inny. Pamiętaj, że ja w domu przez cały czas miałam opiekę doświadczonej położnej, która miała ze sobą sprzęt niezbędny do monitorowania stanu płodu. Życzę Ci bardzo udanego, satysfakcjonującego porodu- gdziekolwiek by się nie odbył. Jakbyś miała jakieś wątpliwości to pisz na priv.

  • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

    vixen

    Ja wiem, ze noworodki czuja bol, ale z tego co kojarze hipnoza nie jest uznawana za metode dowodząca naukowo czegokolwiek.

  • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

    Danka Kozłowska-Rup

    Wiesz co, tak jak mówię- nie znam się na hipnozie. Nie moja działka. Podałam ją tylko jako przykład.W międzyczasie znalazłam fajne badania odnośnie wspomnień z okresu porodu gdzie metodą hipnozy analizowano wspomnienia porodowe 10-rga dzieci. Mamy dały słowo, że nigdy swoim dzieciom nie wspominały ani słowem na temat przebiegu porodu. Dzieci potrafiły zrelacjonować wiele faktów z tego wydarzenia. Więc coś musi być na rzeczy. Część się oczywiście nie zgadzała. Masz linka do artykułu:http://www.questia.com/library/journal/1P3-1381123641/reliability-of-birth-memory-observations-from-mother
    Temat hipnozy zawsze mnie ciekawił, sama chętnie bym się jej poddała ale niestety nie mogę się tutaj fachowo wypowiedzieć. Jeśli czytają nas jacyś psycholodzy to prosimy o wsparcie w tym temacie 🙂

  • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

    Kamelia

    Danka gratuluję! Z powodu zaaferowania swoim własnym macierzyństwem zapomniałam to zrobić wcześniej. 🙂
    Mi się marzył poród domowy w pierwszej ciąży. Jednak mój mąż był tak zestresowany tym co miało się wydarzyć, że nic nie było w stanie go przekonać. Po fakcie stwierdził, że dobrze, że się nie zgodził, bo jak zobaczył całą krew która ze mnie wypłynęła to bał się, że umrę, a sam był bliski omdlenia. W związku z tym wiedziałam, że tym bardziej przy drugim porodzie się nie zgodzi.
    Na szczęście rodziłam dzieci błyskawicznie i jakikolwiek dyskomfort nie był w stanie mi dokuczyć. Wiem jednak, że gdyby miało się to ciągnąć kilka, czy kilkanaście godzin to atmosfera miałaby kolosalne znaczenie, tak samo jak omawiane kiedyś wcześniej jedzenie w trakcie porodu.
    Przy okazji wtrącenie na temat jedzenia. 🙂 Zanim zaczął się właściwy poród, a czułam, że to już zaraz się zacznie to oczywiście objadłam się na zapas. Nie wiedziałam ile jeszcze czasu to zajmie, a wiadomo jak to z jedzeniem na porodówce jest. No i jak się zaczęło i kolejne skurcze przechodziły przez moje ciało to jednocześnie męczyły mnie straszne mdłości. Gdyby poród był dłuższy to jestem pewna, że bym zwymiotowała. Więc może coś jest w tym zakazie jedzenia…?

    • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      A bardzo uprzejmie dziękuję Kamelia 🙂 Z tymi twoimi ekspresowymi porodami to ty mogłaś urodzić w domu ale zupełnie nieplanowo 😉 Myślę, że w samym zakazie jedzenia w trakcie porodu nie ma większego przesłania (tak jak pisałam i jak wskazują badania) ale i tak większość kobiet nie przejawia wtedy na to ochoty. Ja jestem tego żywym przykładem. Zjadłam jedno winogrono i ono również skończyło w toalecie. Są jednak kobiety, które nie reagują w ten sposób i z chęcią oraz bez mdłości coś by pochłonęły. Dalej stoję więc na stanowisku: żadnych zakazów a wolny wybór. Ja wybrałam głodówkę. Za to po porodzie…..uuuuuu. Konia z kopytami bym zjadła. Mąż pół Tesco wykupił żebym się mogła najeść do syta 🙂 Pozdrowienia dla dzidziusia.

