Najważniejsze jest to co najprostsze

Jednym ze wspomnień, które wyryły w mej pamięci wyraźny ślad, jest moment przyjścia ze szpitala z naszym najstarszym dzieckiem. Pamiętam swoją radość w drodze do domu i to że po powrocie delikatnie wyjęliśmy małą z fotelika, rozebrali z kombinezonu, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć, potem ją nakarmiłam, usiadłam z nią na kanapie, a uśmiech na mojej twarzy zastąpiło uczucie obezwładniającej paniki. I co teraz – myślałam sobie – co mam teraz z nią robić żeby jej nie zepsuć, żeby zapewnić wszystko co najlepsze. Mam ją karmić, ubierać, przewijać – to jasne, ale co ponadto? Jak spędzać czas z tak małym dzieckiem by był on dla niego najbardziej wartościowy? Jak się bawić? Jak stymulować? Co, jak, czym, kiedy, jak często? Co mam z nią robić, przecież nie będziemy tak tylko siedzieć i się na siebie patrzeć? Tysiące pytań, na które nie znałam odpowiedzi kłębiło się w mojej głowie, dodatkowo potęgując stres, który i tak towarzyszył odnajdywaniu się w nowej roli.

Biorąc pod uwagę wiadomości jakie od was dostaję – nie tylko ja tak miałam. Od malińkości bowiem szukamy sposobów by postymulować rozwój naszego dziecka, kupujemy akcesoria, które są edukacyjne, sensoryczne, specjalistyczne i rozwojowe. Nieustannie kombinujemy co by tu jeszcze uczynić by jak najwięcej dobra maluchowi dać, by wyrósł na samodzielne, pewne siebie i swej wartości, otwarte, empatyczne i asertywne stworzenie. To w pełni zrozumiałe, a co więcej znajduje potwierdzenie w nauce, bo nie da się ukryć, że odkrycia ostatnich lat bezsprzecznie pokazują, że środowisko jakie otacza małego człowieka ma monstrualny wpływ na rozwój mózgu, rzutując tym samym na cały jego przyszły żywot. Moje rozważania po powrocie do domu z Pierworodną nie były więc absurdalne ani oderwane od rzeczywistości, dlatego dziś, bogatsza o doświadczenie z kolejnymi dziećmi i wiedzę po przeczytaniu masy literatury, zebrałam dla was garść porad na temat tego co robić z dzieciną przez pierwszy rok jej żywota by wspierać jej rozwój.

Patronat nad wpisem sprawuje zaś marka Baby Dove, która towarzyszy nam nie tylko na blogu, ale też w codziennej pielęgnacji już od prawie dwóch lat. W ofercie znajdziecie całą gamę kosmetyków do pielęgnacji niemowląt, w tym także krem przeciw odparzeniom, który dane mi było poznać dopiero po narodzinach Wikinga-wrażliwoskórca, który to krem ujął mnie totalnie ze względu na to że działa wybornie, a przy tym fajnie się rozprowadza. Wszystkie produkty Baby Dove zostały przetestowane dermatologicznie i okulistycznie.

Wracając jednak do rozwoju to pozwolę sobie zacząć od kwestii, która dość często pojawia się w wiadomościach od was, czyli to jaką muzykę warto puszczać maluchowi by jak najlepiej wpłynąć na jego rozwój. Zupełnie się tym pytaniom nie dziwię – wszak intuicyjnie czujemy, że w muzyce jest coś magicznego, a w zalewie płyt, których puszczanie maluchowi (czasem jeszcze w okresie życia prenatalnego) ma z niego w zamyśle zrobić geniusza, utwierdzamy się w tym przekonaniu. Zapominamy jednak w tym wszystkim, że dziecię i tak najbardziej doceni płytę, która kosztuje dokładnie 0 złotych, 0 groszy i ma wielowiekową tradycję. W lawinie dostępnych gadżetów, kołysanki i piosenki śpiewane przez nasze osobiste gardła wydają się bowiem jakąś prehistoryczną praktyką, tymczasem to w nich kryje się dobro i to one mogą świetnie pobudzić rozwój… socjalny, tak potrzebny do poradzenia sobie w życiu.

