Udowodnione naukowo sposoby na niejadka, czyli jak zachęcić dziecko do zdrowego jedzenia

IMG_20160305_085511b

Jakieś sto lat temu napisałam o biologicznych podstawach niejadkowatości (tu), obiecując wam rychłą kontynuację cyklu i wpis o sposobach na niejadka. Z tą rychłością trochę mi nie wyszło, bo ja już tak mam, że jeśli w międzyczasie wpadnie mi w ręce jakiś inny fascynujący temat to przepadło, ale mam nadzieję, że mi to opóźnienie wybaczycie.

Zacznijmy jednak od złożenia wyjaśnień wszystkim, którzy aż kipią od chęci napisania w komentarzu „a po co komu sposoby na niejadka, przecież sama pisałaś, że niejdakowość jest w miarę normalna, powszechna i że zdrowe dziecko się nie zagłodzi”.

Ano prawda!

Zdrowe dziecko się nie zagłodzi. Rzecz w tym, że kiedy ma się na stanie dziecko dla którego jedynym akceptowalnym posiłkiem jest sucha bułka, ewentualnie suchy makaron to naprawdę można osiwieć. My wiemy, że dziecię się nie zagłodzi, bo generalnie napycha się tą bułą po czubeczek przełyku, ale nie ustajemy w próbach wprowadzenia do diety dziecka jakiś bardziej wartościowych i zbilansowanych posiłków. Wiecie białko, witaminy, minerały może nawet. Tak żeby ono nie tylko nie umarło z głodu, ale też w miarę możliwości dostarczyło swojemu ciału i rozwijającemu się mózgowi cennych składników odżywczych.

Szczęśliwie niezawodna nauka i tu przychodzi nam z odsieczą i przysyła nomen omen posiłki pod postacią kilku rad, które mogą, choć wcale nie muszą 😉 pomóc w przełamaniu dziecięcego, smakowego ruchu oporu.

1. Nie poddawaj się!
Z reguły jeżeli podamy jakąś potrawę/produkt kilka razy, a dziecko każdorazowo ostentacyjnie zamknie paszczę i konsumpcji odmówi, to i my się poddajemy i więcej już malcowi problematycznej żywności nie oferujemy. Tymczasem z badań wynika, że aby dziecię przekonało się, że to co rodziciele na stół rzucili nie jest trujące, obrzydliwe i może nawet warto tego spróbować musimy zaoferować dziecku daną rzecz kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy.

Co więcej to nie jest tak, że kilkanaście razy w skali roku czy nawet lat. Nie, to ma być kilkanaście razy w krótkim odstępie czasu. W badaniach w których udział wzięły dzieci w wieku od 2 do 6 lat wykazano, że dopiero po dwóch tygodniach stałej, codziennej ekspozycji i zachęcania dziecka do spróbowania danego produktu żywnościowego dzieciaki zaczynały go postrzegać jako coś jadalnego [1]. Innymi słowy jeżeli chcecie aby miłośnik buły zjadł makaron z brokułem to musicie go (brokuła, nie miłośnika!) konsumować codziennie przez co najmniej 2 tygodnie…

Warto mieć to na uwadze i nie poddawać się po 3 próbach, tylko konsekwentnie stawiać dany produkt w tej czy innej formie na stole jako dodatek do posiłku – tak żeby sobie leżał i się dzieciowi opatrzył. Niech sobie młodzież popatrzy, powącha, poliże, ba, niech powie sto razy, że tego nie chce i nie lubi. Przyjmijcie to na klatę i nie komentując w żaden sposób, sami w tym czasie delektujcie się smakiem brokuła, bo choć hasło „przykład idzie z góry” wydaje się być wyświechtane to niestety ma pokrycie w nauce. Dzieci chętniej jędzą jeśli widzą, że rodzic pałaszuje coś ze smakiem.