      • Odpowiedz Sierpień 25, 2014

        Alicja

        Ja tam w trakcie obu porodów bym całego świniaka zjadła gdyby ktoś mnie poczęstował ;)))

        • Odpowiedz Sierpień 26, 2014

          Kamelia

          Macie rację dziewczyny, co poród to inne potrzeby. 🙂

  • […] ten powstał z inspiracji najnowszym tekstem Danki z Mataja.pl, która opisała swój wyjątkowy poród. Wpis, który prócz informacji, również motywuje i […]

  • Odpowiedz Sierpień 26, 2014

    vixen

    Ja rodziłam 3h od odejścia wód do pojawienia się dziecka, niby fajnie, bo szybko, ale jest jakieś uczucie niedosytu, że się nie mierzyło czasu między skurczami i ledwo położna wypełniła papiery, mała była na świecie. Mam nadzieję, że nie sprawdza się zawsze zasada, że drugi poród jest szybszy, bo tzw. uliczny mi się jednak nie marzy 😉

  • Odpowiedz Sierpień 26, 2014

    PasjoMatka

    Chciałam rodzić w domu, bardzo chciałam, ale w sumie mój syn zadecydował inaczej. Nie chciał wyjść ani z własnej woli, ani przy namowach (z 3 próbami wywołania porodu łącznie), więc zakończyło się cesarką. No za duży chłop był, więc nawet się nie był w stanie zestawić do kanału rodnego. W zaistniałej sytuacji dobrze, że w szpitalu, bo w razie komplikacji do najbliższego miałabym kawal drogi. Ale przy kolejnym i tak bym chciała w domu. Dzięki za ten tekst. 🙂

    • Odpowiedz Wrzesień 3, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Cała przyjemność po mojej stronie:-) Jak niedawno usłyszałam od swojej położnej: “natura chroni swoje dzieci”, więc widocznie tak miało być, że miałaś znaleźć się w szpitalu. Po cięciu cesarskim zasadniczo nie ma przeciwwskazań do porodu siłami natury więc trzymam kciuki za kolejny raz.

  • Odpowiedz Wrzesień 2, 2014

    Igmu

    Dwa razy rodzilam w szpitalu, drugi raz omwiele bardziej swiadomie, 3 tygodnie temu 🙂 rodzilam w jakiej pozycji chcialam, polozna byla obok, nie badala mnie specjalnie, zaufala mojej intuicji, wiedzialam kiedy chce przec. Ona po prostu byla obok. Corcia po urodzeniu sie nie plakala, trafila od razu na moja piers, tulilysmy sie dwie godziny, przy okazji karmiac… Bylo cudownie 🙂

    • Odpowiedz Wrzesień 3, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Igmu- serdeczne gratulacje!!! Po pierwsze z powodu narodzin córeczki, po drugie- z powodu super porodu. Z Twojego opisu aż bije spokój i duża świadomość. Wspominać poród z taką przyjemnością to jest coś. Gratuluję jeszcze raz.

  • Odpowiedz Wrzesień 3, 2014

    Ola

    No cóż Danuś…nic dodać nic ująć. Znasz moje zdanie na temat porodów szpitalnych,więc mam nadzieję,że w końcu kiedyś porody domowe przestaną kojarzyć się społeczeństwu pejoratywnie. Długa droga przed nami do tego,bo jednak autorytety kształtują taką a nie inną świadomość społeczną…z wiadomych przyczyn

    • Odpowiedz Wrzesień 18, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Ola, wiem że długa droga przed nami. Nie czas i nie miejsce. Ale liczę na to, że dożyję wiekopomnej chwili 😉 Postaram się przynajmniej

      • Odpowiedz Wrzesień 22, 2014

        Ola

        “Nie czas i nie miejsce”?-jaśniej proszę,bo nie bardzo rozumiem odpowiedź

        • Odpowiedz Wrzesień 26, 2014

          Danka Kozłowska-Rup

          Ola, przepraszam za lakoniczną odpowiedź ale pomyliłam Cię z “inną” Olą, z którą z resztą porozumiewam się bez słów i byłam pewna, że będzie wiedziała o co mi chodzi 😉
          Miałam na myśli po prostu, że żyjemy w czasach oraz w państwie, które nie jest przygotowane na takie “fanaberie” jak porody domowe. I trochę czasu upłynie zanim mentalność społeczna zacznie ewoluować.

