Jak wygląda mój dzień z trójką dzieci?

Wpis powstał przy współpracy z marką Pampers

Gdy myślicie o ekstremalnych wyczynach z dzieckiem u boku to co wam przychodzi na myśl? Wyjazd z maluchem do egzotycznych krajów? Wyprawa na Giewont z niemowlakiem w nosidle i nogami w klapkach? Bo przyznam, że takie były moje pierwsze skojarzenia kiedy marka Pampers, dzięki której od lat czytacie artykuły na blogu, a moje dzieci mają suche pieluszki 😉 podrzuciła mi pomysł napisania o ekstremalnych wyzwaniach mojego rodzicielstwa. Pomyślałam sobie wtedy, że bez kitu takie rzeczy to do jakiś blogerów podróżniczych albo pokazujących swój super, wspaniały styl życia, a nie do mnie zwyczajnej kobiety ze zwyczajnymi dziećmi i kompletnie nieekscytującym trybem życia. A potem stwierdziłam, że odkąd Pierworodna poszła do szkoły to w sumie każdego wieczora mam wrażenie, że oto właśnie przeżyłam dzień ekstremalny i że część z was prosiła mnie o napisanie jak się żyje z trójką dzieci. No to czytajcie.

6.00 – dzwoni budzik. Właściwie nie wiemy czemu dzwoni, bo dzwoni głównie sobie a muzom. My i tak już jesteśmy obudzeni, bo starszaki to ranne ptaszki. Zwykle o 5.40 już są na nogach i zaśmiewają się do łez ze swoich opowieści. O ile oczywiście akurat się nie kłócą, bo kłócenie się o oddychanie tym samym powietrzem i w ogóle „ej, a ona/on mi” nigdy nie wychodzą z mody. To taka mała czarna wśród rodzeństwa – zresztą nie od parady nawet w badaniach zaobserwowana średnia ilość konfliktów na godzinę między rodzeństwem robi wrażenie. Szczęśliwie są już tak duzi, że już nie musimy wstawać razem z nimi, więc nawet jak tam coś się chichrają za ścianą my możemy jeszcze się polenić do tej 6, kiedy to wstać trzeba i gadania nie ma. Wirgiliusz idzie ogarniać się do pracy, a ja wyruszam poszukać siebie, a potem zrobić śniadanie. Wiking jeszcze śpi. To nasze pierwsze dziecko śpioch, który nawet jak się obudzi to nie zrywa się od razu na równe nogi, tylko woli poleżeć i się polenić. To jest niesamowite, bo po dwójce skrajnie różnych dzieci byłam pewna, że mnie już nic nie zaskoczy w rodzicielstwie, a tu proszę jak zwykle okazało się, że o dzieciach nie wiem niczego.

6.20 – słyszę z góry „mamooooo Wiking się obudził” i myślę sobie akurat SIĘ obudził, wy go obudziliście swoimi rechotem! Idę więc do niego żeby mógł się jeszcze potulić i wyleżeć, ale jednocześnie namawiam na wstanie, bo jak nie to znowu będziemy robić wszystko w biegu. Po 10 minutach młody człowiek łaskawie zgadza się na odkopanie z ciepłej kołderki i udanie się „na dół” celem „mniam”. Ale najpierw trzeba go przewinąć. Na szczęście mogę to zrobić dopiero jak panicz się obudzi – bez rozbudzania go w środku nocy, bo dzięki warstwie chłonnych mikroperełek Pampers niezawodnie wytrzymuje calutkie noce, a nowa odsłona Pampers Active Baby ma także dwa razy mocniejszą osłonkę wokół nogawek dla lepszej ochrony przed przeciekaniem co jest ważne szczególnie u dzieci, które w nocy się dużo wiercą. Czytaj Wikinga.

6.40 – cała banda zbiera się na śniadanie i jak zawsze przypomina mi się ten mem z bardzo starszą panią, z bardzo rozanieloną miną i podpisem „ja w wieku 98 lat gdy przypominam sobie ten jeden dzień kiedy wszystkie moje dzieci były zadowolone z tego co im dałam do jedzenia”. Cóż u mnie ten dzień się jeszcze nie zdarzył. Bo ten kocha owsiankę, ten omlet, a ta uznaje tylko kanapki. Ja lubię herbatę – bez herbaty nie ma śniadania, to co będzie do jedzenia to sprawa absolutnie drugorzędna.

