Co czują i czego potrzebują świeżo upieczone mamy – obserwacje z nowego badania.

Jeśli czytacie mnie wystarczająco długo, to na pewno zdążyliście się zorientować, że jedną z tych rzeczy, które mnie nieludzko wkurzają jest to, że przez 9 miesięcy ciąży kobieta jest w centrum zainteresowania absolutnie każdego – od zwykłego przechodnia po opiekę zdrowotną. Kiedy zaś już urodzi to podejście przypomina bardziej „no nara stara radź se sama”. Po 9 miesiącach odpowiadania bez przerwy na pytanie „jak się czujesz” kobieta zostaje sama i przestaje być widoczna. Staje się niewidzialnym dodatkiem do dziecka.

Tymczasem jeśli faktycznie zależy nam na dobrostanie dziecka, to powinniśmy zadbać także o dobrostan matki. O jej zdrowie fizyczne, psychiczne, jej emocje, jej zasoby – dzięki temu jej start w rodzicielstwo, nawiązywanie więzi z noworodkiem i troska o niego będą łatwiejsze i przyjemniejsze, a to jest ZAWSZE z korzyścią dla dziecka.

Z wielką radością przyjęłam więc nowe badanie, będące meta-syntezą dostępnych dotychczas danych jakościowych na temat tego co dzieje się w głowach, myślach, emocjach i życiach kobiet po porodzie, bo ta wiedza pozwoli nam je lepiej wspierać. Bo choć większość kobiet po porodzie przeżywa podobne stany i informacje przytoczone poniżej będą im znane, to jest to przełamanie jakiegoś tabu, które wciąż w społeczeństwie funkcjonuje. Takie wiecie: „o tym się głośno nie mówi”.

W syntezie zebrano 36 badań przeprowadzonych w 15 krajach. Ich analiza, a tym samym wgląd w wyzaniania kobiet, pozwoliła badaczom na podzielenie emocji, refleksji, potrzeb – zwał jak zwał – matek na pięć kategorii, które przedstawiam wam pokrótce poniżej.

Po pierwsze są ogromne emocje, których mało kto się spodziewa.

Kobiety w połogu doświadczają całej gamy sprzecznych, intensywnych emocji – od natężonego uczucia radości i miłości do dziecka oraz pełnię szczęścia, po nagłe poczucie samotności, zły nastrój i smutek. To nie huśtawka nastrojów. To roller coaster emocji. Często towarzyszy im też potworne poczucie winy, że nie doskakują do stworzonego w swojej głowie obrazu matki idealnej. Przygniata je też poczucie odpowiedzialności i nieodwracalności tego co się stało, a to może prowadzić do przeświadczenia, że nie mają kontroli nad swoim życiem i braku wiary we własne kompetencje macierzyńskie. Jeśli dodamy do tego zmęczenie fizyczne i deficyt snu to wynik tego równania staje się jeszcze bardziej oczywisty. Co istotne to wybornie pokazuje, że choć często zwalamy winę po prostu na hormony, to sprawa ma znacznie głębsze i wielowymiarowe znacznie.

Jak dla mnie z tego wynika wprost, że kobiety w połogu (a także po nim) nadal potrzebują dużego wsparcia i zainteresowania bliskich. Potrzebują zrozumienia, pomocy, kogoś kto ich wysłucha. Albo z nimi pomilczy. Potrzebują poczucia, że nie są w tym same.

Po drugie trzeba się na nowo zaadaptować w społeczeństwie, w związku i w… samej sobie.