          • Październik 20, 2014

            ola

            Ach,ok:),teraz rozumiem:)
            dzieki:)))

  • Odpowiedz Wrzesień 17, 2014

    sylwik

    Ja mam zaplanowany poród domowy w basenie. Zaplanowany – a jak wyjdzie to zobaczymy za 2 miesiące 🙂 Mieszkam w Anglii, położna przychodzi do mnie do domu (One to one midwife service), za taki poród nie ma żadnych dodatkowych kosztów! Nawet ten basen wypożyczają za darmo 😉 Chcę żeby Daniel urodził się bez lęku, ja też nie chcę się bać, decyzja przemyślana i bardzo poparta przez męża 🙂 Polecam książkę: DUCHOWE POŁOŻNICTWO: Intymność narodzin – Ina May Gaskin

    • Odpowiedz Wrzesień 18, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Sylwik, akurat w tym wypadku zazdroszczę, że mieszkasz w Anglii. Tam świadomość społeczna porodów domowych jest znacznie wyższa niż u nas. Anglicy już chyba odkryli, że opieka położnej podczas ciąży i porodu to nie jest najtańsza ale najlepsza opcja dla kobiety. My musimy jeszcze poczekać i jak na razie to słono płacić za decyzję o porodzie w domu. Nie tylko pieniądze mam tu na myśli ale także pogardliwe spojrzenia otoczenia, komentarze lekarzy itd. Życzę ci super porodu i żeby wszystko poszło zgodnie z twoimi oczekiwaniami. No i koniecznie napisz już po wszystkim. Bardzo jestem ciekawa jak to wygląda w Angli-ze szczegółami proszę 🙂
      Aaa i pogratuluj mężowi otwartości. Taki wspierający mąż to skarb wcielony.

  • Odpowiedz Październik 1, 2014

    Agnieszka

    Czy to Ty, Danusiu, z kursu chustonoszenia, który odbył się w marcu w Op? 🙂 Zainteresował mnie temat- bynajmniej nie przypadkiem, a tu taka niespodzianka:) jak Maleństwo?
    A co do tematu, to ja też bardzo bardzo chciałam rodzić w domu, ale niestety ze względu na to, że pierwsze dziecko urodziłam przez cc, już na wstepie odpadłam. Drugie synka na szczęście udało mi się urodzić naturalnie, co jest dla mnie niewątpiwie powodem wielkiej radości i dumy.
    Do szpitala przyjechaliśmy po 23 a po 1 przytulałam już Kubusia. Nie spędziłam więc zbyt dużo czasu w szpitalu, bo też celowo czekałam jak najdłużej z przybyciem na miejsce.

    Słyszałam, nie wiem czy to prawda, że jeżeli pierwszy poród odbył się przez cc, drugi był naturalny, to trzeci może już odbyć się w domu. Czy rzeczywiście tak jest?
    Jeżeli więc dane mi będzie jeszcze kiedyś rodzić, to mam nadzieję, że właśnie uda się w domu.

    Danusiu, pozdrawiam serdecznie

    Agnieszka
    (zmieniłam nr tel. 784367430)

    • Odpowiedz Październik 1, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Hej Agnieszka!!
      Pewno, że to ja. Miło Cię “widzieć”. Ale ten świat mały, że Cię tu na naszą mataję przywiało 🙂
      Odnośnie twojego pytania, to ja nie ma odgórnie narzuconych przeciwwskazań do porodu w domu po cc. Jak wiesz, każda ciąża jest inna. Jeśli byś się zdecydowała, to ostateczną i najlepszą decyzję podejmie twoja położna domowa i lekarz. Pozdrawiam Cie ciepło…
      Mój maluszek ma się super…dwa miesiące nam stuknęły wczoraj 🙂

      • Odpowiedz Październik 1, 2014

        Agnieszka

        przywiało, przywiało i chyba się zadomowię troche u Was, bo miło tu i sympatycznie, więc choć czasu na korzystanie z internetu jest niewiele- jak na wszystko zresztą- to raz na jakiś czas zajrzę na pewno.
        bardzo się cieszę, że macie się dobrze:) 2 miesiące to już kawałek czasu, już trochę się poznaliście pewnie.
        u nas też w porządku:) czas tak szybko płynie… Płynie- to bardzo delikatnie powiedziane.
        a przecież ten czas jest bezcenny, jest wielkim darem dla nas- mamusiek:) każdego wieczora, kiedy tak patrzę na te moje dzieciątka, to się zwyczajnie wzruszam, że prawie z niczego powstają takie cuda:) Ze z takiego małego okruszka rośnie i staje się człowiek…
        Dzieci są cudowne, nadzwyczajne i wspaniałe i zasłużyły na tyle miłości, ile tylko potrafimy im dać, choć u mnie nie zawsze udaje się to tak, jak bym sobie tego życzyła.
        mój umysł o tej porze nie pracuje zbyt jasno, dlatego wybacz , że piszę trochę chaotycznie;)
        pozdrawiam cieplutko

