Smog, karmienie piersią i mali pomocnicy – wrzesień w naukach rodzicielskich

Mój pomysł na cykl skrótowego przedstawiania wam tego co w dziedzinie nauk okołorodzicielskich pojawiło się w poprzednim miesiącu – przypadł wam do gustu, więc tak długo jak się tym nie znudzicie, tak długo będziemy kontynuować, a że październik w toku, to czas na podsumowanie września.

Zacząć muszę przy tym od nieprzyjemnego uderzenia z grubej rury, ale potem postaram się wasze zasmucone serca utulić czymś milszym. Otóż – zanieczyszczenie powietrza. Rok temu napisałam o tymże i jego wpływie na płód (o TU), a teraz wraz z rozpoczęciem sezonu na syfne powietrze (tak, tak, to już się zaczęło, możecie śmiało odpalać aplikacje by rano i wieczorem zobaczyć przekroczone normy stężeń dla pm 2.5 i 10…) dostaliśmy dwa nowiuteńkie badania na ten temat. W pierwszym z nich badacze po raz pierwszy zaobserwowali w makrofagach znajdujących się w łożysku (makrofagi to takie komórki, które są elementem naszego układu immunologicznego, a ich rolą, mówiąc najbardziej łopatologicznie, jest pożeranie, a tym samym utylizowanie dużych złych cząstek typu bakterie i inne syfy) ciemne fragmenty, które określili mianem „sadzy” i które, jak przypuszczają, stanowią cząsteczki pochodzące z zanieczyszczenia powietrza. Jak twierdzą sami badacze przed przystąpieniem do obserwacji, byli pewni, że nie znajdą żadnych tego typu cząsteczek lub jeśli znajdą to będzie ich naprawdę znikoma ilość, bowiem powinny one zostać pochłonięte przez makrofagi znajdujące się jeszcze w drogach oddechowych. Niestety rezultaty ich poszukiwań są jakie są i jeśli przypuszczenia naukowców co do tego czym są te ciemne fragmenty w makrofagach się potwierdzą, to otrzymaliśmy właśnie pierwszy dowód na to, że takie duże cząsteczki mogą się przemieścić krwiobiegiem z płuc do łożyska.

Drugie badanie z udziałem 2050 noworodków, których średnie miesięczne, prenatalne narażenie na zanieczyszczenie cząstkami PM2.5 oraz PM10 pilnie analizowano przez całą ciążę matuli, zasugerowało, że noworodki, które były prenatalnie eksponowane na tego typu zanieczyszczenie powietrza miały po urodzeniu wyższe poziomy jednego z hormonów tarczycy – tyroksyny. Czy to w jakikolwiek sposób wpłynie/wpłynęło na zdrowie/rozwój berbecia – nie mamy pojęcia, bo tego nie sprawdzano. Niemniej jednak badanie to jest kolejnym, pokazującym, że zanieczyszczenie powietrza może dosięgnąć mackami swymi także tych najsłabszych i najbardziej wrażliwych, więc wartałoby z nim coś zrobić, miast biernie obserwować.

W związku z powyższym wszystkim, którzy, jak co sezon, będą mnie zalewali wiadomościami, że przesadzam z tym pisaniem o zanieczyszczeniu, bo kiedyś to było zanieczyszczenie i wszyscy żyli, a teraz jest lepiej, chciałabym powiedzieć, że kiedyś ludzie żyli w jaskiniach, a kobiety nie miały praw do edukacji ani wyborczych i też wszyscy żyli, ale jednak wolałabym nie stawiać za przykład tamtych czasów, tylko zrobić co mogę by zadbać o to by moje wnuki nie musiały mierzyć się z zanieczyszczonym powietrzem jeszcze zanim zdążą wziąć pierwszy oddech.

Kontynuując wątek ciążowy to na podstawie analizy danych zbieranych już od 1949 roku, grupa naukowców wysnuła sugestię, że wiek matki może wiązać się z tym jak duże są jej szanse na ciążę mnogą. Gdy bowiem kobiety rasy białej przekroczą 35 rok życia, prawdopodobieństwo, że jeśli zajdą w ciążę to będzie to ciąża bliźniacza dwujajowa jest trzy razy większe niż zwykle. Dobrze w takim razie, że wyrobiłam się z trzecim przed 35 urodzinami, bo jeszcze trzecie okazałoby się być nawet czwartym, a doprawdy nie wiem do jakiego auta wcisnąć taką czeladkę skoro już z trójką był problem 😉

Zostawmy auta, zajmijmy się karmieniem. Piersią karmieniem, bowiem we wrześniu pojawiły się dwa dość ciekawe badania z tym związane. Pierwsze sugeruje, że częstotliwość zapadania na infekcje ucha, zakażenie wirusem RSV i konieczność podania antybiotyków w pierwszym roku życia niemowlęcia, mogą bardziej wiązać się z tym co matula wie o zdrowym stylu życia i odżywianiu, niż z samym mlekiem matki. W badaniu bowiem pytano matki jeszcze w ciąży czy planują potem karmić piersią, a potem podzielono je na dwie grupy – te które chciały karmić, ale z jakiś powodów jednak nie karmiły oraz te które chciały karmić i rzeczywiście karmiły. Okazało się, że w zakresie tych trzech parametrów dzieci matek, które chciały karmić, ale nie karmiły były zbliżone do dzieci matek karmiących wyłącznie piersią. Od tych dwóch grup odstawały za to dzieci matek, które karmić piersią nie zamierzały. Skąd takie wyniki? Możemy tylko gdybać, ale w badaniu stwierdzono też że te z kobiet, które chciały karmić miały większą wiedzę na temat zdrowego stylu życia i żywienia, lepszy dostęp do opieki medycznej i informacji związanych ze zdrowiem niemowląt, a to może się po prostu przekładać na zdrowie malucha.