Zwykle po porodzie priorytetem dla kobiety staje się nowo narodzone dziecko i opieka nad nim, a to może sprawić, że jest jej trudno poradzić sobie z dotychczasowymi prostymi zadaniami takimi jak – obowiązki domowe czy dbanie o siebie (i nie, nie chodzi tylko o makijaż i ładne ubranie, tylko o odpoczynek, zdrowe odżywianie, dbanie o równowagę emocjonalną i te części siebie i swojego życia, które dotychczas były z kobietą nierozłączne, a nagle kontakt z nimi się urywa). I choć oni tego nie piszą, wszak opisują jedynie to co kotłuje się w głowach kobiet, to dla mnie z tego również wprost wynika, że mamy potrzebują POMOCY, WSPARCIA i ZAPEWNIENIA że nadal są ważne i dbanie o siebie powinno być dla nich istotne, a nie gadania, że wszystko jest kwestią chęci i organizacji, a w ogóle to kiedyś baby se same radziły i kopały ziemniory 15 minut po porodzie (fun fact: tak nie było) i co Ty wiesz o życiu zobaczysz potem TO DOPIERO BĘDZIE.

Wiemy też, że szybkie nawiązanie więzi z dzieckiem jest dla kobiet tak istotne, że w efekcie inne relacje mogą w tym momencie zejść na dalszy plan przez co na początku może być trudno w znalezieniu równowagi między byciem z dzieckiem, byciem samej ze sobą (to jest potrzebny czas!), a byciem z partnerem. I to nie tylko takie fizyczne bycie, ale też bycie w relacji. To może z kolei być podłożem napięć na linii świeża mama – świeży tata i wpływać na satysfakcję ze związku. I czasem trochę trwa zanim oboje odnajdą się i swoją relację w nowej rzeczywistości.

Problem może stanowić też kwestia życia seksualnego – wizja jego ponownego podjęcia może być dla niektórych kobiet trudna, a do równania trzeba też dorzucić obserwowane często „po dziecku” zmiany w libido (do których dochodzi z wielu względów – dyskomfortu fizycznego i strachu przed bólem, obaw o to „jak to teraz będzie”, zmian hormonalnych związanych z karmieniem, zmęczenia fizycznego, obaw o zmiany w wyglądzie fizycznym, lęku przed ponownym zajściem w ciążę i wielu innych). Tymczasem część kobiet czuje presję czy to ze strony społecznej, czy partnera, czy nawet ze strony opieki zdrowotnej by wrócić do aktywności seksualnej gdy tylko będzie można. Warto więc je zapewnić, że to ma odbyć się wtedy gdy będą gotowe. Pamiętam, że kiedyś czytałam opowieść jednej dziewczyny, że ona i jej partner są do dziś wdzięczni znajomym, już doświadczonym rodzicom, którzy w trakcie odwiedzin u nich – rodzicielskich żółtodziobów – powiedzieli żeby się nie martwili, że na razie może być różnie, ale kiedyś czasem ten cały seks wróci do normy i znowu będzie fajnie.

Z drugiej strony żeby nie było tak pesymistycznie dla wielu kobiet połóg i przemiana w matkę to okres w którym odkrywają nieznane sobie wcześniej pokłady miłości, czułości, spokoju. Okres w którym do tożsamości „kobieta”, dołącza tożsamość „mama”. Okres w którym czują się spełnione i dopełnione. Okres w którym obok tego wszystkiego co wyżej opisane, można odczuwać niebywałe szczęście i radość. I nie ma w tym nic sprzecznego ani nielogicznego. Bo traceniu w siebie w macierzyństwie swobodnie może towarzyszyć wrażenie, że oto w końcu odnalazło się… siebie. Taki macierzyński kot Schrodingera, który jest i którego nie ma jednocześnie.

Potrzebna cała wioska… tylko komu?

Kobiety doceniają zarówno to emocjonalne, jak i czysto fizyczne wsparcie jakie otrzymują od swoich partnerów, rodziny i innych bliskich osób. I choć najczęściej to wsparcie którego doświadczają, jest faktycznie cenne i pomocne, to niestety bywa też, że bliscy nie tylko nie wspierają, ale też po prostu przeszkadzają lub podważają działania mamy, podcinając jej skrzydła i podkopując wiarę w kompetencje rodzicielskie. Dla nich mam darmową poradę – nie róbcie tego ludzie! A wy drogie mamy nie dajcie sobie w kaszę dmuchać – jesteście ekstra!