  • Odpowiedz Październik 16, 2014

    Natalia

    cześć,
    Mam takie techniczne pytanie – rozumiem, że położna, czy lekarz zbadają dziecko, zważą, zmierzą, a co z podaniem szczepionek (bądź szczepionki – już nie pamiętam) – czy podadzą na miejscu, czy trzeba się udać do szpitala z dzieckiem?
    a co z badaniami, bo jakieś te badania mi robili w szpitalu, czy wtedy trzeba iść z dzieckiem na kontrole? Bo szczerze – to rodzić w domu na pewno jest spoko, ale jak mam się potem z takim noworodkiem i ja popękana lub pocięta obijać o lekarzy, bądź specjalistów po przychodniach – to mi się nie chce. W szpitalu, gdzie rodziłam (moją cudowną dwójkę) jak potrzebne było badanie – windą na inny oddział, specjalista – sam przyszedł jak był potrzebny, obchód 2 razy dziennie – kontrola po porodzie, czy wszystko w porządku.
    A co z żółtaczką, gdyby było potrzebne naświetlanie?
    Dodam, że sama chciałam rodzić w domu, ale teraz cieszę się, że to było w szpitalu, bo z perspektywy czasu widzę, że jestem leniwa i wolę leżeć 2 doby w szpitalu, bo ten czas spędzony to nic w porównaniu z tym, co musiałabym pewnie spędzić w przychodniach później.
    Dlatego pytam…
    Bo najgorsze w drugim porodzie było zostawić córcię na te 2 doby (pierwszy raz) i to jest bardzo mocny argument za tym, aby rodzić w domu… ten trzeci raz 🙂

    • Odpowiedz Październik 17, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      hej Natalia! Poród domowy to zdecydowanie nie jest pójście na łatwiznę bo do zorganizowania tu jest dużo. Napiszę Ci jak było u mnie. Po porodzie z dzieckiem oczywiście nie trzeba nigdzie chodzić. Położna, która odbiera poród zajmuje się całą dokumentacją, książeczką zdrowia dziecka, pobiera krew na potrzebne badania. Po porodzie nie jesteś zostawiona sama sobie. Położna zostaje z tobą przez kilka godzin i obserwuje twój stan położniczy. Przyjedzie też następnego dnia i następnego jeśli będziesz tego potrzebowała. Ty, jako rodząca zobowiązujesz się, że poinformujesz lekarza pediatrę (musisz go znaleźć i dogadać się wcześniej) o porodzie domowym i on w ciągu 24 h powinien przyjść do domu i zbadać maleństwo. Szczepionki- to do uzgodnienia z lekarzem pediatrą.

  • Odpowiedz Listopad 3, 2014

    szczęściara

    Heh…tak sobie czytam i powoli mnie olśniewa, że miałam dużo szczęścia mogąc rodzić w domu od początku do końca. Decyzja świadoma, chodź nikt tak naprawdę nie wiedział jak to się skończy. Po pierwszym porodzie który był w szpitalu przygotowałam się na coś równie ciężkiego. Tymczasem wspominam to jak swoje najlepsze wakacje !! Cała akacja trwała 3 godziny. Cały czas robiłam to na co miałam ochotę : jadłam, słuchałam muzyki, leżałam kiedy chciałam i chodziłam kiedy chciałam. W momencie kiedy skurcze stały się mocno dokuczliwe poszłam się zrelaksować do wanny a mój mąż zadzwonił po położną żeby przyszła (mieszkała dwa bloki od nas) czuwać nad dalszą częścią porodu. Nie zdążyłam wejść do wanny a główka już zeszła do kanału rodnego. Zawołałam męża. Przyjeliśmy pozycję, którą później intuicyjnie zmieniłam i mąż odebrał córkę. Zero krzyku, zero nerwów, zero upokarzania i naruszania granicy. Przystawiłam mała do piersi ( jeszcze z pępowiną) i przyszła położna dokańczając swoich powinności. Córeczka nawet nie zajęczała. Po prostu się patrzyła swoimi pięknymi ślepkami na nas. Aż się wzruszyłam…;) Obecnie jestem w trzeciej ciąży i mam nadzieję, że nie będę zmuszona do rodzenia w szpitalu. Pozdrawiam!

