Dla wtajemniczonych co czytają story :D

Uwaga to nie jest silna analiza dowodowo-naukowa – to jest zrzutka wszystkiego co wiem pisana naprędce by pokazać, że emm… to skomplikowane? 😉

Po pierwsze badania na temat zajęć dodatkowych to wciąż nowa działka – hopla na tym punkcie mamy od niedawna, to ostatnie powiedzmy dwie dekady więc jak sobie życzycie porównania sukcesu życiowego tych co mieli programowanie dla trzylatków i tych co nie mieli, to jest za wcześnie. Większość tego co mamy – jest z USA i dotyczy głównie zajęć sportowych, bo te są na rynku dłużej niż kompetencje przyszłości dla noworoda (będę sarkastyczna w tym wpisie bo lubię). Większość danych dotyczy też raczej dzieci w wieku szkolnym niż niemowląt i trzyletnich ciamciaków.

Po drugie i najważniejsze w tej całej dyskusji – zajęcia dodatkowe są przejawem uprzywilejowania socjoekonomicznego –  to zabiera czas i w pytę mamony – a zatem jest dostępne głównie dla określonych grup społecznych, w których dostęp do zasobów i transferu międzypokoleniowego jest i tak spory. Dodatkowo zwykle dotyczą głównie większych miast, więc na starcie różnice między dziećmi które chodzą, a które nie zwykle są już zwykle JAKIEŚ i wynikają z innych przyczyn niż chodzenie na zajęcia dodatkowe, ergo wiele takich badań wartość porównawczą ma taką jak walory smakowe sernika z rodzynkami… (hashtag: fujka).

Niezwykle ciekawe jest też to, że analizy ze Stanów sugerują, że w regionach o większych nierównościach społecznych rodzice uprzywilejowani cisną jeszcze więcej kasy w swoje dzieci niż rodzice o podobnym statusie mieszkający w regionach o mniejszych nierównościach społecznych. Nie wiemy czemu, ale pewnie fakt, że się boją żeby dzieci nie spadły z drabiny społecznej ich jakoś nakręca i inwestują ile wlezie by temu zapobiec. Strach to jest potężne oręże.

Badania jakie miałyby tu rację bytu to podzielenie dzieci z różnych środowisk losowo na takie które chodzą i które nie, obserwowanie ich długofalowo i dopiero wtedy byśmy mogli coś rzec. O ile mi wiadomo taką randomizację przeprowadzono w aż jednym badaniu w Finlandii, niemniej dotyczyła ona zajęć dodatkowych prowadzonych W SZKOLE a nie poza nią więc ma to średnie przełożenie.

Po trzecie wg mnie bardzo przydałyby się badania sprawdzające czy będą różnice między zajęciami na które dzieci chcą chodzić i cisną o nie rodziców, a takimi którymi dzieci gardzą, ale chodzą bo rodzice z jakiegoś powodu im je wybrali i każą chodzić (znam takie dzieci od przedszkola do nastolatków). Nie znalazłam niestety takich badań nigdy, jak ktoś z akademii wie gdzie takie są – rzućcie plizka – bo mam hipotezę, że to może mieć jakieś znaczenie.

Po czwarte – no właśnie dzieci się różnią. Tymczasem – spójrzcie – zwykle zakładamy, że zajęcia sportowe dobrze wpłyną na choćby zapobieganie otyłości i wdrożą miłość do ruchu, ale… przecież może być też tak, że na zajęcia sportowe chcą chodzić przede wszystkim dzieci, które już są ruchliwe i duża ilość ruchu je cieszy więc znowu mamy dylemat typu co było pierwsze jajko czy kura. Korelacja nie oznacza przyczynowości.

Z ciekawostek na ten temat mamy zresztą badania, że dzieci które uczestniczą tak poważniej w zajęciach sportowych jedzą więcej zdrowego żarcia ale też więcej… syfu. Wie to każdy kto ma dziecko sportowe i bez badań, bo konieczność wożenia na treningi i zawody zabiera tyle czasu, że obiad na trasie w macu nie jest rzadkością 😉 Doba nie jest z gumy – stracisz czas na dojazd i trening, masz mniej czasu na ciułanie batata w sosie chrzanowym. W życiu zazwyczaj jest coś za coś 😉

Oczywiście ruch jest ważny i potrzebny – także dla działania mózgu, ale sport w wersji profesjonalnej (a większość zajęć obecnie dąży do profesjonalizacji już od etapu późnego przedszkola), to też większe ryzyko kontuzji. Nie każdy jest i będzie profesjonalnym sportowcem – o dobrą dawkę ruchu trzeba dbać jak najbardziej i nadać temu priorytet, ale nie jest tak, że jedynie zajęcia sportowe ją zapewnią. My też możemy ganiając na spacery, place zabaw, wędrówki i wycieczki rowerowe. Albo robiąc tory przeszkód montessory w chacie.

Z drugiej strony są też badania z USA w których wykazano, że dzieci, które uczestniczyły w regularnych, ustrukturyzowanych zajęciach sportowych w wieku lat 5-6, w wieku 10 lat są częściej bardziej zdyscyplinowanymi uczniami. Ale to też oczywiście nie jest tak, że tylko ci co są sportowcami są zdyscyplinowani – oj nie, to nie jest tak, że jak ci dziecko nie pójdzie na siatkówę w przedszkolu to będzie rozlazłym uczniem 😉 Aha i jakbyście chcieli to znajdę wam też badanie, które mówi, że dzieci, które uprawiają grupowe sporty to częściej też sięgają po alkohol w wieku nastoletnim.

I czo teras?