Dla kobiet ważne jest też wsparcie personelu medycznego od którego oczekują przede wszystkim informacji związanych z rozwojem dziecka, higieną, szczepieniami, karmieniem piersią, odżywianiem oraz praktycznych wskazówek związanych z pielęgnacją małego człowieka. Kobiety bardzo cenią sobie też wsparcie od innych matek – wymienianie z nimi doświadczeń, dzielenia informacjami i wzajemne przeganianie lęków i niepewności.

Wszystko to sprawiło, że autorzy postulują by znane wszystkim przysłowie o tym, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska, zmienić na to, że owszem cała wioska jest potrzebna, ale do wspierania mamy (rodziców). Bo z odpowiednim wsparciem mama (rodzice) spokojnie ogarnie opiekę nad dzieckiem.

Przebudowa fizyczna.

Wiele kobiet czuje, że nie była wystarczająco dobrze przygotowana nie tylko na psychiczne perturbacje poporodowe, ale też te czysto fizyczne. Obawy budzą w nich urazy związane z cesarskim cięciem, nacięciem krocza, krwawienie poporodowe, problemy z pęcherzem i wypróżnianiem oraz generalny dyskomfort fizyczny jaki może się pojawić. Część kobiet uważa, że profesjonaliści powinni byli im zapewnić więcej informacji na temat tego co je czeka i jak sobie z tym radzić. Jakby tego było mało część kobiet odczuwa presję powrotu do wagi sprzed ciąży i mitycznego „bycia w formie”. Więc nie dość że tu boli, a tam ciągnie to jeszcze się bidule zadręczają tym, że nie ważą tyle co w liceum i czy wystarczająco powabnym motylem są. Zacznijmy więc może wreszcie podchodzić do tego realnie i zwracać uwagę na to co ważne, czyli…

Opieka zdrowotna po porodzie.

Kobiety chcą czuć się zaopiekowanie także w okresie połogu – by nadzór i kontakt z personelem medycznym odbywał się płynnie, tak by wszystkie wątpliwości mogły zostać rozwiane. I choć ten punkt trudnej przełożyć na nasze rodzime warunki, bo u nas przynajmniej w teorii jest zapewniona choćby opieka położnej środowiskowej, to faktem jest, że nadal potrzebne jest rozbudowanie tej siatki opieki – o swobodny dostęp do psychologa, doradczyń laktacyjnych czy fizjoterapeutów uroginekologicznych (patrz punkt wyżej), bo zaniedbanie tych aspektów w okresie poporodowych i tak wychodzi i „mści się” na całym systemie po latach. Czas najwyższy by to zaczęło się zmieniać – to nie fanaberia, to realna potrzeba.

Podsumowując połóg to czas zysków i strat, doświadczeń pozytywnych i negatywnych, to czas poznawania nie tylko dziecka, ale też nowej siebie i swojego nowego związku. To czas burzliwych zmian. Szczęścia, ale też trudnych momentów. To często czas trudny fizycznie – ciało dochodzi do siebie po trudach ciąży i porodu, ręce i plecy uczą się jak to jest nosić małego człowieka, a ciało jak to jest nie spać tyle ile zwykle. To czas stresu, szczęścia, wzruszenia i poznawania odpowiedzialności z jaką się dotychczas nie miało się do czynienia przez co może, acz nie musi ona przytłaczać. To czas wyjątkowy i bardzo indywidualny więc choć tu mamy zebrane doświadczenia wielu kobiet to na pewno są takie u których nic z tego co powyżej opisałam się nie pokryje. Ale jedno jest pewne i uniwersalne – gdy kobieta dostaje wsparcie i oparcie nie tylko od taty dziecka, ale też od najbliższych, przyjaciół i generalnie społeczeństwa to zyskuje nie tylko ona, ale my wszyscy.

Finlayson i wsp., 2020. PLoSONE 15(4):e0231415

Mama Pierworodnej, Drugorodnego i Wikinga. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Od prawie 6 lat wspiera w internecie matki za pomocą tego o blogaska. Pomysłodawczyni nurtu zabaw Montesorry, a także rodzicielstwa opartego na lenistwie.