7.00 – zaczynamy czuć presję czasu. Połowa dzieci jeszcze przeżuwa, wszystkie są nadal w piżamach, a za 30 minut wszyscy powinni być gotowi do wyjścia. Dlatego jak co rano robimy w tym momencie jedyną racjonalną rzecz, czyli PANIKUJEMY. Starsze dzieci biegną się ogarniać, ja lecę robić drugie śniadanie dla uczennicy i prowiant dla Wikinga. Wiking przy okazji trzyma mnie za nogę i ciągnie tam gdzie akurat nie mogę iść.

7.07 – „mamooooooooooooo” – rozlega się na pół dzielnicy – „gdzie jest teczka z robotyki?!”. „Nie wiem” – odpowiadam najuprzejmiej jak potrafię i kontynuuję robienie drugiego śniadania, a także zażartą walkę z Wikingiem o prawa własności do mojej nogi. Walkę toczę też z pokusą wejścia w tryb #KlasycznaMatka, czyli powiedzeniem czegoś w stylu „a nie mówiłam, że trzeba sobie przygotować wszystko wieczorem?”.

7.16 – słyszę tupanie na schodach i po chwili do kuchni wpada jedna z moich latorośli, nadal w piżamie, nadal kompletnie niegotowa do wyjścia gdziekolwiek – „nie uwierzysz gdzie była” – krzyczy dziecina cała radosna i pełna niedowierzania. No gdzież być mogła myślę sobie – w koszu na pranie, w szafce łazienkowej, w pudle z pluszakami? Otóż nie – „mamo ona była tam gdzie być powinna – w szafce na rzeczy z robotyki”. Cóż, to faktycznie zaskakujące, w naszym domu jakaś rzecz była tam gdzie być powinna! Niesłychane! Też bym szybciej uznała, że w koszu na pranie.

7.30 – uff jakimś cudem jesteśmy gotowi, no prawie, bo na bank, ktoś czegoś zapomniał i zaczyna szukać tego w popłochu. Tym razem chodzi o klucze. W końcu są. Możemy wyjść. Znaczy oni mogą – jedno do pracy, drugie do szkoły, trzecie do przedszkola, a czwarte do babci. Ja zostaje w progu nadal w piżamie i nadal na boso – takie urok pracy z domu.

7.50 – rozpoczyna się mój czas na pracę czytaj bolesne podejmowanie decyzji pracować czy „coś ogarnąć w tym domu, bo przecież tak się nie da żyć”. Praca z domu ma swoje minusy.

Godzinna „koniec pracy na tę chwilę” – to kiedy wypada zależy od tego ile mam akurat pracy – ale niezależnie od tego jaką godzinę w danym dniu pokaże zegarek, to jest to ten moment, w którym rozpoczynam rajd po dzieci. Na nogach rajd, bo nie chcę dokładać swojej samochodowej cegiełki do zanieczyszczenia powietrza. Poza tym te wszystkie kilometry, które robię do i z placówek, razem z tym wszystkim z czym się to wiąże, czyli targaniem tornistra, zakupów, zabawek, a także pchaniem wózka wypchanego rosłym człowiekiem lat jeden i pół oraz jego tobołami to mój fitness i moje ćwiczenia. Nie muszę bowiem chodzić na siłownie, bo chodzę po dzieci! Polecam – całoroczny karnet kosztuje 0 zł.

Sprawę odbioru dzieci utrudnia nieco fakt, że przedszkole i szkoła są w tak bardzo przeciwnych kierunkach, że bardziej się nie da, ale szczęśliwie bardzo często jedna z babć mi pomaga to znaczy odbiera jedno z dzieci, a ja je tylko przejmuje gdzieś w drodze. Piszę o tym, bo czasem słyszę pytania o to jak ja sobie radzę z ogarnianiem trójki. Otóż radzę sobie w dużej mierze dzięki pomocy bliskich. Bo wiecie – czasem kiedy podziwiacie innych, że tak ogarniają, to pewnie nawet nie macie świadomości ile ogarniają dzięki pomocy. Oczywiście na pewno są tacy co ogarniają wszystko sami i w ogóle są mistrzami organizacji i życia rodzinnego, ale to na pewno nie ja.

