Nie oddam szczęścia walkowerem!

Kiedy jakiś czas temu wydawnictwo Czarna Owca zgłosiło się do mnie z prośbą o zrecenzowanie książki „Nie oddam szczęścia walkowerem” pomyślałam, że… zwariowali. Z opisu brzmiało jak typowa babska powieść, a ja, cóż, ja lubię czytać podręczniki do fizyki, bo nie ustaję w nadziei, że uda mi się badziewie kiedyś zrozumieć. Lubię też książki o eboli, bo to moja najdłużej trwająca zawodowa fascynacja. Poza tym lubię oldskulowego Lema, zagadkowego Dukaja, klasyczną Christie, absurdalną Chmielewską i Krajewskiego z sadystycznym pietyzmem opisującego ohydę zbrodni w Breslau też lubię. Ale literatura kobieca? Litości. Nigdy się nie skalałam, jeśli nie liczyć Bridget Jones, którą – przyznać muszę – czytało się wybornie, niemniej gdybym musiała wybrać pomiędzy brytyjskimi hitami z lat 90tych to i tak bez mrugnięcia okiem wybieram #teamHarryPotter.

I nie chodzi o to, że widzę coś złego w babskich powieściach, nie, ja po prostu nie jestem romantyczna, nostalgiczna ani sentymentalna, nie kręcą mnie księciunie na białym koniu, ani kolacje przy świecach. Nigdy nie marzyłam o bajkowym ślubie ani pełnej wzruszeń relacji z wybrankiem mojego serca. Tymczasem większość babskich powieści zazwyczaj kręci się właśnie wokół pogoni za księciem z bajki, który niczym grom z jasnego nieba pojawia się nagle u stóp bohaterki, która w 11 na 10 przypadków wygląda akurat jak zmokła kura albo inna maszkara, a ten nie bacząc na okoliczności estetyczne i tak pożera maszkarę wzrokiem. Ona uradowana faktem, że on ją taką nieuczesaną zaakceptował z miejsca się zakochuje na zabój, a on ukazuje swe perfekcyjne uzębienie i/lub maniery okrywając mokrą kurę połami swego płaszcza. Potem jest chwila sielanki, aż docieramy do punktu w którym nasze gołąbeczki odkrywają przeszkodę niepozwalającą im na bycie razem, dramatyczne rozstanie, ból istnienia tak obłędny, że cierpienia młodego Wertera mogą się schować, a na końcu i tak żyją razem długo i szczęśliwie. Nuda, panie.

No, ale potem pomyślałam o tym, że 99% naszych czytelniczek to kobiety i o tym ile razy w mailach prosiłyście by zacząć poruszać na blogu problem damsko-męskich relacji po dziecku i zaczęłam się łamać. A potem zdarzyło się TO i złamałam się całkowicie, stwierdzając, że dobrze mi zrobi zajęcie głowy czymś innym niż zwykle i postanowiłam dać książce szansę.

IMG_8453

Przez pierwsze 50-60 stron żałowałam swej decyzji (chciałabym w tym momencie serdecznie pozdrowić przedstawicieli wydawnictwa, którzy właśnie czytają moją recenzję i plują sobie w brodę, że wpadli na pomysł zgłoszenia się do mnie haha), ale uznałam, że dam im jeszcze z 10 stron na rozkręcenie się, po czym… ni stąd ni zowąd byłam na stronie nr 200coś i z zapałem czytałam dalej. A potem poszłam wypucować uzębienie przed snem i… dobre kilka godzin spędziłam na podłodze łazienki mówiąc sobie, że „jeszcze tylko jedna strona” i tak aż nie dotarłam do strony 467. Kolejnej już po prostu nie było.

Innymi słowy wbrew buńczucznym zapowiedziom wciągnęłam się w babską powieść, mimo że w tekście ani razu nie padło słowo ebola. Myślę, że w sporej mierze przyczynił się do tego język powieści – tak bardzo, bardzo mój, że bardziej się chyba nie da – zabawny, kwiecisty,  pstrokaty wręcz i z wtrąceniami takimi, że serce roście. Gdybym miała go do czegoś porównać to rzekłabym, że ten język był taki bardzo… matajowy.