4 komentarze

  • Odpowiedz 7 maja, 2020

    Kasia R.

    Przeczytałam, popłakałam. Jakie to mądre… Dziękuję Alicjo ?

  • Odpowiedz 8 maja, 2020

    Michalina

    Ciąże znosilam śpiewająco, dosłownie do ostatniego dnia przed porodem byłam bardzo aktywna, zero typowych dolegliwości. Poród też poszedł sprawnie z kolei z połogu najgorszy był pierwszy tydzień gdy goila sie rana po cięciu krocza- zdążyło się, że płakałam z bolu. Dla mnie najcięższe psychicznie było to, że nagle utknelam w domu- brakowało mi swobodnych wyjść, spotkan, pracy..Sytuacja poprawiła się gdy mogłam już z synkiem wychodzić na spacery ale z kolei przyszedł koronawirus i znów utknelisny w domu. Także podsumowując, najgorszą dla mnie rzeczą jest izolacja, zdecydowanie to znoszę najgorzej.

  • Odpowiedz 8 maja, 2020

    Anna

    Właśnie jestem w połogu. Mimo że w czasie ciąży czytałam o tym, co może mnie spotkać w tym okresie, to jednak rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana i naprawdę – nikt o tym kobietom nie mówi, nawet ginekolog (skupia się głównie na tym co się dzieje do czasu porodu). Z moim ciałem obecnie dzieją się różne rzeczy, a ja mam wrażenie, ze jestem skazana jedynie na wujka google, żeby się dowiedzieć „czy to normalne”. A otoczenie? Niby każdy zapyta jak się czuję, ale spodziewają się odpowiedzi, ze wszystko ok. Gdy tylko jestem szczera, słyszę, że „no tak już jest” albo „od tysiącleci kobiety rodzą i tak to wyglada”. Nikt nie chce słuchać moich narzekań, a czasem potrzebuję sobie ponarzekać…

  • Odpowiedz 5 lipca, 2020

    marta

    Niedawno w Tygodniku Powszechnym poświęcono dwa artykuły dotyczące połogu. Jednym z nich był wywiad, już nie pamiętam z kim ale zapadła mi taka myśl, którą wypowiedziała ta pani: że poród sam w sobie jest takim punktem kulminacyjnym, na który każda ciężarna czeka i, którego w zasadzie każda się obawia. I, że (nie wszystkie oczywiście ale) szkoły rodzenia mają często na swoich zajęciach część poświęconą połogowi ALE, że ciężarne tak się skupiają na porodzie, że nawet jeśli słuchają, to de facto to do nich nie dociera. Nawet jeśli o połogu czytają – to do nich nie dociera w pełni.
    Ja uważałam, że byłam przygotowana: byłam na szkole rodzenia, przeczytałam trochę książek. ALE połóg od strony fizycznej to był dla mnie ogromny dramat i zaskoczenie. W tym sensie, że jakoś żadna z koleżanek, które już rodziły w ogóle o tym nie opowiadała. Pewnie: mówiły, że brak snu, że noworodek, że nie wiedziały jak go obsługiwać. Ale te fizyczne aspekty zostawały zupełnie pomijane. Nikt nie mówi o tym, że odchody poporodowe (kto wymyślił tę nazwę?!) wypływają z kobiety tak długi czas, że cycki potrafią być tak nabrzmiałe i bolesne, że w życiu byś się nie spodziewała (chodzi o nawał), że jak dziecko pośpi dłuzej, to Ciebie i tak obudzi cieknące mleko. Już nie wspomnę o zapaleniu piersi, o zastojach, o ranach krocza właśnie itp itd. Ja o tym mówię swoim koleżankom i to jeszcze teraz, od razu, nawet gdy nie są w ciąży, bo uważam, że za mało o tym mówimy. A to nie jest nic wstydliwego. Jest to niewygodne, nie jest to piękne ale jest to naturalne!!!

Leave a Reply