    • Odpowiedz Listopad 3, 2014

      Danka

      Kurcze…serio szczęściara z ciebie! Nic tylko rodzić:-)

  • Odpowiedz Grudzień 14, 2014

    Lejla

    Jeśli chodzi o płacz to prawda – Nasza Pierworodna (oczywiście urodzona w domu, z Irenką Chołuj) nie płakała ani po urodzeniu, ani miesiąc później, zdarzyło się trochę płaczu przy kolkach, ale wszyscy znajomi mówią z podziwem, że nie widzieli nigdy tak radosnego dziecka, które praktycznie nigdy nie płacze, ani nie marudzi. Oczywiście nie uważam, że pd to “cała filozofia” jest wiele czynników, które wpływają na dziecko, ale rzeczywiście nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na przyjście na świat.

    Pozdrawiam i gratuluję synka!

    • Odpowiedz Grudzień 14, 2014

      Danka Kozłowska-Rup

      Dziękuję. Ja też Ci bardzo gratuluję. Super, że masz takie pozytywne doświadczenia. Poród z Irenką to musiało być coś! Znam ją tylko z książek ale czuję, że nadajemy na tych samych falach:-) Trzymajcie się.

  • Odpowiedz Kwiecień 16, 2015

    Alathi

    Niedawno natknęłam się na tego bloga i jestem zachwycona!!! Wzajemny szacunek, odpowiadanie czytelniczkom a przede wszystkim ciekawe tematy które zainteresują każdą świeżo upieczoną mamę. Można powiedzieć, że rodziłam pół na pół w szpitalu i w domu. Od pierwszych skurczy poród trwał ok 30 godzin. Pierwszego dnia po południu pojechałam do szpitala ze skurczami co 5 minut. 3 cm. Do nocy przetrzymali mnie w szpitalu i po 7 godzinach nadal było 3 cm l… Więc z racji braku postępu oraz tego że chciałam urodzić jak najbardziej naturalnie puścili mnie do domu gdzie spędziłam całą noc aż do rana. Rano w szpitalu po 2 godzinach było po wszystkim. A poród cudowny właśnie między innymi dzięki tym 7 godzinom w domu, następnym razem chciałabym tylko w domu chociaż w szpitalu w którym rodziłam respektują plan porodu i mi udało się urodzić 100% zgodnie z nim 🙂

    • Odpowiedz Kwiecień 30, 2015

      Danka Kozłowska-Rup

      Bardzo dziękujemy za tak miłe słowa. Taki miałyśmy cel aby społeczność zgromadzona wokół naszego bloga była pozytywna, zaangażowana, wspierająca. A wracając do twojego porodu to rewelacja, że trafiłaś na szpital, w którym liczyli się z twoim zdaniem i oczekiwaniami odnośnie porodu. W jakim to mieście taki fajowy szpital ?

      • Odpowiedz Czerwiec 5, 2015

        Alathi

        Rodziłam za granicą, ale jestem pewna że w Polsce też można trafić na taki personel 🙂

  • […] w domu biedną rodzicielkę 12 godzin żeby ostatecznie o 14.05 powitać świat w szpitalu (klik) […]

  • Odpowiedz Maj 26, 2015

    Martte

    Bardzo się cieszę, że właśnie teraz przeczytałam opis porodu, chociaż na tę stronę zagladałam już wcześniej.

    Teraz jestem 2 msc po swoim pierwszym porodzie, ale wrażenia dalej silne. Poród zupełnie inny, ze względu na moje problemy zdrowotne odpadało rodzenie w domu, a panicznie bałam się szpitala. W końcu lekarz zdecydował w 39tc, że mam zgłosić się na patologię ciaży, bo tak będzie bezpieczniej. Zgłosiłam się o 9 rano i przy badaniu okazało się, że już rodzę 😀 chociaż skurczy jeszcze nie czułam były już 3 cm rozwarcia. Do 12 dalej nic nie bolało, poród rodzinny to z mężem się śmialiśmy jak hipkałam na piłce, ale zaraz później odeszły mi wody i dokładnie tak jak opisałaś, skurcz na skurczu, prysznic średnio pomógł, na poczatku w ogóle nie było odczuwalnych przerw, potem się przeniosłam na łóżko porodowe i tylko leżałam, nie miałam siły mówić, jedynie jak przyszła lekarka i zagadała do położnej to powiedziałam “ciiiiiiiiii”. Leżałam sobie z zamkniętymi oczami i rodziłam. Poród, jak pisałam szybki więc 2 godz po odejściu wód urodziłam córeczkę 🙂 Szkoda, że w szpitalu kontakt skóra skóra trwał 2 min (taka procedura), i właśnie dlatego najbardziej żal mi, że nigdy nie będę mogła rodzić w domu i potem normalnie tulić dziecka do siebie ile zechcę. MAm nadzieję, ze przy następnym dziecku wprowadza tam standardy opieki okołoporodowej i dadza mamie i dziecku czas dla siebie.