W każdym razie droga do domu nie jest krótka, a dodatkowo urozmaicamy ją czy to zakupami czy to zatrzymywaniem się na placu zabaw tudzież budowy celem podglądania koparki. Lubię jednak tę naszą długą drogę, bo wtedy jesteśmy skoncentrowani tylko na sobie i nie ma żadnych „przeszkadzaczy” więc mogę szczegółowo wypytać jak minął im dzień i pogadać o wszystkim, także kwiatkach w rodzaju:

– A Kacper mówił, że jego rodzice też kupują Skodę.

– Ale jak to też synu, przecież my nie kupujemy Skody?

– No jak to nie, przecież kupujesz zawsze Skodę Oczyszczoną do ciasta!

– …

W końcu jednak docieramy do domu. Zwykle nie na długo, bo moje nadgorliwe starszaki potrzebują szofera, który ich podrzuci na zajęcia dodatkowe – i możecie mi wierzyć, to oni na nie nalegają, nie ja. Ja bym wolała nigdzie nie jeździć tylko siedzieć w domu i jeść ciastki, no ale oni mają zupełnie inną wizję wolnego popołudnia. Ich wizja prowadzi do tego, że przez 5 dni w tygodniu jedno z nas musi być szoferem. Słowo daję jak widzę artykuły o biednych dzieciach, które przez ambicje rodziców nie mają wolnego czasu to mi skręca trzewia. Bo o biednych rodzicach, którzy nie mają wolnego czasu przez ambicje dzieci to już nikt nie pomyśli! Nikt! A to przecież oni stoją na tych korytarzach i się nudzą – dzieci natomiast (przynajmniej nasze) się wybornie bawią.

Tak to mniej więcej wygląda w dni „zwykłe”, ale przy trójce dzieci dość lawinowo rośnie prawdopodobieństwo, że nie będzie „zwyczajnie”, bo ktoś się rozchoruje, ktoś ma turniej, umówił się z koleżankami, w ostatniej chwili przypomniał sobie, że koniecznie na jutro musi mieć akcesoria dostępne w jednym sklepie w całym kraju albo ktoś sobie postanowił coś złamać. Ot obojczyk na przykład – jak Wiking ostatnio. I wtedy przestaje być zwyczajnie, a zaczyna być naprawdę ekstremalnie.

Bo na przykład trzeba pójść na kontrolę do chirurga i spędzić z półtorarocznym dzieckiem, które ma jedną rękę i większą część tułowia unieruchomione opatrunkiem gipsowym, 4.5 godziny na oczekiwaniu pod gabinetem. Tak, tak moi mili dobrze przeczytaliście – cztery i pół godziny. System bowiem działa tak, że wszyscy przychodzą na jedną godzinę, a potem przyjęcia są na zasadzie kto pierwszy ten lepszy, więc żeby oszukać system przychodzisz pół godziny przed otwarciem, ale okazuje się, że inni są lepsi w oszukiwaniu systemu i kiedy z dumą ze swego sprytu wymalowaną na licu wkraczasz do rejestracji to mina ci z miejsca rzednie, bo okazuje się, że przybyłeś tu jako osoba nr 43. Cóż – peszek!

Ale co mi tam – ja mam nie dać rady? Pewnie, że dam – młody człowiek również. Przez te ponad 4 godziny zrobimy po szpitalnych korytarzach dystans maratonu (elastyczne boczki w pieluszce pomagają!), a kiedy w końcu o 18.35 uda nam się opuścić ten milusi przybytek zdrowia – przemyka mi przez myśl „uff koniec wyzwań na dziś”.

Okazuje się jednak, że myślenie to nie zawsze jest dobry pomysł, bo kiedy docieram z młodym do domu (starsi jeszcze u babci – tata po nich pojechał)… to nie możemy do niego wejść. Nasza najwyraźniej wybitnie wrażliwa na aurę furtka postanowiła sobie zamarznąć. Tak po prostu – bo mogła. A jak mogła to wzięła i zamarzła i nie da się otworzyć. Mamy więc do wyboru albo ogrzewać ją ciepłym oddechem i w międzyczasie marznąć albo… no właśnie. Przechodziliście kiedyś przez płot z zagipsowanym dzieckiem pod pachą? Cóż, ja już tak… 😉 Ha, chyba nawet Pampers nie spodziewał się tak ekstremalnego wyzwania! I nie, to nie jest historia wymyślona na potrzeby wpisu. Wszystko co przeczytaliście zdarzyło się naprawdę.

