Zacznijmy dla dzieci robić… mniej

Alicja

W 2021 roku z okazji siódmych urodzin bloga opublikowałam tekst z siedmioma cytatami „z was” na temat mojej twórczości.

Listę tych cytatów wtedy otwierał ten:

“Kiedy wszyscy krzyczą, że możemy robić więcej, Ty przychodzisz i mówisz nam, że możemy robić mniej.”

I rzeczywiście – nagłaśnianie absurdów intensywnego rodzicielstwa, czyli tego trendu, który wszyscy jak jeden mąż prezentujecie (bo zakładam, że w innym wypadku zamiast kolejnej treści o rodzicielstwie czytalibyście fajne kryminały czy coś) jest od lat jednym z filarów tego co tu robię. Absurdów, bo to trend szalenie drenujący, wymagający zaangażowania, którego nigdy nie jest dość. Zawsze jest za mało, zawsze można WIĘCEJ. Więcej poświęceń czasowych, emocjonalnych, finansowych. Intensywne rodzicielstwo drenuje bowiem nie tylko ciała i dusze, ale też portfele. A Ci którzy tworzą usługi i produkty dla dzieci doskonale o tym wiedzą i z wykorzystaniem strachu sprzedają więcej i więcej. No bo co? Dziecku odmówisz? Zaprzepaścisz jego szanse?

A co gorsza to się nigdy nie kończy. Marketing strachu kierowany jest zarówno do rodziców maluchów (Twoje dziecko ma 3 miesiące i jeszcze nie chodzi na angielski? To ostatni moment by w naturalny sposób chłonęło język!), jak i rodziców nastolatków (Nie dopuść do tego by egzamin maturalny/ósmoklasisty zniszczył przyszłość Twojego dziecka – kup nasz produkt TERAZ!). I wszystkie trafiają rodzica tam gdzie boli (i boi!) najbardziej.

Jakby nie wystarczało to, że spędzamy z dziećmi więcej czasu niż rodzice w poprzednich dekadach, bawimy się z nimi jak nikt się dotąd nie bawił, wozimy na zajęcia, do znajomych, muzeów i bardzo „rozwojowych” albo „atrakcyjnych” miejsc – chwilę po tym jak wróciliśmy z pracy i marzymy żeby zalec na kanapie zamiast znowu gdzieś jechać, przejmujemy się czy to co dajemy im do jedzenia jest zdrowe i zbilansowane, zastanawiamy się nad tym czy najdrobniejszy drobiazg albo pochwała nie zniszczą im życia na zawsze. I mogłabym tak wymieniać długo, ale przecież dobrze wiecie o co chodzi.

Jakaż była zatem moja radość gdy kilka dni temu dr Peter Gray – jeden z legendarnych badaczy dzieciństwa napisał artykuł, którego tytuł brzmi: „Dlaczego rodzice powinni robić mniej dla swoich dzieci.”

Jeśli śledzicie moje treści nie od dziś, to dobrze zresztą wiecie, że paradoksalnie, robiąc mniej robimy dla nich więcej – dając im szanse na sprawczość, naukę życia i konsekwencji, wiarę we własne możliwości i wiele więcej (oczywiście nie mówimy tu o rodzicach zaniedbujących, bo i tacy są, tylko o tych, którzy wpisują się ramy intensywno-helikopterowego rodzicielstwa).

Jeszcze niedawno dzieci naprawdę radziły sobie w świecie i mogły robić dużo rzeczy samodzielnie. Gray powołuje się nawet na wzmianki w gazetach kierowanych do rodziców, pochodzących z połowy ubiegłego wieku, kiedy to fakt, że kilkulatek robi coś sam bez nadzoru rodzicielskiego był przedstawiany jako pożądana, a nie karygodna opcja. Prawda jest jednak taka, że nie musimy sięgać do czasów tak odległych. Ja milenials urodzony w latach 80tych widzę różnicę na przestrzeni dorastania własnego, a dorastania moich własnych dzieci. To co było normą w czasach mojego dzieciństwa (vide dzieci z kluczem na szyi, biegające samopas po klatkach schodowych i podwórkach, wracające ze szkoły i obierające ziemniaki na obiad, odkurzające zanim rodzice przyjdą z pracy, biegające na pocztę i stojące w  kolejce z gotówką i rachunkami do opłacenia itd.), teraz jest postrzegane raczej jako rażące zaniedbanie albo przynajmniej odbieranie dziecku czasu na bardziej „wartościowe” aktywności – wszak takimi przyziemnymi sprawami nie powinny zaprzątać swoich małych główek.