    A najbardziej teraz mi pomogło ułożyć pewne rzeczy w głowie, jak przeczytałam:
    “Przez większą jego część intensywne skurcze sprawiły, że czułam i widziałam tylko siebie, byłam trochę jak w transie, z nikim nie rozmawiałam i nie chciałam aby ktokolwiek ze mną rozmawiał”. Bo miałam podobnie i cały czas taka winna nieco się czułam, że za mało podczas porodu myślałam o dziecku, a tylko skupiałam się na sobie. A teraz widzę, że ktoś inny tak miał i dużo raźniej mi jest. Dziękuję 🙂

  • Odpowiedz Czerwiec 22, 2015

    Ania

    Pierwszą Córeczkę urodziłam (a wł. urodziliśmy, bo Mąż przez całe 33h porodu był ze mną) w szpitalu.
    Wyjechaliśmy zdecydowanie za wcześnie. Po dotarciu do szpitala skurcze zalane falą adrenaliny całkowicie zanikły i czekaliśmy 2 czy 3 dni [przy każdym obchodzie ja molestowana przez coraz to kolejnego lekarza wizją podłączenia oksytocyny, bo, o zgrozo!, jest 5 dni po terminie, …a wszelkie wyniki nadal w normie. Do domu wypisać mnie nie chcieli, a ja wielką, niewiedzącą czego powinna chcieć, ciapą byłam, żeby tego wprost zażądać, więc po prostu temu coraz to nowemu lekarzowi, coraz to bardziej na łóżku szpitalnym płakałam, że nie, że nie chcę] by na nowo rozbujała się akcja porodowa. Pęcherz pękł mi przy pierwszych skurczach, a wody (przy mocno wstawionej już główce Młodej) sączyły się powoli.
    Poród trwał długo, akcja trochę hamowała nad ranem i znowu przyspieszała z zachodem słońca. Po 12h zrobiono mi badania kontrolne, okazało się, że nie ma ryzyka infekcji i pozwolono mi dalej się męczyć. Ostatecznie, dostałam najpierw leki rozkurczowe (bo rozwarcie przystopowało na 8 cm), a potem oksytocynę (bo leki rozkurczowe całkiem osłabiły skurcze), położna kazała mi rodzić na fotelu (chciałam w pozycji kucznej, ale nie czując jej wsparcia, czując się niepewnie, położyłam się na jej życzenie na prawym boku i tak już zostałam).
    Finał był taki, że Młoda (3630 g) długo była w kanale rodnym, urodziła się niedotleniona (te dwie pierwsze, kluczowe, godziny była na oddziale noworodkowym i nie mogłam jej nawet dotknąć), od niewłaściwego wstawienia, miała kontuzję mięśnia mostkowo-obojczykowo-sutkowego (miała przykurcz, który musieliśmy rehabilitować), ja delikatnie popękałam, a położna przy rodzeniu się łożyska pociągnęła za pępowinę.
    Podsumowaniem tego porodu były dla mnie słowa położnej: “No, w sumie, to w tej poprzedniej pozycji [kucznej] szybciej to szło…”.

    Drugą Córeczkę rodziliśmy w domu przy asyście fantastycznej położnej Anki (która praktykę położniczą zaczynała w ’69). Młodsza Młoda, dzięki wskazówkom Anki i jej wsparciu, była dobrze wstawiona. Akcja porodowa trwała niecałe 4h (włącznie z urodzeniem łożyska, na które położna cierpliwie czekała, podczas gdy my mogliśmy tulić Dzieciątko). Młodsza Młoda ważyła 4 kg, a ja, rodząc w pozycji kucznej, wcale nie popękałam. Mój ginekolog oglądając mnie na wizycie kontrolnej zakrzyknął: “Położna-artystka!”. Mała nie miała nawet śladu żółtaczki, nie miała też spadku wagi.