Bo tak to już z dziećmi jest, że nawet zwykły, wydawałoby się nudny dzień, może stać się wyzwaniem, zmieniać z minuty na minutę i być tak wymagający, i emocjonalnie, i fizycznie, że wieczorem mamy ochotę paść jak dłudzy. W każdym razie ja przy mojej trójce mam tak często. Ale być może to dlatego, że jestem już w tym wieku, że często mnie „łupie w kręgosłupie” 😉

Zanim jednak padnę jak długa, to czeka nas jeszcze najmilsza część dnia – zasypanie. Miła, bo daje świadomość, że za chwilę mamy „wolne”, ale też miła, bo w gruncie rzeczy to są fajne chwile. To czytanie książek (nawet jeśli po raz 3192189 tej samej), to przytulanie. Ta świadomość, że przetrwaliśmy kolejny dzień. Jesteśmy razem, zdrowi, mamy gdzie mieszkać, w co się ubrać i co jeść. Mamy siebie. Tak przecież wygląda szczęście. Choć przyznaje, że kiedyś wyobrażałam sobie, że ma jednak nieco mniejsze wory pod oczami 😉

Mama Pierworodnej, Drugorodnego i Wikinga. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Od prawie 6 lat wspiera w internecie matki za pomocą tego o blogaska. Pomysłodawczyni nurtu zabaw Montesorry, a także rodzicielstwa opartego na lenistwie.

14 komentarzy

  • Odpowiedz 12 grudnia, 2019

    Nina

    Przyznam, że zazdroszczę. My nie mamy żadnej pomocy, bliscy są 200km od nas. Na opiekunkę/nianię nas nie stać. Znajomi mają swoje rodziny i problemy.
    Straszne nerwy… Człowiek się dość szybko wypala, jak wszystko na jego głowie. Jest nas 2+2, a i to za dużo;)

    • Odpowiedz 12 grudnia, 2019

      Alicja

      Totalnie wierzę – dlatego nigdy nie ściemniam, że my tak sobie wszystko sami ogarniamy i w ogóle, bo to by tylko frustracje rodziło. Trzymajcie się tam!

  • Odpowiedz 12 grudnia, 2019

    Olga

    Tym skokiem przez płot pobiłaś wszystkie Giewonty i Czomolugmy, a nawet Annapurnę. Chylę czoła. Z racji posiadania przychówku w ilości sztuk jeden mam dużo mniej ekstremalne dni… ale się zdarzają – ostatnio leżałam na chodniku, bo dziecku wypadła latarla pod zaparkowany samochód.

  • Odpowiedz 12 grudnia, 2019

    Gosia

    Mam podobnie, sami, jak zwykle z deficytem kasy i mnóstwem awarii niezależnych od nas. Ale fakt, po takim ekstremalnym dniu (każdy jest w jakimś sensie ekstremalny) wieczorem czujesz satysfakcję że jednak dałaś radę w jednym kawałku doczekać nocy. A za pół roku trzeba jeszcze wrócić do pracy i dopiero będzie bajecznie ?

    • Odpowiedz 12 grudnia, 2019

      Alicja

      Będzie fajnie! :)) OBy już awarii nie było 🙂

  • Odpowiedz 12 grudnia, 2019

    A.

    Ja mam jedno dziecko. Było dobrze jak była niania. Odkąd córka poszła do przedszkola i niani nie ma w ogóle sobie nie radzimy. Przez choroby. Córka chorowała przez okrągły rok, bez przerwy na sezon letni, a my razem z nią. Wspólnie, po kolei, na to samo, na co innego. Teraz przestaliśmy (mam nadzieję) się tak masakrycznie zarażać, a i ona choruje raczej raz (no góra dwa) a nie cztery razy (rzadziej trzy razy) w miesiącu. W weekend czasami na kilka godzin udaje się ją sprzedać dziadkom. Niestety na co dzień mamy do ogarniania tylko siebie.