Kolejne opublikowane w tym miesiącu badanie sugeruje zaś związek między karmieniem piersią, a zmianami epigenetycznymi u malucha. W badaniu tym przeanalizowano poziom kortyzolu w ślinie przed i po sytuacji dla dziecka stresującej oraz DNA 40 urodzonych w terminie, zdrowych maluchów, spośród których połowa była karmiona piersią przez pierwsze 5 miesięcy życia, zaś druga połowa nie. Okazało się, że u niemowląt karmionych piersią dochodziło do zmiany w aktywności genu regulującego u dzieciny fizjologiczną odpowiedź na stres, związaną z wydzieleniem kortyzolu. No i powiem wam, że to jest bardzo ciekawe jak dla mnie.

A skoro już przy genach jesteśmy – to mam dobrą albo złą wiadomość, zależy jak patrzeć – spora część sukcesu akademickiego (włączając w to szkołę podstawową) Twojego dziecka, rozumianego jako stałość osiągnięć na przestrzeni lat, zależy od jego genów. Co jasne inne czynniki też odgrywają tu swoją rolę, ale dla mnie ten element genetyczny jest ważny bowiem stanowi kolejny kontrargument dla tych wszystkich, którzy non stop mówią mi, że jak dziecię me pójdzie do szkoły, to będę musiała z nim godzinami nad zadaniami ślęczeć. A figa z makiem, mi się nie chce – dam genom działać i jak zadziałają dobrze to powiem, że to po mnie, a jak źle, to że po tatusiu. Wiadomo.

Matko jak pięknie mi kontynuuacja wątków w tym grochu z kapustą idzie, to nadziwić się nie mogę, bowiem pozostając przy edukacji to z badań przeprowadzonych wśród 5000 istot, wynika, że w porównaniu do młodszego rodzeństwa, to pierworodnym rodzice częściej serwują edukację seksualną – zwłaszcza jeśli pierworodne stworzenie jest płci żeńskiej. I tak, w przypadku pierworodnych córek 48% z nich deklarowała, że rodzice angażowali się w ich edukację seksualną, w przypadku pierworodnych synów odsetek ten wynosił 37,3%. U drugorodnych-środkowych liczby te wynosiły odpowiednio 39,9% i 29 procent. O dziwo trzeciorodni-najmłodsi byli gdzieś pośrodku, ale tu również powtarzał się schemat w którym to córki częściej rozmawiały o TYM z rodzicami. Warto więc za te kilka lat jak nam dzieciny podrosną zwrócić uwagę także na synów, bo do tanga trzeba dwojga czy jakoś tak 😉

Wiem, wiem serducha wam szybciej zabiły, bo temat stresujący, ale mam taki co stresuje was teraz (ach ta kontynuacja wątków, dobra jestem no nie?), a mianowicie – żywienie. W komunikacie prasowym na temat nowego badania stoi bowiem jak byk: „pomimo że bycie niejadkiem jest normalną i przejściową fazą życia dla wielu dzieci, zachowanie to może być stresujące dla rodziców”. No, Ameryki, prawda nie odkryli, ale podkreślili w swym badaniu coś istotnego, czyli to że rodzice niejadków uciekają się do praktyk obejmujących wywieranie na dziecku presji zjedzenia albo nagradzania za zjedzenie, a, cytując „takie praktyki mogą wzmocnić wybrzydzanie przy jedzeniu, zwiększyć preferencję dla niezdrowego jedzenia i prowadzić do nadmiernego przybierania na wadze”. I choć badanie to było przeprowadzone wśród rodzin należących raczej do niższych warstw społecznych, to myślę, że podobne praktyki w dobrej wierze stosuje wielu rodziców, niezależnie od statusu socjoekonomicznego, więc zawsze warto o tym pisać. O nagrodach w przedszkolach za piękne zjedzenie całego obiadku, nawet nie wspomnę, gdyż albowiem szlag mnie trafia na myśl samą. Nie tylko mnie, bo połowa maili jakie otrzymałam od was we wrześniu to żalenie się, że wasze dzieci płaczą, bo w pokolu nigdy nie zjadają całej porcji, a przez to nie dostają wypasionej nagrody typu pieczątka, naklejka albo inne badziwie, które prowodyrem dziecięcej rozpaczy jest. No i ja, chcąc wam pomóc, piszę zwykle, że ja po prostu wyjaśniłam mojemu dziecku, że jest to zaiste badziewie i nie ma się co tym przejmować. Pomogło.