Po drugie – forma – ciekawie było przeczytać książkę napisaną przez… dwie autorki. Kiedy w notce prasowej zobaczyłam Agnieszka Jeż i Paulina Płatkowska, pomyślałam, że to raczej średni pomysł, bo z mojego doświadczenia wynika, że niezależnie od tego jak dobrze znają się autorki naprawdę trudno jest napisać spójny tekst w dwie osoby. Tymczasem okazało się, że autorki nie są w ciemię bite i kwestię tę obeszły dość zmyślnie tworząc powieść epistolarną – bohaterki poznajemy dzięki mailom, które między sobą wymieniają. Dzięki temu, że jak mniemam jedna z autorek wzięła na siebie postać (i maile) Jagody, a druga Maliny vel Magdy to udało im się wykreować postaci wyjątkowo wyraziste i spójne.

Po trzecie – bohaterki – wymykające się schematom, bo zazwyczaj poczynania głównych bohaterów budzą naszą sympatię, tymczasem bohaterki „Nie oddam szczęścia walkowerem” mnie bardzo często… irytowały. Tak właśnie – irytowały. To nie są bezpłciowe i przezroczyste istoty. Nie, Jagoda i Magda to niewiasty, podejmujące decyzje budzące w czytelniku całą gamę skrajnych emocji. Kompletnie nie rozumiałam ich wyborów życiowych. Nie pojmowałam jak kobieta po trzydziestce, matka kilkuletniej dziewczynki, rozwódka, która boleśnie przeżyła eksmężowskie zdrady, może z taką łatwością porzucić wszystkie swoje zasady, bo jakiś koleś się ładnie uśmiechnął i szeptał do uszka romantyczne dyrdymały.

Nie rozumiałam też jak druga z bohaterek, też po trzydziestce, też matka z tym, że w tym wypadku dwójki dzieci, tkwiąca od lat w małżeństwie, które z pozoru wydaje się być spełnieniem marzeń każdej kobiety, a tak naprawdę ją unieszczęśliwia, może być tak niezdecydowana i zawieszona pomiędzy mężem a znacznie starszym mężczyzną, który przyprawia ją o szybsze bicie serca.

Z jednej strony chce się bohaterkom kibicować w dążeniu do szczęścia, a z drugiej strony kompletnie nie pochwalamy ich naiwności i wyborów – budując swoje szczęście niszczą one bowiem szczęście innych, a jeśli do tego wszystkiego dodamy małe dzieci, to wszystko staje się jeszcze bardziej zagmatwane i… brutalnie życiowe. Ile bowiem takich sytuacji z których nie ma dobrego wyjścia rozgrywa się wokół nas? Ile związków „po dzieciach” się sypie albo trzyma z rozsądku, doprowadzając tak chłopa, jak i babę do ciężkiej frustracji i zmuszając do podejmowania nie zawsze łatwych i oczywistych decyzji.

IMG_8505

Szczęśliwie mimo gorzkich tematów, autorkom udało się przemycić do książki sporo dystansu i humoru, na co wpływ na pewno ma wspomniany przeze mnie wcześniej charakterystyczny język. Odniosłam też wrażenie, że w wielu momentach autorki puszczają do czytelnika oko, pokazując, że nie wszystko w życiu (a zwłaszcza w powieści o nim) trzeba traktować śmiertelnie poważnie.

Najfajniejsze jest jednak to, że pod płaszczykiem romantycznych miłości, życiowych wolt, dylematów moralnych i zupełnie niemoralnych schadzek, to jest przede wszystkim opowieść o przyjaźni. Takiej prawdziwej, nieoceniającej, a zamiast tego po prostu wspierającej. Rzadkiej i cennej. Przyjaźnij od dzieciństwa, którą dorosłość pod postacią życia rodzinnego, pracy i rutyny przykryły kurzem i skazały na zapomnienie, ale którą dzięki przypadkowemu spotkaniu w… lumpeksie udało się z powrotem doprowadzić do świetności. Sama gdzieś przez pochłonięcie macierzyństwem pogubiłam swoje przyjaźnie, a dzięki lekturze mam ochotę je odkurzyć.

Dlatego jeśli lubicie kobiecą literaturę albo same jesteście na rozdrożu i zastanawiacie się czy warto walczyć o szczęście albo po prostu tak jak ja potrzebujecie odskoczni od codzienności to pomyślcie czy „Nie oddam szczęścia walkowerem” (klik) –  o którym poczytacie także u Ani z Nebule (klik) – nie byłoby fajną opcją.

