Czego potrzebuje matka – banalny sposób na wspieranie rozwoju kognitywnego dziecka.

Wiecie co? Od jakiegoś czas z nieskrywaną przyjemnością i radością nurzam się w odmęty antropologii macierzyństwa. To fascynująca podróż, która pokazuje z ciekawych perspektyw jedno z chyba najbardziej wyświechtanych haseł rodzicielstwa – „by wychować dziecko potrzebna jest cała wioska”.

Wyświechtane, bo choć powtarzane jak mantra przez wszystkich i wszędzie, to często bardzo trudne do wcielenia w życie. XXI wiek i nasz krąg kulturowy wiążą się bowiem z wieloma oczywistymi korzyściami dla matek, ale też w niektórych wypadkach z utrudnieniami. Ot chociażby dzisiejsze matki często są odizolowane socjalnie – bo dziecko nie jest mile widziane we wszystkich przestrzeniach publicznych albo bariery finansowe, architektoniczne, a nawet zdrowotne zamykają matkę w domu. A do tego często w oderwaniu od korzeni, bo rodzina na drugim końcu albo nawet w innym mieście, jak nie kraju. Zresztą nawet jak blisko to i tak wszyscy zapracowani i nie ma do kogo gęby otworzyć, o liczeniu na pomoc nie wspomnę. Siedzi więc ta kobieta zamknięta w czterech ścianach z małym stworzeniem i czeka z utęsknieniem aż tata dzieciny wróci z pracy. A i to o ile ma szczęście i nie ma partnera pracującego w systemie mniej lub bardziej wyjazdowym.

Gdy do równania dodamy fakt, że często debiutujące matki mają znikome doświadczenie w obcowaniu z małymi dziećmi i przerażone tym, że popełnią gdzieś niewybaczalny błąd, wszystko starają się robić wedle wskazań z mądrych poradników i to do tego stopnia, że nawet kąpiel przeprowadzają w oparciu o instrukcję krok po kroku zapisaną skrzętnie w zeszycie ze szkoły rodzenia, to nie trudno sobie wyobrazić jak wielkim brzemieniem jest dla matki dbanie o prawidłowy rozwój dziecka.

Prawidłowy, czyli w powszechnym rozumieniu – wybitny, wyjątkowy i powyżej przeciętnej, no bo przecież “siedzi” ta matka “tylko” z dzieckiem w domu, to niechże chociaż o nie porządnie zadba. Tak, wiem, że nie zawsze i wszędzie tak jest, ale mimo wszystko jest tak wystarczająco często.

W tym kontekście szczególnie interesujące wydaje się nowe badanie w którym wzięło udział niemalże 1100 par matka-dziecko. Kobiety do badania rekrutowano jeszcze na etapie ciąży, po to by przez jakiś czas bliżej przyglądać się ich relacjom z rodziną, przyjaciółmi i innymi ludźmi w najbliższej społeczności np. sąsiedztwie. Szczególną uwagę zwracano na kwestię wsparcia i pomocy, a dokładniej rzecz ujmując na to ile konkretnie osób jest dla matki wsparciem i pomocą. Dodatkowo w okolicy drugich urodzin dzieciaków za pomocą specjalnych testów analizowano rozwój kognitywny dzieciaków.

Okazało się, że średnio matki mogły liczyć na pomoc i wsparcie trzech i pół osoby, co i tak – jak wynika z wielu waszych maili, jest liczbą imponującą. Co jednak najciekawsze zauważono korelację pomiędzy tym ile osób wspiera i pomaga mamie, a tym jak dzieci wypadają w testach rozwoju kognitywnego. Im więcej osób było wsparciem – tym dzieci zdawały się wypadać lepiej. Związek utrzymywał się nawet gdy wzięto pod uwagę kwestie typu IQ, wykształcenie, wiek i podobne dotyczące rodziców.

Co stoi za tym związkiem? Niestety nie wiemy. Niemniej choć możliwe, że to tylko przypadkowa korelacja, to jednak bardziej prawdopodobne wydaje się, że większa sieć wsparcia dla matki pozwala najzwyczajniej w świecie na intensywniejsze czerpanie z jej zasobów, odciążając tym samym ramiona matki i pozwalając na większą radość z macierzyństwa. Im większa sieć tym większe bowiem prawdopodobieństwo, że znajdzie się ktoś kto zaoferuje wsparcie potrzebne w danym momencie – niezależnie od tego czy będzie pomoc fizyczna typu babcia, która podrzuci obiad i zakupy lub dziadek, który popilnuje dzieciaków żeby starzy mogli wyjść razem bez dzieci i przypomnieć sobie za co się kochają, a nie tylko czego kto nie zrobił mimo że obiecał – czy też wsparcie emocjonalne i mentalne typu przyjaciółka, która to wszystko już przeszła lub przechodzi równolegle z Tobą i bez oceniania wysłucha, a nawet przytuli i powie, że „dobrze sobie radzisz” albo brat, który ma starsze dzieci i wie w którym żłobku/przedszkolu jest dobra kadra i który klub malucha oferuje zajęcia dla mam z dziećmi na których odizolowana dotychczas mama może poznać inne mamy i nawiązać znajomości.