  • Odpowiedz 13 grudnia, 2019

    Mary

    Mam identyko z tymi zajęciami dodatkowymi 😀 nie wiem co to za nagonka na rodzicow, którzy posyłają dzieci na zajęcia. Tym bardziej, jeśli dziecko po prostu uwielbia – jak mój: raz w tygodniu capoeira, dwa razy piłka nożna i w soboty basen (nauka pływania, pół roku zajęć). Syn ma 7 lat, od 4 roku życia chodzi na ta capoeire, na piłke od prawie dwóch – miało być zajęcie na wakacje, na czas gdy byłam w domu z drugim dzieckiem, ale piłka jest teraz pasją .. Basen dołożyliśmy w tym roku tylko dlatego, że w soboty. Dodam, że mąż pracuje od 7 – 17 pon-pt w sobote 7-13 w tym jedna wolna w tygodniu więc w domu w tygodniu jest ok 18. Syn zaczął szkołę podstawową w tym roku. Na stanie jeszcze córka 22 miesiące. Mąż ogarnia teraz jesienią piłkę bo zajęcia sa na hali i późno 18.30-20 a od wiosny do jesieni gdy grają na murawie to zajęcia od 17.30-19 więc ja ogarniam. Capoeira i basen też ja. Wszystko z drugim małym dzieckiem u boku. Pracuje 14 km od domu, po drodze, po 4 km jazdy mam rodziców, tam podrzucam córkę na codzien a syna odpowadzam do szkoły niedaleko dziadków. Bez pomocy dziadków tez nie dała bym rady. Na pewno zrezygnowalibyśmy np. z tej piłki zimą, późna porą. Latem to młoda biega i bawi się w miejscu blisko boiska. Ja zerkam to tu, to tam, chodzimy popatrzeć jak brat gra i wracamy do miejsca gdzie mogę ja puścić wolno. Trzeba ogranąc nie tylko logistycznie ale i jedzenie – bo młoda musi zjeś czupke np. zanim na te zajęca, na droge tez musze cos mieć, zaplanować przekąski, im starsza to łatwiej. Najciezej było jak była mlodsza i tylko cyc ją interesował wiec musiałam w pobliżu tego boiska szukac miejsca i kamuflować się, karmic. Capoeira jest w miejsca z którego wychodzimy do pobliskiego parku i placu zabaw. Basen poki zima ciepła to spacerujemy w pobliżu – najgorzej kiedyś musze wejść z dwójką, jedno rozbiera się do pływania, drugie musze rozebrać bo parno, ale potem musze wyjść jeszcze to klapli zmienić, tam ubrać się spowrotem i wyjść z budynku basenu.. no koszmar 😀

    Dodam jeszcze co do zajęć dodatkowych, ze zauwazyłaqm ciekawa zaleznosc, mam taka znajomą z osiedla – zawsze zagaduje o te zajęcia syna, jej w tym samym wieku niczym się nie interesuje. Ok ma łatwiej o tyle. W pewnym momencie zmienila strategie i zagadując narzeka jak to mamy ciężko i po co nam tyle zajeć.. ze lepiej było by dac dziecku czas na swodobna zabawe i nie tak latac… Nie dociera ze syn się pasjonuje tym co robi i uwielbia wszystkie te zajęcia. Tacy rodzice uważają się potem za lepszych od tych posyłających na zajęcia bo „pozwalają się dziecku swobodnie bawic” .. bawic w oglądanie tv lub granie na xboxie… a potem taki sfrustrowany furiat który nie miał okazji wybiegac się i nie ma pasji zaczepia inne dzieci, dokucza itd… Tak wlasnie wygląda „pozwalanie dziecku na swobodna zabawe zamiast zapisywać na zajecia” 😀