A żeby nie było w pełnym oderwaniu od rodzicielstwa to muszę wam zdradzić, że “Nie oddam szczęścia walkowerem” skłoniło mnie jeszcze do zastanowienia się nad tym skąd biorą się w nas takie a nie inne wzorce miłości. Czemu niektóre kobiety oczekują czułych słówek i romantycznych gestów, a inne – jak ja – nie czują potrzeby by być kotkiem ani kochaniem i nawet nie obrażają się za…. szczura, bo tak właśnie mawia do mnie mój osobisty księciuno. Księciunio z którym od lat 12 albo 13 albo coś koło tego (kto by pamiętał) udaje mi się tworzyć radosny związek mimo że średnio raz w tygodniu mam ochotę złożyć pozew o rozwód w rubryce przyczyna wpisując “bo ten kocmołuch zostawia torebki z herbaty w zlewie zamiast kulturalnie wywalić do kosza”.

Zastanawia mnie to bardzo, bo kiedy niczym stateczna, wielce doświadczona życiowo matrona pomyślę sobie o tym, że te wszystkie rozterki sercowe, dylematy i zawody miłosne dopiero przed moimi dziećmi to jakoś mnie tak skręca w dołku. Myślę, że obserwowanie tego wszystkiego, nie ingerowanie w życie uczuciowe doroślejących dzieci i zduszenie w zarodku chęci mordu na każdym kto zrani ich uczucia musi być bardzo trudnym elementem rodzicielstwa. Dlatego mam ogromną nadzieję, że nasze dzieci odziedziczą po nas absolutny brak skłonności do romantycznych uniesień. My nawet zaręczyny mieliśmy bardzo nieromantyczne. Któregoś popołudnia staliśmy sobie bowiem w korku i nagle ten łon wypalił:

– Te chcesz się żenić

– No w sumie…

– To chodź.

… i pojechaliśmy zaklepać datę w USC, a 3 miesiące później byliśmy małżeństwem. Wesela też nie było tylko obiad dla rodziny i wielka impreza dla znajomych. Do dziś nie pamiętamy daty ślubu i nie obchodzimy żadnych rocznic. Tiko romantiko pełna gębą. Takie bardzo NASZE.

IMG_8483.JPG

“Nie oddam szczęścia walkowerem”, czyli debiutancką powieść autorstwa Pauliny Płatkowskiej – mamy Zosi i Tereski, partnerki Waldka, absolwentki Katedry Teorii Literatury, Teatru i Filmu na Uniwersytecie Łódzkim oraz Agnieszki Jeż – absolwentki filologii polskiej i bałtyckiej na Uniwersytecie Warszawskim, a prywatnie mamy Kaliny, Jeremiego i Jagody, a także żony Andrzeja, możecie nabyć TU.

Wpis powstał w ramach współpracy z wydawnictwem Czarna Owca.

Mama Pierworodnej i Drugorodnego. Żona Wirgiliusza. Zafascynowana tym jaki wpływ na rozwój mózgu dziecka mają rodzice. Jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. No ewentualnie jedzeniem ciastek.

18 komentarzy

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

    Mama Ewci

    Widzę Alicjo, że u Was to podobnie jak u mojej siostry – Ona zasugerowała po kilku latach związku, że może czas by go sformalizować, więc On (obecnie mój szwagier) za parę dni się oświadczył. 🙂 Ja za to jestem z tych romantycznych, co szukały Księcia z Bajki, ale po tym, jak taki jeden mnie zawiódł, olałam ten typ facetów. Może książka jest w moim typie. 😉

    Obecnie jestem w szczęśliwym małżeństwie z Twardo stąpającym po ziemi Mężczyzną (jednak oświadczyny były romantyczne). Niestety również często “zwracam mężowi uwagę”, np. na pałętające się wszędzie skarpetki… Grr!