Zmieniło się też to, że teraz to my bacznie i notorycznie obserwujemy dzieci. Tymczasem, jeśli wierzyć antropologom dzieciństwa, badającym plemiona łowiecko-zbierackie, to tam kierunek obserwacji przebiega odwrotnie. To dzieci obserwują dorosłych i w ten sposób się uczą. Towarzyszą im w obowiązkach i codziennym życiu. Czasem się nudzą, czasem im się podoba. A czasem spędzają czas we własnym dziecięcym gronie z dala od dorosłych.

Tymczasem w naszej kulturze to my obserwujemy ich bez ustanku – na placu zabaw, zajęciach dodatkowych i treningach gdzie nie spuszczamy z nich swojego dorosłego oka, a nawet w szkole po wykupieniu dostępu do aplikacji e-dziennik, która usłużnie wysyła powiadomienia o wszystkim. Są centrum naszych zainteresowań i naszego jestestwa. A gdy z jakiegoś powodu role się odwrócą i dzieci przez chwilę muszą uczestniczyć w naszych nudnych, dorosłych sprawach (spotkanie towarzyskie u cioci na imieninach bez sterty zabawiaczy, kolejka w urzędzie, albo zamiatanie podłogi zamiast języka mandaryńskiego w robotyce), to czujemy wyrzuty, że chyba trochę nieudolni w tym rodzicielstwie jesteśmy.

Równocześnie kiedy my staliśmy się straszliwie zafiksowani na dzieciach, świat wokół zaczął być dla nich coraz mniej przyjazny. Od infrastruktury, która jest teraz bardziej przyjazna samochodom niż dzieciom (i ludziom generalnie), po ogólny klimat zakazać gry w piłkę oraz istnienia dzieci w przestrzeni publicznej.

Oni mogą mniej, od nas żąda się więcej. Zamykamy się więc w zaciszu własnych domów i miejsc typowo pod dzieci, robiąc dla nich znacznie więcej, niż potrzeba, usuwając wielką łopatą wszelkie potencjalne przeszkody, martwiąc się na zapas milionem scenariuszy „a co jeśli”, i asystując im przy najdrobniejszym wyboju, zapominając, że czasem najlepsze co możemy zrobić, to nie zrobić nic.

Jasne obserwować, wspierać z boku, wkroczyć jeśli sobie nie poradzi, ale generalnie wierzyć, że sobie poradzi. Bo wiecie co jest niesamowite? Kochamy ich strasznie, ale w ogóle w nich nie wierzymy – kiedyś w formule „zadaj mi pytanie w opcji co byś zrobiła gdyby” odpowiedziałam na jakieś zawiłe pytanie, że ja się w sumie nie przejmuje tym jakoś, bo wierzę w moje dzieci i wierzę, że sobie z codziennymi życiowymi perturbacjami, które towarzyszą nam wszystkim, po prostu poradzą. Pamiętam lawinę wiadomości na priv, że wow, to tak można, otwarłaś mi oczy.

Drżymy o nich, inwestujemy w nich wszystkie zasoby i morze miłości, ale kompletnie nie wierzymy, że dadzą sobie radę. Byle konflikt z Kacperkiem z grupy Muchomorków z miejsca urasta w naszych oczach do początku wielowiekowej waśni rodów, która zakończy się tragedią, zamiast spojrzeć na to jak na zwykłą kłótnie pięciolatków, do której nie trzeba opartych o wiedzę z najnowszego webinaru mediacji z rodzicami tamtego najlepiej pod nadzorem kuratora oświaty. Już rozkminiamy co zrobić, jak zrobić z kim pogadać i w jaki sposób. Już szukamy numeru do rodziców małoletniego Kacpra D. Nie wierzymy, że Kacperek i Michałek najpewniej jutro przejdą nad tym do porządku dziennego i zapomną, że coś wydarzyło. Jak miliony dzieci przed nimi.