  • Odpowiedz 13 grudnia, 2019

    mary

    Mam identyko z tymi zajęciami dodatkowymi 😀 nie wiem co to za nagonka na rodzicow, którzy posyłają dzieci na zajęcia. Tym bardziej, jeśli dziecko po prostu uwielbia – jak mój: raz w tygodniu capoeira, dwa razy piłka nożna i w soboty basen (nauka pływania, pół roku zajęć). Syn ma 7 lat, od 4 roku życia chodzi na ta capoeire, na piłke od prawie dwóch – miało być zajęcie na wakacje, na czas gdy byłam w domu z drugim dzieckiem, ale piłka jest teraz pasją .. Basen dołożyliśmy w tym roku tylko dlatego, że w soboty. Dodam, że mąż pracuje od 7 – 17 pon-pt w sobote 7-13 w tym jedna wolna w tygodniu więc w domu w tygodniu jest ok 18. Syn zaczął szkołę podstawową w tym roku. Na stanie jeszcze córka 22 miesiące. Mąż ogarnia teraz jesienią piłkę bo zajęcia sa na hali i późno 18.30-20 a od wiosny do jesieni gdy grają na murawie to zajęcia od 17.30-19 więc ja ogarniam. Capoeira i basen też ja. Wszystko z drugim małym dzieckiem u boku. Pracuje 14 km od domu, po drodze, po 4 km jazdy mam rodziców, tam podrzucam córkę na codzien a syna odpowadzam do szkoły niedaleko dziadków. Bez pomocy dziadków tez nie dała bym rady. Na pewno zrezygnowalibyśmy np. z tej piłki zimą, późna porą. Latem to młoda biega i bawi się w miejscu blisko boiska. Ja zerkam to tu, to tam, chodzimy popatrzeć jak brat gra i wracamy do miejsca gdzie mogę ja puścić wolno. Trzeba ogranąc nie tylko logistycznie ale i jedzenie – bo młoda musi zjeś czupke np. zanim na te zajęca, na droge tez musze cos mieć, zaplanować przekąski, im starsza to łatwiej. Najciezej było jak była mlodsza i tylko cyc ją interesował wiec musiałam w pobliżu tego boiska szukac miejsca i kamuflować się, karmic. Capoeira jest w miejsca z którego wychodzimy do pobliskiego parku i placu zabaw. Basen poki zima ciepła to spacerujemy w pobliżu – najgorzej kiedyś musze wejść z dwójką, jedno rozbiera się do pływania, drugie musze rozebrać bo parno, ale potem musze wyjść jeszcze to klapli zmienić, tam ubrać się spowrotem i wyjść z budynku basenu.. no koszmar 😀

    Dodam jeszcze co do zajęć dodatkowych, ze zauwazyłaqm ciekawa zaleznosc, mam taka znajomą z osiedla – zawsze zagaduje o te zajęcia syna, jej w tym samym wieku niczym się nie interesuje. Ok ma łatwiej o tyle. W pewnym momencie zmienila strategie i zagadując narzeka jak to mamy ciężko i po co nam tyle zajeć.. ze lepiej było by dac dziecku czas na swodobna zabawe i nie tak latac… Nie dociera ze syn się pasjonuje tym co robi i uwielbia wszystkie te zajęcia. Tacy rodzice uważają się potem za lepszych od tych posyłających na zajęcia bo „pozwalają się dziecku swobodnie bawic” .. bawic w oglądanie tv lub granie na xboxie… a potem taki sfrustrowany furiat który nie miał okazji wybiegac się i nie ma pasji zaczepia inne dzieci, dokucza itd… Tak wlasnie wygląda „pozwalanie dziecku na swobodna zabawe zamiast zapisywać na zajecia” 😀

    ps a czytając Wasz dzien podziwiam, pocieszające jest to ze nie tylko ja mam zapiernicz 😉 i to taki naprawde zapiernicz, a nie zawiezienie dzieci do szkół, powrot z zakupami .. bo dla niektorych to mega wyczyn 😉

  • Odpowiedz 13 grudnia, 2019

    Jola

    Ja też mam trójkę i serio myślałam że tylko u nas jest ciągłe: „mamo a on/ona mi zrobiła tamto czy siamto…” ? a czwarte w drodze to dopiero będzie jazda bez trzymanki…?? czasem moja mam pomaga ale raczej jestem sama i każdy dzień jest wyzwaniem tak na serio… Ale ja lubię wyzwania???