    Mam nadzieję, że moja Córka nie będzie romantycznym typem, bo sama po sobie wiem, jak to utrudnia życie… 😛

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

    Danusia

    Nasz ślub był w 2013 roku. Rok wcześniej moja mama oświadczyła mojej starszej o rok siostrze, że może planować ślub że swoim chłopakiem bo ma kasę i dołoży. A moja sis odparła, że ona nie chce wychodzić za mąż. Więc my z moim dogadaliśmy się, że a może my byśmy sformalizowali związek. Porozmawialiśmy z mamą, zarezerwowalismy termin u dja, sale i kościół i dopiero wtedy mój obecny mąż mi się oświadczył. W moim studenckim, wynajmowanym pokoju. Wybieralismy się akurat do znajomych na mecz euro. Nie każdy jest romantyczny. Nasza codzienność też nie kipi romantyzmem ale i tak go kocham 🙂 pozdrawiam.

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

    nana

    Mój mężuś aktualny oświadczył się nawet nawet romantycznie – ciężka praca mojej przyjaciółki (“Tak, pierścionek koniecznie musi być”) ale po zaręczynach to ja o nich szybko zapomniałam, nawet rodzicom się nie pochwaliłam, kto zauważył pierścień ten wiedział (potem w ciąży go zdjęłam, i choć minął prawie rok to nie noszę). Temat wrócił podczas rozliczania pitów. Mąż: “Ku&%$, przekroczyłem próg podatkowy, może weźmiemy ślub to rozliczymy się razem?” Gdy wyjaśniłam mu, że trzeba być małżeństwem rok to temat ucichł. Aż gdy zbliżał się koniec roku temat wrócił. Mąż: “No to weźmy ten ślub, kiedyś ten rok musi minąć” No to jedziemy do urzędu, umawiamy datę i Pan nam mówi, że jak w Ratuszu, na Ryneczku chcemy ten ślub (Ach, ach oczywiście rozmarzyłam się…) to zaprasza 6-go stycznia. Na to mój mąż: “nie, to za późno musimy mieć pełny rok”. I tak wzięliśmy ślub w małej gminie pod naszym miastem. My, nasz bob i świadkowie. Rodzina standardowo nie wiedziała. I tak doszłam do wniosku, że romantyzmu można się oduczyć…

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

    Angelika

    U nas to ja zawsze zostawiam torebki po herbacie w zlewie 😀
    A na oświadczyny dalej czekam bo ten cały czas twierdzi że muszę zasłużyć 😀
    A tak na poważnie żartujemy sobie bardziej z tego,narazie dobrze nam bez ślubu ale czasami sobie marze że mamy z córka takie same suknie i jest tak pięknie hehe 🙂 ale zaraz patrzę na tego mojego buraka kochanego i mi romantyzm mija 😀

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

    mkw98

    matajowy styl to bardzo dobra rekomendacja 🙂

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

    najladniejsza

    Ja zasnęłam w czasie zaręczyn! Ocknęłam się gdy On wysupłał pierścień i poprosiłam, żeby powtórzył bo było miłe, ale nie wiem co powiedział 🙂

    • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

      Alicja

      wygrałaś!

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

    algo

    Kurka a ja ciągle romantyczna. Tak bym chciała, żeby mnie ciągle głaskać, przytulać i komplementować. Mój mało romantyczny mąż nawet stara się mi czasem tak dogodzić. Ale może lepiej byłoby się tego oduczyć. Zazdroszczę takim co nie tęsknią za tym nieustannie.

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

    Szataniołek

    Niedowierzanie, to to co poczułam, widząc, że na Mataji pojawi się recenzja kobiecej literatury :D, ale recenzja w takim stylu może być ;).
    Natomiast co do wzorców miłości, jako dziewczyna byłam szalenie kochliwa, sentymentalna i do bólu romantyczna. Natomiast z moim mężem (prawie pięć lat po ślubie), wszystko od początku idzie nie tak ;). Przede wszystkim na drugie spotkanie z nim jechałam, żeby powiedzieć, że nic z tego nie będzie ;). A oświadczyny wyglądały mniej więcej tak, że on stwierdził, że nie chce już płacić za wynajem i może weźmiemy kredyt, ja spytałam, czy wie, że w takiej sytuacji lepiej byłoby wziąć ślub. No i tak to się zaczęło 😉