Na potwierdzenie mych słów, zdradzę wam, że w jednym z badań przez okres jednego-dwóch tygodni pięciomiesięcznym niemowlętom serwowano nową piosenkę, która albo była śpiewana przez rodzica, albo była odtwarzana ze specjalnej zabawki albo też była śpiewana przez nieznaną dziecku osobę. Następnie sprawdzano jak niemowlęta zareagują na dwie nieznane im osoby z których jedna zaśpiewa tę nową piosenkę, którą dziecię wcześniej poznawało w domu, a druga odśpiewa pieśń dziecku nieznaną. Okazało się, że niemowlęta zwracały znacznie większą uwagę na nieznajomego śpiewającego znaną piosenkę, ale uwaga – jest haczyk – tylko i wyłącznie wtedy gdy w warunkach domowych piosenkę śpiewał rodzic. Gdy była ona odtwarzana z zabawki albo śpiewana przez nieznajomego, tego efektu preferencji nie obserwowano i to mimo tego, że jak wykazano dzieciaki pieśń znały i pamiętały (ba, one pamiętały ją nawet po 8 miesiącach!). Z tego wszystkiego badacze wysnuli więc wniosek, że piosenki śpiewane „na żywo” w domu, przez znanych maluchowi ludzi, mają dla niemowląt znaczenie społeczne.

No dobrze, a co z akcesoriami sensorycznymi? Sensoryczny to zresztą w ogóle modne obecnie słowo-wytrych w rodzicielstwie, warto więc uściślić, że sensoryczny znaczy ni mniej ni więcej jak doznawany za pomocą zmysłów, a tak się składa, że zmysłem, który rozwija się jako pierwszy jest dotyk. Wiecie chociażby, że już w trzecim trymestrze ciąży mali lokatorzy brzucha reagują na matczyny dotyk? Zauważono bowiem, że gdy matula dotyka swego brzucha, jej dziecię zaczyna eksplorować otoczenie, częściej dotykając ściany macicy. Bardzo interesująca wydaje się być też koncepcja wedle, której w tracie ruchu dziecka, wody płodowe powodują rytmiczną stymulację (i ruch) meszku pokrywającego całe ciałko malucha, co indukuje wydzielanie oksytocyny, jest przyjemne dla dzieciny i przygotowuje ją na doznania płynące z dotyku. W konsekwencji mógłby to być jeden z mechanizmów prowadzących do tego, że kołysanie, bujanie i noszenie uspokaja maluchy jak złoto. Koncepcję tę wydają się także wspierać wyniki badań prowadzonych zarówno wśród niemowląt ludzkich, jak i mysich, z których wynika, że w kategorii redukcja płaczu, nerwowych ruchów małego ciałka i uspokojenie rytmu bicia serca, noszenie przez matkę bije na głowę skutecznością samo trzymanie dziecia w ramionach (czy też w przypadku myszek w matczynym pyszczku). Wytrącałoby to jakby argument tym, którzy nadal uparcie twierdzą, że jak dziecię uspokaja się gdy jest noszone to znaczy, że rozpieszczone jakieś takie.

Badania na zwierzętach wykazały też, że duża ilość czułego kontaktu fizycznego z matulą wiąże się z potomstwem, które lepiej radzi sobie ze stresem, wykazuje więcej zachowań eksploracyjnych w nieznanym środowisku i lepiej wypada w testach zdolności kognitywnych. Podobne wyniki, a nawet zmiany na poziomie epigenetycznym obserwowane w zależności od ilości kontaktu fizycznego z opiekunem zauważono zresztą także u ludzi, co niejako podważa wciąż chętnie udzielane rady, że jak dziecina czuje się bezpiecznie w ramionach rodzicieli i lubi spędzać w ten sposób czas, to wyrośnie na niesamodzielną i nieżyciową niezgułę, uczepioną na wieki wieków matczynej spódnicy.