Wszystko to bowiem – sumarycznie – redukuje matczyny stres i poprawia jej zdrowie psychiczne, a to jak wiemy może korzystnie wpłynąć na rozwój kognitywny berbecia.

Jeśli więc macie w pobliżu kogoś do pomocy – nie wahajcie się z niej korzystać – to w końcu dla dobra dziecka – tako sugerują naukowcy! Ale co jeśli nie macie? Co jeśli doświadczacie samotności w macierzyństwie z pełną mocą? Jeśli wasza wioska jest daleko, a wy jesteście zamknięte w czterech ścianach i zdane wyłącznie na siebie? Cóż, cudów nie ma – wtedy obiad może dostarczyć jedynie kurier z pobliskiej restauracji i to nie z dobroci serca, a z chęci zarobku. Niemniej XXI wiek może i zabrał nam swobodny dostęp do wioski, ale też dał w zamian dostęp do internetu. I choć matki w sieci nie cieszą się dobrą sławą, bo ponoć się oceniają, wieszają na sobie psy i licytują na to która jest lepszą matką, a inne takie nieudolne, to wiecie co – ja wiem, że w sieci są też miejsca, w których znajdziecie morze wsparcia, zrozumienia, a czasem nawet przyjaźń, która przełoży się w końcu na realne, fizyczne wsparcie. Szukajcie ich, bo z mojej perspektywy nic nie przekłada się tak mocno na satysfakcję z macierzyństwa, jak to czy macie w nim wsparcie. A jeśli to dodatkowo może przełożyć się na rozwój małego człowieka – to gra jest bardzo warta świeczki.

A wy drodzy członkowie rodziny – zamiast ochoczo obdarowywać maluchy (pseudo)edukacyjnymi gadżetami, zainwestujcie trochę swego czasu na pomaganie matuli w zwykłej, szarej codzienności. W przeciwieństwie do często wątpliwych walorów edukacyjnych popularnych zabawek, walory edukacyjne matki, której pozwolono na chwilę oddechu i relaksu, dzięki  czemu ma więcej siły, wigoru i chęci na zajmowanie się dzieckiem są nie do przecenienia.

Shin i wsp., 2019. Association of Maternal Social Relationships With Cognitive Development in Early Childhood

Mama Pierworodnej (6), Drugorodnego (4) i Wikinga co noworodem na razie jest. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna.

12 komentarzy

  • Odpowiedz Luty 18, 2019

    Julia

    O, jakie to ciekawe! Muszę zacząć częściej prosić o pomoc, bo zazwyczaj jestem bardzo dzielna i daję sobie radę (a mąż akurat z tych jeżdżących). Ale skoro ma to przełożenie na rozwój dzieci… A mamusiowe grupy wsparcia się liczą do tego rozwoju? Spotkania są w realu. Nie jest to co prawda pomoc sensu stricto, ale jest miło i można pogadać o dzieciach ;).

    A z drugiej strony… Siedzę już dwa tygodnie z przedszkolakiem i niemowlakiem w domu. Najpierw po kolei chorowali (i ja również) na jakiegoś paskudnego wirusa, który ostatnio krąży. Jeszcze do końca nie wyzdrowieli, a tu od paru dni starszy ma ospę wietrzną, a młodsza zapewne też złapie, bo nie ma rady. Więc jeszcze w tym domu posiedzimy. Mąż w delegacji. I wiecie co? Nigdy nie byłam tak okropną matką, jak w ostatnich dniach… Dobrze, że rodzeństwo mi chociaż zakupy robi. Ale jeśli chodzi o pomoc… Ci, co mieli ospę są w pracy w godzinach, kiedy pomoc by się przydała, a ci co nie są w pracy, mają dzieci i nie chcą się zarazić. Przekichane. Mam nadzieję, że ten cały rozwój jest do odrobienia, kiedy za miesiąc matka-widmo wyjdzie do ludzi 😉

    • Odpowiedz Luty 25, 2019

      Katarzyna

      Ja w styczniu miałam dokładnie taki sam scenariusz . Ospa i wirus u 2 dzieci . Przeżyliśmy ?czekamy na wiosnę .