Znajdziemy też analizy że uczestnictwo w sportach może wspierać zdrowie emocjonalne, ale z drugiej strony wiemy, że w sporcie profesjonalnym nadużycia i przemoc emocjonalna ze strony kadry albo przeciwników albo innych osób z klubu wcale nie są rzadkością – więc znowu to skomplikowane. Ba, czasem największym problemem sportu dziecięcego są jakby rodzice…

To co zajęcia mogą zapewniać to z całą pewnością poczucie przynależności do jakiejś grupy (u ludzi taka potrzeba jest zwykle silna) i dzięki temu sprawiać, że czujemy się dobrze i fajnie, a także budować siatkę kontaktów. Taka siatka kontaktów, budowana w ten sposób także przez rodziców, ma ewidentne plusy dodatnie, bo biorąc pod uwagę to co pisałam wcześniej – że zwykle poznajmy rodziny uprzywilejowane w jakimś stopniu, to wiecie – może to nie fair ale posiadanie znajomości różnorakich się w życiu przydaje. A nawet jak nie, to posiadanie siatki znajomych i przyjaciół też daje ludziom dużo radości. A to jedna z możliwości poznawania znajomych i nowych ludzi.

Zajęcia dodatkowe u dzieci w wieku szkolnym mogą też zmniejszać czas na bezdurne scrollowanie tik toka, ale równocześnie mogą kraść czas na przyjaźnie, randki, odpoczynek, a nawet sen, bo jak się prosto ze szkoły leci na zajęcia i wraca o 20 żeby usiąść do zadania i nauki do sprawdzianu no to jest jak jest.

Mamy też dane wskazujące, że przeładowanie zajęciami pozalekcyjnymi nie jest optymalnym pomysłem – w życiu człeka w każdym wieku musi być czas na nieco oddechu, a nie tylko na gnanie z ozorem po osiągnięcia, samorozwój i indeks prestiżowej uczelni i w decydowaniu się na zajęcia warto o tym pamiętać.

Co z tego wszystkiego wynika? Szczerze to nie wiem czy na podstawie znanych mi danych umiem wyciągnąć sensowny wniosek. Bardzo dużo czynników ma tu znaczenie, bardzo dużo miesza w tym kotle zniekształcając obraz i jak widzicie trudno tutaj o naprawdę mocne badania. Myślę, że fajne zajęcia, które sprawiają dziecku radość i na które chce chodzić, a dla rodziców nie są obciążeniem ani wyrzeczeniem mogą być fajnym urozmaiceniem i zawsze kształtują jakąś nową umiejętność czy doświadczenia jak wszystko nowe co robimy, ale jak dotąd nic mnie nie przekonało by były w jakikolwiek sposób konieczne dla sukcesu życiowego – zwłaszcza jeśli dziecko i tak jest z tego uprzywilejowanego domu w którym zajęcia dodatkowe są w ogóle opcją albo ma rodziców, którzy po prostu wspierają go odkrywaniu świata miast olewać i w pompie mieć. A to już abstrahując od faktu, że na życie ma przecież wpływ znacznie więcej czynników niż to czy trzylatek chodził na tenisa i matematykę.

No i my totalnie nie doceniamy zupełnie radości, spokoju, poczucia bezpieczeństwa i całej reszty jakie płyną z popołudnia spędzonego w gronie bliskich osób na placu zabaw albo we własnych zabawkach i klockach zamiast w korku. Całe moje dzieciństwo spędziłam w ten sposób, na zajęcia chodziłam w podstawówce – raz w tygodniu śpiewałam w chórku w domu kultury.

Plot twist: Nie umiem śpiewać. Heheheh.

Nasze dzieci chodzą na to na co chcą i na co my możliwość. Bez spiny. Bez porównywania się do innych, bo to droga na manowce, a my, nasze dzieci i nasze życia i wartości są różne na tylu poziomach, że to jest po prostu bez sensu.

Myślę też, że trzeba zawsze bardzo sceptycznie patrzeć na działania marketingowe miejsc oferujących zajęcia, bo reklama dźwignią handlu, a oni doskonale wiedzą jak uderzyć w poczucie winy rodziców. I uważam, że powinno to być zakazane i zgłaszane do UOKiK.

Chciałabym tez byśmy poza niełapaniem schizy, że dziecko kolegi chodzi na wszystko a nasze tapla patykiem w błocie, mieli też więcej wyrozumiałości dla działań innych rodziców. Jasne możemy żartować, ale czasem gdy okopujemy się przez wzmacniane kulturowo lęki o to czy my robimy dobrze, stawiamy siebie w kontrze do cudzego wyboru uważając go za gorszy i tamtym to odwaliło głupolom, bo wtedy poczujemy się choć na chwilę pewniej w swoim. W przypadku zajęć dodatkowych zwykle przybiera to formę oceny tych co cisną na dużo zajęć (albo przeciwnie że nie chodzą na nic), że to ich niespełnione ambicje (albo lenistwo i brak zaangażowania). I czasem tak bywa. Ale czasem to prawdziwa chęć aktywnego dziecka, czasem walka z samotnością w rodzicielstwie, czasem konieczność wybiegania i stymulowania dziecka, któremu do rasy kanapowej daleko, czasem jest to jedyna możliwość by zapewnić dziecku opiekę w czasie gdy nas zajmują inne obowiązki, czasem to po prostu lęki.

Podsumowują ja sobie tak myślę, że do bycia szczęśliwym dorosłym może prowadzić wiele dróg – i nie każdy musi kroczyć tą samą. Ba, czasem dobrze, że nie kroczymy tymi samymi, bo jak jedni wzmacniają ten obszar, to drudzy drugi i potem jak te dzieciaki podrosną to może będą się mogli uzupełniać, czy coś?

Skomentuj