Co więcej są badania sugerujące, że dzięki dotykowi dzieci uczą się języka. W bardzo ciekawym badaniu 48 niemowlętom w wieku 4 miesięcy puszczano nagrania bezsensownych zlepków sylab, z tym zastrzeżeniem, że gdy z głośników padał zlepek „dobita” jeden z naukowców dotykał kolanka malucha i tak 24 razy. 24 razy z głośnika padało także słowo „lepoga” ale tylko raz gdy ono padło, badacz dotykał łokcia malucha, zaś w pozostałych 23 przypadkach, dotknięcie łokcia następowało przy losowym zlepku sylab, który nie był „dobitą” ani „lepogą”. Po tej sesji słuchania nagrań, dzieciaki poddano testom preferencji językowych, które polegały na puszczeniu ciągłego strumienia zlepków sylab i stwierdzono, że w zasadzie wszystkie maluchy uczestniczące w eksperymencie wyłapywały i reagowały gdy w zlepku tym pojawiło się słowo „dobita”, niekoniecznie zwracając przy tym uwagę na inne zlepki. Dotyk wzmacniał więc rozpoznawanie słów, a jest to tym bardziej niesamowite, że w badaniu uczestniczyły przecież ledwie czteromiesięczniaki!

Przyznać musicie, że wszystko to razem daje całkiem sporą ilość osiągnięć, zwłaszcza jak na zabawkę sensoryczną, która każdy z nas ma w domu i to za darmo, a musicie mi uwierzyć na słowo, że ta lista mogłaby być znacznie, znacznie dłuższa, bo o korzystnym wpływie czułego, rodzicielskiego dotyku na – uwaga, ważne słowo – rozwój i dobrostan małego człowieka można by coś na kształt epopei walnąć, a i tak nie wyczerpałoby się tematu.

Ale, ale – wciąż nie wyczerpaliśmy całego arsenału zabawek sensorycznych jakimi dysponujecie, bo nie wiem czy słyszeliście o takim wzroku na przykład? I takim eksperymencie w którym to maluchom w wieku średnio 8 miesięcy zakładano na łebki takie śmieszne czapeczki dzięki, którym można było dokonać u nich pomiaru EEG. Na przeciwko tychże maluchów siadał zaś dorosły w takiej samej śmiesznej czapeczce i śpiewając kołysankę patrzył na dziecko. Sęk w tym, że czasem patrzył mu prosto w oczyska, a czasem nie. Okazało się, że gdy oczy tej dwójki spotykały się, następowała synchronizacja ich fal mózgowych. Co nam z takiej synchronizacji, pytacie? Tak naprawdę nie jesteśmy jeszcze pewni, niemniej autorzy badania sugerują, że jest to mechanizm, przygotowujący maluchy do komunikowania się z innymi (a na początku z rodzicem), dzięki czemu uczą się kiedy trzeba mówić, a kiedy słuchać, co w ostatecznym rozrachunku sprawia też, że generalnie uczą się efektywniej. Inne badania sugerują zresztą, że koncepcja ta nie jest pozbawiona podstaw, bowiem zauważono, że ci, których aktywność mózgu była lepiej sprzężona z aktywnością mózgu opowiadającego historię, lepiej też wypadają w testach sprawdzających zrozumienie tego o czym historia owa była. A że umiejętność komunikowania się z innymi i słuchania ich, jest jednym z determinantów radzenia sobie z tym całym życiem w społeczeństwie, to sprawa wydaje się być tym bardziej istotna.