Czas wolny też im organizujemy od A do Z, bo wydaje nam się, że sami nie dadzą rady. I pewnie jest garstka gagatków, które z nudą radzą sobie gorzej, ale sęk w tym, że my nawet nie dopuszczamy do siebie myśli, że nie musimy uatrakcyjniać im każdej minuty.

Nawet pracownicy uczelni wyższych donoszą, że studenci przychodzą załatwiać sprawy z rodzicami, którzy robią za nich wszystko. Z miłości, zapewne, i w dobrych intencjach z pewnością. Ale czy to na pewno dobra droga?

A co by było gdyby zamiast kolejnych zajęć kształcących enigmatyczne kompetencje przyszłości, postawilibyśmy ich czasem przy zlewie i powiedzieli – dziś Ty sprzątasz po obiedzie – zamiast znowu robić wszystko samemu i padać na twarz? Co jeśli zamiast sprawdzać zeszyty przez całe lata i pilnować zadań żeby zawsze było świetnie, pozwolić im brać za to odpowiedzialność i zmierzyć się z konsekwencjami? Co jeśli zamiast przygotowywać ciuchy przedszkolakowi – oddamy to w jego ręce i fantazje? Co jeśli zamiast zastanawiać się gdzie tym razem zabrać dzieci na weekend, żeby było jak zawsze „wartościowo” i „atrakcyjnie” – zostawimy ich czasem w domu by mogli ponapawać się “wolną chatą”, a sami pójdziemy na obiad z drugą połówką? Co jeśli na hasło „głodny jestem” odeślemy młodego człowieka do lodówki żeby zrobił sobie kanapkę? Co jeśli zamiast kolejnej godziny spędzonej na podłodze w zabawie, powiemy „fajnie było, ale teraz pobaw się sam” i nie będziemy się przy tym katować że spędzamy za mało jakościowego czasu z dzieckiem? Co jeśli uwierzymy w to, że to są kompetentni ludzie, wychowani w domu pełnym ciepła i miłości i są w stanie zmierzyć się ze zwykłym życiem, zwykłymi problemami i szarą codziennością, która nie musi mieć na każdym kroku „wow factora”? Co jeśli postawimy na rodzicielstwo wspierające autonomię? Co jeśli centrum życia rodziny będą wszyscy jej członkowie, nie tylko dzieci? Co jeśli w końcu W NICH uwierzymy?

Co w końcu, jeśli zamiast słuchania wyłącznie mainstreamowych przekazów, które wpędzają nas w większą frustrację i lęki, spojrzymy też z innej strony, słuchając na przykład wspomnianego wcześniej Petera Gray’a, który szalenie wywrotowo, jak na dzisiejsze czasy pisze:

„Dzieci z natury pragną stawać się coraz bardziej samodzielne i pomocne, ale możemy ich tego skutecznie oduczyć, jeśli uparcie będziemy robić wszystko za nie. W miarę jak dorastają, powinniśmy oczekiwać, że będą robić dla nas tyle, ile my robimy dla nich. To dobrze służy wszystkim członkom rodziny.”

Oczekiwać od dzieci czegokolwiek? To nie jest popularna narracja w internetach. Do tego stopnia, że absolutnie każda próba podniesienia dyskusji na ten temat, kończy się gorącym szafowaniem przykładami rodzicielstwa zaniedbującego i parentyfikacji. Zjawisk, które oczywiście istnieją, ale stanowią drugi koniec tego kija – skrajny i niedobry, ale nie mający nic wspólnego z pozwalaniem dzieciom na dorastanie, bo wszak dorastanie nieodłącznie wiąże się z coraz większą odpowiedzialnością i autonomią. Dorastanie ceni przygotowanie do życia, widzi wartość w samodzielności i dziką radość w sprawczości, nabywaniu życiowych kompetencji oraz budowaniu rezyliencji. Dorastanie jest fajne, jest wzmacniające. Poczucie, że mogę, chcę, umiem są uskrzydlające.