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2016

    Alicja

    W imieniny 21 czewca zapomniał o prezencie :p więc mówi wybierz sobie co chcesz . A.ze my biedni bylismy jak myszy kościelne wiec mówię może jakiś srebrny pierścionek i nie drogo będzie. Bach do jakiegoś centrum( wtedy mieszkaliśmy w Madrycie ) a ta na pierwszym rogu sklep z pierdolami do włosów i różnymi tanimi pierscionkami. Wybrałam szybko pierwszy prosty jaki bym dałam do łapy i poszedł płacić. Wychodzimy i mowi ze sikac mu.sie chce. Więc zaraz obok toalet mowi poczekaj po czym wraca i mowi do mnie to masz . Włożył na palec i poszedł do kibla. Po tygodniu ja już w Polsce opowiadam mu o zareczynacj znajomych,a on do mnie to tak jak my . A ja ze co ? No ze to już było za jednym zamachem bo szkoda dwa razy chodzić do sklepu 😀 . I tak nieswiadoma niczego sie zareczylam :p.

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2016

    asiulek

    A u nas po dzis dzien to bywa problemem 😛 ze moj mąż to romantyk, a ja nie :/ nawet za kwiaty (te ciete) mu sie obrywalo. Takki typ ze mnie. Czasem mi go szkoda, ze on taki kochany zasluguje na kogos lepszego i rowniez romantycznego, kto doceni romantyczne kolacje itd. Po dzis dzien mi czasem wypomni jak mu zwrocilam wiele lat temu uwage, ze za czesto mowi “kocham” 😛
    nigdy nie marzylam o ksieciu.
    Ale i tak chyba nie taka zla z nas para 🙂
    A zareczyny…
    Lpo iewaz pracowalam ile moglam i nie chcial juz czekac to po pracy wyslal mnie do lazienki i poprosil bym sie ubrala odswietniej 😛
    Ja wchodze do salonu a tam wszedzie roze i platki roz, swiece 🙂 kleknal, wyrecytowal napisany przez siebie wiersz, ktory konczyl sie slowami ” czy wykdziesz za mnie?” 🙂 zgodzilam sie 🙂
    W tym roku 7rocznica 🙂
    11lat razem (pamietam tylko dlatego, bo na pierwszych, srebrnych obraczkach, po roku bycia razem mielismy wygeawerowane 😛 )
    Nad weselem sie wahalam, ale bylo srednie, bo na 180ludzi, sukienka pierwsza jaka mierzylam i nakta sza 😛 a co! 😀 to tylko 1 dzien 🙂 i ciesze sie, ze za nami 🙂
    Ale nie zaluje 🙂 zaluje, ze nie zaprosilam wiecej osob 🙂 staralismy sie z kazdym zatanczyc, usiasc na chwile i zamienic kilka slow 🙂 Po prostu faaaaajnie, ze sa tego typu imprezy i pretekst by sie spotkac, pobawic i objesc 😛

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2016

    Mamuszka

    Wow, namówiłaś mnie do przeczytania! Pożycz! Pożyczysz? 😀

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2016

    hala

    Miałam podobnie ze ślubem. W grudniu stwierdziliśmy, że no dobra, ślub. Pojechaliąmy do usc, zaklepaliśmy drugą wolną datę (półtora miesiąca później) i pojechaliśmy zamówić obrączki. Takoż bez wesela ino z obiadem. Ba, nawet białej kiecki nie miałam tylko niebieską.
    Zaręczyny były co prawda ciut wcześniej, ale pytanie czy chcę za niego wyjść padło nad naleśnikiem po moim wyznaniu, że w sumie za rok to bym się mogła hajtać. Tydzień później wybierałam sobie pierścionek.
    Było fajnie, bez spiny i po naszemu.

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2016

    Mama uk

    Bardzo przyjemnie mi sie czytalo ten babski (nie dzieciowy tekst). U nas zareczyny podobne. A raczej ich brak. Od razu ustalilismy ze bierzemy slub. Pojechalismy zaklepac date i poltorej miesiąca pozniej bylo po wszystkim. Obiad dla rodzicow i rodzenstwa w najbliższej restauracji (nawet mi sie innej szukac nie chciało). Mialam niebieska sukienke odpieta z tylu i przykryta czarnym szalem, bo w miedzyczasie okazlo sie ze jestem w ciazy i wzdecia +mdlosci spowodowaly ze brzuch po 3 tyg od zakupu kiecki juz sie w niej nie miescil. O godz.15 bylismy juz w domu, przebrani w dresy dojadalismy ciasto “weselne”. Nigdy nie chcialam bialej sukni i wesela. A co do babskich czytadel to owszem, czasem mi sie zdarzają, ale też nie jestem wielką fanką.