I choć, podobnie jak w przypadku dotyku, mogłabym dalej wymieniać co fajnego daje kontakt wzrokowy, to najważniejsze w tym wszystkim jest uświadomienie sobie, że niemowlęta mają silnie rozwiniętą preferencję wobec ludzkiej twarzy, głosu, zapachu, dotyku i przekładają te ludzkie interakcje ponad wszystkie inne – i tak, to jest udowodnione naukowo. Jest mi zatem za każdym razem niezwykle smutno gdy dostaję od was wiadomość w której piszecie, że macie ogromne wyrzuty sumienia, bo nie stać was na designerskie zabawki za miliony monet, które widzicie na instagramie, blogach i portalach ani na grająco-świecące ustrojstwa co uczą 3 angielskich słówek i tego że jak się walnie łapą w klawisz to będzie melodyjka ergo ustrojstwo otrzymuje etykietkę „edukacyjne”. Piszecie, że czujecie się przez to źle, bo nie zapewniacie swojemu dziecku wszystkiego co najlepsze by wspierać jego rozwój i najlepszy z możliwych startów. Mili moi, to są, gadżety, kurzołapacze i pieniądzowyciągacze. Najlepszą, najbardziej wartościową, edukacyjną i wspierającą rozwój jak żadna inna zabawką jesteście wy – wasza obecność, dotyk, głos, mimika, zapach. Jesteście obłędnie sensoryczni, edukacyjni i rozwojowi – nie tylko wtedy kiedy realizujecie znalezione w sieci inspiracje na kreatywne zabawy z maluchem, ale też, a może przede wszystkim podczas zwykłej, szarej rutyny – w trakcie przewijania, kąpania, masowania, tulenia, karmienia. To są przecież te momenty w których możecie połączyć stymulację dotykiem, kontakt wzrokowy i komunikację werbalną i absolutnie żadna zabawka dostępna na rynku nie będzie w stanie z wami konkurować.

I żeby było jasne – dezajnerskie, minimalistyczne, skandynawskie i inne -awskie kowadełko z naturalnego drewna tybetańskiej sosny, co sensoryczne do bólu jest, bo jak półroczniak przywali tym w czoło swoje albo cudze, to zaiste wszystkie zmysły to czują, nie jest czymś co dziecku zaszkodzi. Jeśli chcecie i możecie takie kupować – to spoko, ale jeśli nie to równie spoko. Problem w tym, że doszliśmy do etapu w którym tak bardzo martwimy się o to co zrobić żeby zapewnić dziecku jak najlepsze warunki rozwoju, że zapominamy o tym, że najważniejsze jest to aby po prostu… być.

Robert Winston, dość znany medialnie profesor, naukowiec, a przy okazji ojciec trójki dzieci, napisał zresztą kiedyś, że współcześni rodzice często martwią się o to co nie jest istotne dla dobrostanu ani rozwoju mózgu dziecka – o zapewnienie i odpowiednie zaprojektowanie pokoiku dziecięcego, kupowanie edukacyjnych zabawek albo znalezienie funduszy na kosztowne wakacje, tymczasem najcenniejszy dar jaki możemy dać dziecku jest za darmo i obejmuje rodzicielską miłość, czas i wsparcie. I nie są to puste frazesy – nauka pokazuje, że małe mózgi do rozwoju potrzebują przede wszystkim miłości. Dziś to wiem i przy trzecim dziecku nie stresuję się tak jak przy pierwszym, po prostu go tulę, całuję, reaguje na wysyłane przez niego sygnały i cieszę się, że nauka tak pięknie pokazuje, że w oferowaniu dziecku tego co najlepsze, nic nie może konkurować z tym co jest najprostsze.

Patronem wpisu jest marka Baby Dove, której produkty możecie kupić tutaj

Maselko i wsp., 2010. Mother’s affection at 8 months predicts emotional distress in adulthood
Seidl i wsp., 2014. Why the body comes first: effects of experimenter touch on infants’ word finding.
Mehr i wsp., 2016. For 5-Month-Old Infants, Melodies Are Social
Cascio i wsp., 2018. Social touch and human development
Leong i wsp., 2017. Speaker gaze increases infant-adult connectivity.

Mama Pierworodnej (6), Drugorodnego (4) i Wikinga co noworodem na razie jest. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna.

8 komentarzy

  • Odpowiedz Wrzesień 20, 2018

    Monika

    Fajny wpis, ku pokrzepieniu serc 🙂 bo jak się czyta blogi parentingowe to te wszystkie zabawki są takie śliczne i takie drogie. Kiedys się skusiłam i kupiłam taką zabawkę drewnianą znanej francuskiej firmy, coby być taką świetną, modną mamą,ale syn nią pogardził i nie okazał zainteresowania. A poza tym, mnie mama kochała, ale nie bawiła się ze mną. Zimowymi wieczorami grałysmy tylko non stop w warcaby. I takie drobne rzeczy pamiętam najbardziej 🙂

    • Odpowiedz Wrzesień 20, 2018

      Alicja

      Ja pamiętam zabawę w pocztę! :))