  • Odpowiedz Luty 19, 2019

    Lili

    So true…

  • Odpowiedz Luty 19, 2019

    Marietta

    U mnie nie ma czegoś takiego, jak relaks. Kiedy dziadkowie wpadają pomóc wyprowadzić naszego psiego kompana to “siadając na herbatę” pozwalają mi w pocie czoła zrobić obiad (bo przecież trzeba coś jeść, by wykarmić dziecię), odkurzać, prać, zrobić tyle, ile w godzinę tylko się da i w ogóle miało się pojęcie, że tyle można. Do tego z każdej strony docinki (nauczyliście nosić, to teraz macie) i rady, o które się nie proszę (ta czkawka tak męczy, trzeba podać wodę z glukozą). Nie tak to sobie wyobrażałam.

    • Odpowiedz Luty 21, 2019

      Kivrin

      Och, zupełnie jak u mnie z teściami. Właściwie jedyna osoba, na która mogłam liczyć, to moja mama. Wpadała na godzinkę, ale jednak zawsze wychodzac zabrała ten worek ze śmieciami, czy poskładała naprędce pranie.

  • Odpowiedz Luty 19, 2019

    Ola

    Ciekawe. Myślę, że korelacja liczby wspierających osób i rozwoju dziecka wynika nie tyle z pośredniego wpływu- odciążenie matki- większa jej dbałość o rozwój- lepszy rozwój dziecka- ile bezpośrednio z kontaktów dziecka z różnymi osobami. Każda z osób, które się dzieckiem zajmują, wnosi do jego życia coś innego i buduje nowe doświadczenia. Mama lubi czytać książeczki, tata woli się wygłupiac, babcia pójść na spacer, a ciocia przyprowadzi swoje dzieciaki. Obserwowałam u swojego syna, jak dużo czerpie z (bliskich) relacji z różnymi członkami rodziny i kiedy robi największe postępy w rozwoju. Zaczął mówić, chodzić, składać zdania przy zmianie otoczenia, podczas naszych dłuższych wizyt u dziadków, którzy na co dzień mieszkają daleko.

    • Odpowiedz Luty 20, 2019

      Kamila

      U mnie całkiem podobnie. Przy pierwszym dziecku bardzo mnie to bolało. Przy drugim już się przyzwyczaiłam. Cieszę się, że w ogóle babcia przychodzi, bo ze względu na komplikacje po porodach nie mogę dźwigać, a dzieci 10 i 15 kg już mają. A na docinki nauczyłam się nie reagować, mówić – ok, ja mam inne zdanie. Jednak potrzebne było mi do tego drugie dziecko, żeby stwierdzić, że są ważniejsze rzeczy niż się przejmować 🙂

    • Odpowiedz Marzec 1, 2019

      wisznu

      Otóż to – też chciałem to napisać. W końcu przysłowie, że do wychowania jednego dziecka potrzeba całej wioski nie wzięło się znikąd. Chodzi właśnie o zwiększanie liczby doświadczeń, nowych rzeczy, które dziecko się uczy. Zachodzi tu tzw. synergia.

    • Odpowiedz Marzec 5, 2019

      Olcha Sosnowa

      Czytając Twój komentarz uswiadomiłam sobie, że u nas było podobnie! Raczkowanie u jednych i mówienie u drugich dziadkow się zaczęło. A wszyscy mieszkają bardzo daleko. Dzięki za tak trafna uwagę ☺ Pozdrawiam!

  • Odpowiedz Luty 19, 2019

    Asia Be

    Moja mama zwykła powtarzać “Szczęśliwa matka – szczęśliwe dziecko”. U nas sprawdza się w stu tysiącach procentów. I weź tu o siebie nie dbaj 😉 Zwłaszcza, że w mojej wersji to promienieje też na męża więc w sumie mogę napisać “Szczęśliwa matka – szczęśliwa rodzina”. Kto nie wierzy niech zmierzy 😉

  • Odpowiedz Luty 24, 2019

    Kat

    Heh ja bym do tego dodała potrzebę wprowadzenia kursu z zakresu umiejętności korzystania ze wsparcia. Bo ja byłabym co najmniej niesprawiedliwa mówiąc, że nie ma wokół mnie ludzi którzy chca pomóc, tylko ja nie bardzo umiem skorzystać… zawsze byłam samodzielna i to była dla mnie niesamowita wartość i oznaka wolności, i teraz, kiedy potrzebuję pomocy najzwyczajniej nie potrafię, ani o nią prosić, ani nawet zdefiniować jakiej pomocy potrzebuję, i tak np. Kiedy babcia przychodzi to ja zamiast skorzystać, obsługuję i dziecko i babcię…

  • Odpowiedz Marzec 3, 2019

    Marta

    Tak jakbym czytała o sobie!! Ja także nie potrafię prosić o pomoc, jest to dla mnie straszną ujma na dumie… Nie potrafię się przemóc, jest to dla mnie jak zdobycie Mont Everest. Zwłaszcza, że od 2 dni przechodzę najgorsze chwile od urodzenia synka, a nie wiem skąd i gdzie znaleźć pomoc. Ah… to słodkie macierzyństwo

Leave a Reply