A przy okazji odzyskujemy trochę wolnego czasu dla rodziców i po mojemu także radość z rodzicielstwa. I wiecie, tu nie chodzi o to, że nie wolno ich rozpieszczać, robić dla nich miłych rzeczy, czasem wyręczać, dbać i okazywać ciepła na miliony sposobów. Ale chodzi też o to by nie zatrzymywać ich z tej miłości na etapie nieporadnego dwulatka. Bo oni rosną i do tego rośnięcia potrzebują żebyśmy trochę odeszli na bok, pozwalając im stać się członkami rodziny i szerszej społeczności, którzy także mają w nią swój wkład.

Peter Gray, 2025. Why Parents Should Do Less for Their Kids.

Lubisz moje treści? Pomóż mi funkcjonować w zdominowanym przez rolki internecie i wesprzyj moją działalność. Możesz to zrobić, kupując jedną z moich książek. Może TA dla debiutujących rodziców przyda się Twoim znajomym? Może TA o współczesnym macierzyństwie wesprze Cię w jego trudach niezależnie od tego czy masz w domu malucha czy szkolniaka? A może TA o budowaniu w rodzinie relacji z ekranami pomoże Ci podejść do tego tematu na spokojnie i bez stresu? Dziękuję!

Może Ci się także spodobać

7 komentarzy

Paulina 3 listopada 2025 - 08:32

Uwielbiam Twoje teksty.

odpowiedz
Iw 3 listopada 2025 - 08:56

Jak zawsze w punkt! I jak ja mówię, że uczę moje dzieci że to oni mają się pilnować mnie i jak zbliżają się do ulicy to bezwzględnie mają czekać na mnie, bo ja za nimi biegać nie będę. To wszyscy patrzą się na mnie jak na wyrodną matkę 😅

odpowiedz
Ola 3 listopada 2025 - 09:02

Ja usłyszałam to kiedyś od pani psycholog. Powiedziała, żeby dać dziecku się sparzyć, niech ta jedynka będzie jej jedynką, a nie jedynką bo mama nie dopilnowała.

odpowiedz
Kasia 3 listopada 2025 - 11:23

Super tekst! Moje dzieciaki (5 lat i 7 lat) bardzo teraz pragną samodzielności i wręcz interesują się (!) same kolejnymi obowiązkami domowymi. Odkąd pokazałam im filmik (bardzo polecam!), jak w środku wygląda myjąca naczynia zmywarka, są zafascynowane tym procesem i chętnie same się tym zajmują. Czasem są takie okna fascynacji dziecięcej, które łatwo wykorzystać. Np. jakiś czas temu wielka fascynacja u nas dotyczyła wszelkich sprayów do sprzątania, więc dzieciaki uczestniczyły w myciu okien, stołu, innych mebli i nadal to lubią robić.

odpowiedz
Spinqa 3 listopada 2025 - 10:25

Piękne ❤️ Wrzucam na grupy Whatsappowe rodziców moich dzieci! Ciekawe czy będzie burza 😉🤪😉

odpowiedz
Barbara 3 listopada 2025 - 11:09

Wspaniały teksty ❤️

odpowiedz
Magdalena 7 listopada 2025 - 08:34

Dziękuję, zrzuciłaś ze mnie trochę ciężaru – walczą ze mną dwa wilki – kombinować, wymyślać zajęcia dla 4-latka i dać mu spokój bo w sumie lepiej to na naszą rodzinę wpływa – święty spokój 🙂 ale jak zawsze wątpliwości przychodzą niestety przy spotkaniach z innymi rodzicielkami i ich pomysłami, my w mojej głowie wyglądamy wtedy mniej zaangażowani. Pozdrawiam i śle dużo ciepłych myśli dla wszystkich rodziców 🙂

odpowiedz

Skomentuj