  • Odpowiedz Wrzesień 20, 2018

    Mama Ewci i Maciusia

    Oj tak, przy kolejnych dzieciach robimy się mądrzejsi. Co do tych zabawek, to ja też czasem tak miałam przy starszej córce, że wytykałam sobie, że tak mało jej kupuję zabawek. No to raz za czas kupiłam, a potem okazało się, że dziecko wolało wszystko inne, a nie te “pieniądzowyciągacze”. Dziś moja dwójką siedziała ze mną w kuchni, ja robiłam obiad, a oni mieli wspaniałą zabawę pt. “Kto głośniej uderzy w garnek kuchenny”. 🙂 Teraz przy dwójce dzieci dobrze widzę, że ważniejsze jest 15 minut uwagi rodzica, niż 100 nowych super zabawek.

    • Odpowiedz Wrzesień 20, 2018

      Alicja

      Haha takie zabawy są najlepsze <3

  • Odpowiedz Wrzesień 20, 2018

    Dorota Niestety Nie Masełko

    Ale super nazywa się autor pierwszej pozycji bibliografii, Masełko 😂😂😂

    Ja bym tu jeszcze dodała noszenie. Dopiero przy drugim dziecku odkryłam magię dobrej chusty (ja mam nosidełko-chustę Lenny Lamb Wrap Tai), najlepszy sposób na przytulanie bez użycia rąk, idealny lek na ząbkowanie, katar, marudny dzień. Nawet teraz (mała ma 9 miesięcy) jak ma kiepski dzień to po prostu zarzucam ją na plecy i razem ze starszym bratem gotujemy, spacerujemy, malujemy itd.

  • Odpowiedz Wrzesień 21, 2018

    Marysia

    Piękne nazwisko badacza – Maselko <3 A poza tym – bardzo fajny wpis! Moja córka 5-letnia zasypia błyskawicznie przy kolysance, którą jej śpiewam od niemowlectwa – albo się uwarunkowała, albo znudziła 😀

  • Odpowiedz Wrzesień 22, 2018

    Matka bratka

    Super wpis! Jestem z moim dzieckiem 24 h na dobę, wnikliwie wyszukuję zabawki… moja córka 5 m najbardziej lubi.wlasnie piosenki,kołysanie, zabawy z dotykiem,masażem ,igapić się na drzewa 😍. Ostatnio wpadłam.na genialny pomysł kupienia jej gryzaka w kształcie jarmużu, skoro lubi zielone-firmy Olii>Carol, 80 zł to ustrojstwo kosztuje. Na co mój niemąż (bezinstagramowy) mówi że prawdziwa sałatę czy tam jarmuż się jej da przy rozszerzaniu diety i jeszcze lepiej bo.zjeśc można. Byłam.na siebie zła że mnie intetenty tak oglupiły że naturalny kauczuk Chciałam kupić zamiast liścia sałaty zdrowszy, tańszy, ludzki…. Panie losie!!! Czemu to takie trudne eh

  • Odpowiedz Wrzesień 24, 2018

    Dorota

    Swietny artykuł. Dziękuję Ci bardzo, bo sama, jako mama prawie 4 miesięczniaczki (o ile takie słowo istnieje) zachodziłam w głowę i się martwiłam czy my wystarczająco przykładamy się do rozwoju dziecka w kwestii zabaw, zabawek, gadżetów itp. W pewnym momencie stwierdziłam, że ten pęd i ciągłe zastanawianie się czy to czy tamto działa, czy może potrzeba innej maty czy zabawki, nie ma sensu bo jestem zestresowaną mamą! Jak odpuściłam, i ja miałam większą frajdę z czasu spędzanego z córą, i odniosłam wrażenie, że ona się zrelaksowała i stała bardziej wesoła. Tak więc patrzymy sobie głęboko w oczy, masujemy się, chwytamy łapkami co tylko się da, tylko nie śpiewamy bo bozia nie dała daru 😛 Ale chyba warto i nad tym popracować, bo maluchowi chyba nie przeszkadza czy rodzic fałszuje….chyba że są na to jakieś badania 🙂

Leave a Reply