    I choć wiem, że porodów nie da się do siebie porównywać, bo pierwszy to pierwszy, drugi to już drugi, a każdy kolejny to w ogóle będzie inny, to Trzecie, jeśli będzie można, rodzone będzie w domu.

  • Odpowiedz Czerwiec 22, 2015

    Ania

    Pierwszą Córeczkę urodziłam (a wł. urodziliśmy, bo Mąż przez całe 33h porodu był ze mną) w szpitalu.
    Wyjechaliśmy zdecydowanie za wcześnie. Po dotarciu do szpitala skurcze zalane falą adrenaliny całkowicie zanikły i czekaliśmy 2 czy 3 dni [przy każdym obchodzie ja molestowana przez coraz to kolejnego lekarza wizją podłączenia oksytocyny, bo, o zgrozo!, jest 5 dni po terminie, …a wszelkie wyniki nadal w normie. Do domu wypisać mnie nie chcieli, a ja wielką, niewiedzącą czego powinna chcieć, ciapą byłam, żeby tego wprost zażądać, więc po prostu temu coraz to nowemu lekarzowi, coraz to bardziej na łóżku szpitalnym płakałam, że nie, że nie chcę] by na nowo rozbujała się akcja porodowa. Pęcherz pękł mi przy pierwszych skurczach, a wody (przy mocno wstawionej już główce Młodej) sączyły się powoli.
    Poród trwał długo, akcja trochę hamowała nad ranem i znowu przyspieszała z zachodem słońca. Po 12h zrobiono mi badania kontrolne, okazało się, że nie ma ryzyka infekcji i pozwolono mi dalej się męczyć. Ostatecznie, dostałam najpierw leki rozkurczowe (bo rozwarcie przystopowało na 8 cm), a potem oksytocynę (bo leki rozkurczowe całkiem osłabiły skurcze), położna kazała mi rodzić na fotelu (chciałam w pozycji kucznej, ale nie czując jej wsparcia, czując się niepewnie, położyłam się na jej życzenie na prawym boku i tak już zostałam).
    Finał był taki, że Młoda (3630 g) długo była w kanale rodnym, urodziła się niedotleniona (te dwie pierwsze, kluczowe, godziny była na oddziale noworodkowym i nie mogłam jej nawet dotknąć), od niewłaściwego wstawienia, miała kontuzję mięśnia mostkowo-obojczykowo-sutkowego (miała przykurcz, który musieliśmy rehabilitować), ja delikatnie popękałam, a położna przy rodzeniu się łożyska pociągnęła za pępowinę.
    Podsumowaniem tego porodu były dla mnie słowa położnej: “No, w sumie, to w tej poprzedniej pozycji [kucznej] szybciej to szło…”.

    Drugą Córeczkę rodziliśmy w domu przy asyście fantastycznej położnej Anki (która praktykę położniczą zaczynała w ’69). Młodsza Młoda, dzięki wskazówkom Anki i jej wsparciu, była dobrze wstawiona. Akcja porodowa trwała niecałe 4h (włącznie z urodzeniem łożyska, na które położna cierpliwie czekała, podczas gdy my mogliśmy tulić Dzieciątko). Młodsza Młoda ważyła 4 kg, a ja, rodząc w pozycji kucznej, wcale nie popękałam. Mój ginekolog oglądając mnie na wizycie kontrolnej zakrzyknął: “Położna-artystka!”. Mała nie miała nawet śladu żółtaczki, nie miała też spadku wagi.

    I choć wiem, że porodów nie da się do siebie porównywać, bo pierwszy to pierwszy, a drugi to już drugi, a każdy kolejny to w ogóle będzie inny, to Trzecie, jeśli będzie można, rodzone będzie w domu.

  • Odpowiedz Lipiec 29, 2015

    Kasia

    Ha! Jak miło przeczytać o pani Bożenie na Matai! Ja co prawda wydygałam przed porodem domowym, ale z pełnym zaufaniem oddałam się w ręce pani Bożeny w klinice. Cudowna kobieta! Pozdrawiam Was 🙂

    • Bożenka robi nieświadomą karierę na Matai! Ale serio, cudownie mi się z nią rodziło 🙂 Cieszę się, że masz podobne odczucia.