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2016

    miriam

    Doszłaś do czegoś, skąd się w nas biorą “takie, a nie inne wzorce miłości”? 🙂 Przypomniał mi się Gary Champan i jego książka “Pięć języków miłości”. Pisałam o tym, ale właściwie nie o tym… 🙂 https://doulamiriam.wordpress.com/2015/11/29/piec-jezykow-milosci/

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2016

    Basia

    Mój też kocmołuch torebkowy. Ale oświadczył się elegancko, w samą Wigilię przy całej rodzinie – pierścionek znalazłam w pudełku prezentowym 🙂

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2016

    Ilona

    Chciałam radośnie oświadczyć, że mam te same kubki z ikei i bardzo je sobie chwalę 🙂

  • Odpowiedz Kwiecień 30, 2016

    emka

    A u nas zaręczyny zaplanowane z wielką starannością przez mojego (już) męża. Ja oczywiście o niczym nie wiedziałam. Kiedyś jeszcze długo przed dniem zaręczyn rozmawialiśmy o tym i wtedy (jeszcze) mój chłopak pytał jak wyobrażam sobie ten dzień. Jestem wielką romantyczką więc rozmarzyłam się: kolacja przy świecach w pewnej pięknej restauracji kilkanaście kilometrów od miejsca naszego zamieszkania. Restauracja ta była położona w pięknej scenerii: piękny ogród, alejka kwiatowa, po bokach girlandy pnących róż, staw z drewnianym molo, na środku stawu wysepka do której prowadził drewniany most a tam altana. I wymarzyłam sobie aby to właśnie w tej altanie odbyły się moje zaręczyny. Dla niektórych to może być kiczowate ale nie dla mnie ;-). Mieszkaliśmy wtedy w Anglii i przylecieliśmy do Polski na urlop. Był czerwiec, pech chciał, że cały urlop padało i było bardzo zimno. Któregoś dnia szwagierka podpytywała mnie jakie pierścionki mi się podobają, czy z jednym kamieniem czy więcej. Wtedy nie skojarzyłam faktu bo skubana jakoś tak zgrabnie zeszła na temat biżuterii :-). Mówiła, że ma imprezę z pracy i czy nie wybrałabym się z nią bo nie bardzo ma ochotę sama tam iść, gdyż to bardzo oficjalna impreza z samymi szychami z firmy. Na imprezie miała odbyć się wystawa sztuki współczesnej więc pomyślałam, czemu nie. Musiałam wybrać się na zakupy i kupić sobie kieckę i buty na tę okazję bo nic, co by paskowało nie zabrałam ze sobą na urlop. Dzień imprezy – sobota. Jak zwykle nie mogłam się zebrać na czas, szwagierka już po mnie jechała a ja jeszcze nie gotowa. Akurat w tym momencie zadzwonił P. i oberwało mu się za nic, wyładowałam na nim swoje nerwy. Szwagierka przyjechała, ja w końcu się wygramoliłam i jedziemy. Znów dzwonił P. pytał co tam, gdzie jesteśmy (generalnie robił zwiad :-D). W końcu zajechałyśmy na miejsce. Fajna knajpa ale jakoś pusto na parkingu. W środku też. Dziwna sprawa, pomyślałam. W końcu weszłyśmy do jednej z salek, w której (jak możecie się domyślić) czekał P. z ogromnym bukietem czerwonych róż. Niczego się nie spodziewałam i strasznie się wzruszyłam jeszcze zanim zapytał czy zostanę jego żoną. Kiedy w końcu padło to pytanie oczywiście odpowiedziałam TAK. Pierścionek wybrał przepiękny! Trafił w mój gust całkowicie :-). Po kolacji wróciliśmy do domu, do moich rodziców a tam czekali wszyscy (moi i jego rodzice oraz nasze rodzeństwo) i wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa impreza :-). Wszyscy jesteśmy bardzo zżyci ze sobą i każde święta spędzamy wspólnie. A jeszcze ciekawostka: w drodze powrotnej dowiedziałam się, że P. zarezerwował stolik w tej restauracji o której na początku wspomniałam, a właściwie w tej altanie ale niestety tego dnia było okropnie zimno i lało jak z cebra więc musiał szybko wykombinować coś innego ale i tak było cudnie :-).

Leave a Reply