  • Odpowiedz 13 grudnia, 2019

    Jakas mama

    Mam podobny zestaw: Młoda 9, Młody 8 i Najmlodszy 1 (i pol)… tyle ze pracuje z domu pilnujac Młodszą (6 miesięcy). Codziennie jakies zajecia popołudniowe, bo najstarsza wymysliła że bedzie aktorka, Młody gra w piłke i chce budowac roboty. A do tego ja sama w srody prowadze zajecia dla dzieci gdzie musze za mną tachać cała trójcę. Maż pracuje od 7 do 8 praktycznie, bo ze swojej pracy jedzie na treningi bo akurat teraz zamazmarzylo mu sie zostac trenerem (cale w tym szczescie ze Mlodego zabiera ze sobą…). No i weekendy tez nie lepsze bo w soboty zajecia lub mecze. Ja juz czasem nie wiem jak sie nazywam i czekam na jakies wolne! A tu nawet swieta litosci nie maja… wiecej wystepow wiecej prób… wiecej szoferowania (ze wszystkimi naraz)

  • Odpowiedz 14 grudnia, 2019

    mala_Mi

    Chapeu bas za ogarnianie!
    Ja mam dwojke juz szkolnych i trzecie w drodze 🙂 Zajecia dodatkowe – zgpdzilam sie tylko na takie w budynku szkoly zaraz po lekcjach (wybor duzy, jedno ma w tygodniu 4, drugie 3). Maz zawozi rano starszaki do szkoly po czym jedzie na drugi koniec Krakowa (40-60min) do pracy. Ja odbieram dziecka ze szkoly po ich zajeciach – 5 przystankow komunikacja miejska; aktualnie w 8.mscu ciazy 😀 – miejsca siedzace zawsze mle widziane…. syn wpada do autobusu pierwszym znajduje i krzyczy: Mamusiu, tu jest siedzace!
    Wiec moja dwojka spedza popoludnia od 15-16 w domu i swietnie im z tym – mnie tez ;P. Maz wraca z pracy ok 18, nierzadko pozniej.
    Mamy dorazna pomoc mojej mamy – np. kiedy oba dziecka maja wywiadowki i musialyby w szkole kwitnac od 8 rano do 19. Wtedy babcia bierze 🙂 – i dzieki temu docieramy do domu na 21 lub pozniej…. a dzieci po pobycie u babci sa przestymulowane tv i nazarte cukrem jak baki (by nie rzec: swinie). Zgadnijcie, czy latwo zasypiaja? Pfff.
    Takze staramy sie radzic sobie sami, rozumiecie.
    Mysle, ze za 20 lat bede za tym mlynem tesknic 🙂

  • Odpowiedz 14 grudnia, 2019

    Mama_w_DE

    Jestem mamą 3-ech księżniczek 5, 4, 2.
    Co do pampersów nie są tak idealne jak opisujesz. Niejednokrotnie dzieci budziły mi się w mokrej plamie i trzeba było po nocy przebierać dziecko i łóżko.
    Moje dzieci chodzą do dwóch różnych przedszkoli plus najstarsza 4 dni w tygodniu ma przygotowanie językowe do szkoły. Czyli kursuję na 8.10 do szkoły zaprowadzić najstarszą, lecę odprowadzić pozostałe do przedszkola (różnie to zajmuje, zależnie od humoru dzieci) wracam do domu, nie zdążę dobrze się rozebrać A muszę wychodzić po najstarszą na 9:45 do szkoly, żeby odprowadzić do przedszkola. Lecę szybko do pracy bo już jestem spóźniona. Po pracy oczywiście zakupy i szybko po dzieci bo mąż potrzebuje auto. W domu zaś sprzątanie, gotowanie, nauka i zabawy.
    Ogarniam wszystko sama z mężem, a przerobilismy już przeróżne choroby które automatycznie przechodzą z jednej na drugą, gips na nodze (Czyli w większości noszenie klocka?), operacja i pobyt w szpitalu i wiele, wiele innych.
    Czasem chciałabym by doba miała więcej godzin, a szczególnie w nocy, by człowiek mógł się troszkę wyspać, mimo to cieszę się z każdej chwili z moimi dziećmi

  • Odpowiedz 27 grudnia, 2019

    Justyna

    A ja się tak zastanawiam… W jaki sposób o 7.00 posiłek przeżuwa półtorej dziecka? Bo skoro dzieci jest 3 a połowa jeszcze je… ;p Czepliwe, wiem, ale nie mogłam się powstrzymać. 🙂 Przeczytałam, przeraziłam się jak sobie dam radę sama od stycznia z 3 dzieci – dwóch przedszkolaków i noworodziak. Ale nie takie Giewonty ludzie zdobywają 😉

Leave a Reply