  • Odpowiedz Październik 22, 2015

    Elwira

    Płakałam ze śmiechu czytając o Twoim porodzie, bo przypomina mi mój poród:)
    Ja swój zakończyłam w domu narodzin. O 7 rano między sześciominutowymi skurczami ogoliłam jeszcze nogi, zrobiłam makijaż, umalowałam oczy (!!!), przygotowałam sukienkę do porodu oraz do torby wrzuciłam kostium kąpielowy (bo w domu narodzin jest wanna wielka), pofejsbuczyłam. Fajnie było. Myślałam sobie „kurde, fajnie jest, wystarczy podczas skurczu pochodzić, pooddychać – luuuz”. O 10 odeszły wody i się zaczęło… Skurcze co 2 minuty, bolesne okropnie. Kiedy wyczołgiwałam się z domu do samochodu moja przerażona kuzynka, widząc moją skrzywioną cierpieniem twarz, krzyczała „chrzań ten dom narodzin, bierz znieczulenie!!!”.
    O 11.30 dotarłam do domu z rozwarciem 8 cm. „Niewątpliwie w trakcie porodu cofnęłam się w rozwoju do poziomu pierwotniaka. (..) czułam i widziałam tylko siebie, byłam trochę jak w transie, z nikim nie rozmawiałam” – to o mnie:). W domu narodzin ktoś mnie rozebrał (może mąż, może doula), położna litościwie gazikiem zmyła mi resztki makijażu. Załadowałam się do wanny na golasa i do 15.30, czyli do momentu narodzin syna tak pozostałam. Na golasa także stałam przy drabinkach, chodziłam do toalety, na golasa kucałam (syn urodził się w pozycji kucznej).

    O sukience do porodu, kostiumie nawet nie pomyślałam. A makijaż był najgłupszym pomysłem ever:) Dobrze, że soczewki w porę zdjęłam. Ale ogólnie było super, uważam ze dom narodzin to najlepsze miejsce jakie mogłam sobie wybrać. Sadzę, że gdybym trafiła do szpitala to skończyłoby się cesarskim cięciem (bo moja faza parta trwała dość długo, ale wiem dlaczego – okropnie bałam się,że wychodząca głowa syna mnie pokiereszuje, albo konieczne będzie nacięcie. Podświadomie odsuwałam ten moment, dopóki nie porozmawiałam z położną). Kolejny poród tylko tam z tymi cudownymi kobietami:)

    Genialny blog Dziewczyny:) Mój ulubiony:)

  • Odpowiedz Maj 2, 2016

    Natka

    A ja właśnie czekam na Pierworodnego. Czeka też basen porodowy, cudowna położna pod telefonem i kubełek lodów w zamrażalniku na wypadek gdybym okazała się jedną z tych “jedzących” podczas porodu. I tylko Głównego Bohatera nadchodzących wydarzeń ani widu ani słychu (jestem już 3 dni po terminie). Mam nadzieję że namyśli się jednak zanim przepadnie nam szansa na rodzenie w domu… Decyzję o porodzie domowym podjeliśmy wspólnie, ba nawet rzekłabym że z jeszcze większym entuzjazmem męża niż moim. Mi marzył się za to poród do wody a biorąc pod uwagę miejsce naszego zamieszkania basen+dom to jedyna opcja aby te marzenia spełnić. Ze smutnych lecz prawdziwych rzeczy, to co najbardziej stresuje nas w tym naszym domowym rodzeniu to spodziewana reakcja ze strony znajomych i kolegów z pracy (oboje pracujemy w służbie zdrowia) oraz rodziny. W naszym kraju rodzenie w domu jest postrzegane jako nieodpowiedzialne narażanie życia i zdrowia dziecka. Rzeczowe argumenty że jest kwalifikacja, że fachowa opieka położnej, że statystyki wcale tych porodów nie pogrążają, nie trafia z reguły do nikogo… Ale nic to, mam nadzieję że synek przyjdzie jednak szczęśliwie na świat w przyjaznym otoczeniu, bez światła jarzeniówek za to przy akompaniamencie mruczenia naszych dwóch ogoniastych:-) A wtedy już niczyje kręcenie głową czy powątpiewanie nie będzie miało znaczenia. Tego sobie dzisiaj życzę, proszę o trzymanie kciuków i dziękuję za budujący artykuł. Dobrze wiedzieć że nie tylko ja chcę i wierzę że można rodzić inaczej, lepiej!

Leave a Reply