A właśnie, bo kiedyś tam, kiedyś pisałam wam o badaniu w którym dzieciom wyjaśniano co to znaczy być pomocnym mówiąc: Niektóre dzieci lubią być pomocnikami. Możesz zostać pomocnikiem na przykład gdy komuś coś upadnie albo ma jakąś pracę do zrobienia” albo „Niektóre dzieci lubią pomagać. Możesz pomagać na przykład gdy komuś coś upadnie albo ma jakąś pracę do zrobienia”. Zmiana niby subtelna, ale okazało się, że dzieci, które usłyszały ten pierwszy komunikat były bardziej skłonne do pomocy innym w kolejnym etapie eksperymentu. W badaniu, które pojawiło się we wrześniu zastosowano podobny schemat – część dzieciaków (w wieku 4-5 lat), poproszono by została pomocnikami, część zaś poproszono o pomoc. Sęk tym, że w pewnym momencie w tym całym pomaganiu, o które dzieciaki poproszono nastąpiły jakieś trudności (np. sprytne naukowce podstawiły dzieciakom felerny karton mleka i gdy dziecię chciało pomoc badaczowi i podać mu mleko, to po podniesieniu rozlewało się ono na stół itp.) – i gdy analizowano wyniki, to okazało się, że w tym wariancie eksperymentu dzieci określone mianem „pomocników”, szybciej się do tego całego pomagania zniechęcały. Co z tego wynika? Ano dla mnie choćby to, że badania są jak jaskółki – jedno wiosny nie czyni, a dzieci to nie pralki i nie ma do nich prostej uniwersalnej, instrukcji obsługi, która sprawdzi się zawsze, wszędzie i przy każdym egzemplarzu, bo to wszystko jest zdecydowanie bardziej skomplikowane.

No to niniejszym kończę tegomiesięczny skrót – gdybyście chcieli przeglądać poprzednie i kolejne, bo niedobry FB wam nie pokazał (bo nielajkowaliście – wea culpa! :)) to będą one też dostępne wszystkie w menu rodzicielstwo → naukowe szorty. No to nera i do usłyszenia.

Adashi i wsp., 2018 Delayed Childbearing as a Growing, Previously Unrecognized Contributor to the National Plural Birth Excess

Lester i wsp., 2018. Epigenetic Programming by Maternal Behavior in the Human Infant.

Rimfeld i wsp., 2018. The stability of educational achievement across school years is largely explained by genetic factors

Elton i wps., 2018. Birth order and parental and sibling involvement in sex education. A nationally-representative analysis.

Harris i wsp., 2018. Concern Explaining Nonresponsive Feeding: A Study of Mothers’ and Fathers’ Response to Their Child’s Fussy Eating.

Foster-Hanson i wsp., 2018. Asking Children to “Be Helpers” Can Backfire After Setbacks

European Lung Foundation. First evidence that soot from polluted air is reaching placenta

Mama Pierworodnej (6), Drugorodnego (4) i Wikinga co noworodem na razie jest. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna.

3 komentarze

  • Odpowiedz Październik 9, 2018

    Marta

    Ha! A mnie to badanie o pomocnikach ani trochę nie zaskoczyło! Bo nazywanie “pomocnikiem” wpisuje się moim zdaniem w styl mówienia dziecku, że jest mądre, bystre, grzeczne, czy jakie tam, zamiast chwalić za wysiłek i starania. Pisałaś kiedyś o zadaniach z matematyki coś na ten temat, jeśli mi się nie pomyliło… Dzieci bardzo chętnie i z radością przyjmują rozmaite pozytywne “tytuły” (mądrego i grzecznego pomocnika :-D), ale nabierają przekonania, że to są cechy, na które nie ma się żadnego wpływu – ot, jest się grzecznym/mądrym/pomocnikiem z urodzenia, albo się nie jest. I jak pojawiają się trudności, to albo rezygnują, albo próbują oszukiwać, żeby nie stracić tytułu. No i lepiej kłaść nacisk na to, co dziecko robi właśnie (czasowniki), a nie na określenia (rzeczowniki i przymiotniki).

  • Odpowiedz Październik 10, 2018

    Mama Ewci i Maciusia

    “A figa z makiem, mi się nie chce – dam genom działać i jak zadziałają dobrze to powiem, że to po mnie, a jak źle, to że po tatusiu. Wiadomo.” No po prostu od razu się odnalazłam w tej myśli. Mam nadzieję, że nie będę musiała z dziećmi ślęczeć nad zadaniami – moja mama pozostawiała to nam. A ja już od dawna mówię (gdy córka ma jakąś cechę nie po mojej myśli), że to na pewno po tatusiu. A po mamusi są te lepsze rzeczy. Haha. 🙂

  • Odpowiedz Październik 10, 2018

    Astrea

    Miło poczytać o tym badaniu o zdrowiu dzieci w kontekście planów karmicielskich 😀 Podniosłaś mnie na duchu, bo mi plany nie wyszły i się martwiłam że dziecku utrudniłam życie od razu na początku.

Leave a Reply