2. Bądź jak panna młoda – polej wszystkim… keczupu!
Kojarzycie ten zwyczaj, że w dniu ślubu kobieta powinna mieć na sobie coś nowego i coś starego? Okazuje się, że ta zasada może sprawdzać się także na talerzu niejadka. W badaniu o uroczym tytule „Poproszę keczup: znane smaki zwiększają dziecięcą chęć do spróbowania nowego pożywienia” oferowano dzieciom dwa rodzaje chrupek – jedne były maluchom znane, a drugie były kompletną nowością – wykazano, że jeśli do chrupek dodatkowo zaproponowano dzieciom specjalny i znany im wcześniej sos to maluchy zdecydowanie częściej i chętniej sięgały po nieznane im dotychczas chrupki [2].

Jakie to ma przełożenie na żywot rodzica niejadka? Bardzo prosty! Gdy już nam się dziecina ze 20 razy napatrzy na brokuła przy obiedzie, a jednocześnie wiemy, że lubi chociażby tytułowy keczup to zaoferowanie brokuła polanego keczupem powinno, w teorii przynajmniej, zwiększyć prawdopodobieństwo, że maluch brokuła zechce spróbować. Oczywiście jeśli dziecko nie lubi keczupu to może być cokolwiek innego, ważne jest li tylko to by sparować nowość z czymś co dziecko akceptuje, zna i w miarę chętnie konsumuje. Tylko pokombinujcie tak żeby to coś lubiane od dawna było właśnie jakimś sosem albo dodatkiem w miarę neutralnym smakowo, bo jak zestawicie brokuła z ukochanymi frytkami berbecia to nie ma się co oszukiwać – brokuł zostanie, a dziecię wciągnie tylko frytki. Tak, to też udowodnili naukowo [3].

3. Osłodź gorycz.
Cukier cieszy się raczej złą sławą wśród rodziców, tymczasem sięgnięcie po słodycz może nam pomóc przełamać dziecięcy opór do jedzenia rzeczy o gorzkim, kwaśnym czy innym nielubianym posmaku. W eksperymencie w którym udział wzięły dzieci w wieku od 2 do 5 lat wykazano, że jeżeli przy pierwszych próbach podania posłodzono dzieciakom sok grejpfrutowy, to dzieci były później znacznie bardziej skłonne do polubienia i zaakceptowania kwaśnego i już niedosładzanego smaku soku grejpfrutowego [4].

Podobne efekty uzyskano w badaniu w którym przy pierwszych ekspozycjach dzieciom nieco osładzano warzywa [5]. Ja zresztą w podobny sposób nauczyłam moje dzieci pić wodę – stopniowo coraz bardziej rozcieńczając soki.

4. Poślij dziecię do przedszkola (najlepiej niekoedukacyjnego)
Pierworodna w pierwszych dniach przedszkola jadła niewiele, a w zasadzie nic. Z upływem czasu zaczęła jednak zjadać ziemniaki, ryż, potem łykać parę łyżek zupy, a po kilkunastu tygodniach pałaszowała większość warzyw, a czasem nawet mięso i ryby! Był to spory zwrot w nawykach żywieniowych dziecka, które przez poprzednie lata życia jadło głównie suchy chleb. Podobny zwrot obserwowało zresztą wielu znajomych rodziców debiutujących przedszkolaków oraz, a jakże, naukowcy.

Wykazano bowiem, że dla przedszkolaków największy wzór do żywieniowego naśladowania stanowią…  inne dzieci w zbliżonym wieku. Maluchy preferowały i wybierały dania, które jadły inne dzieciaki, przy czym dziewczynki wolały wzorować się na dziewczynkach, a chłopcy na chłopcach [6]. Jeżeli chwilowo nie macie możliwości podesłania dziecka do przedszkola na obiad to może uda się wam chociaż od czasu do czasu zjeść posiłek ze znajomym dzieckiem, który ma nieco bogatszy repertuar smaków niż wasza latorośl.

5. Zrób koktajl i upiecz kartofla
Sporą część niejadków stanowią dzieci, które mają z jedzeniem problemy typu sensorycznego, to znaczy nie pasuje im konsystencja danego pożywienia [7]. Ja sama byłam i nadal jestem niejadkiem tego typu – nie jem chociażby żadnych owoców. Owoce w zwyczajowej, takiej prosto z drzewa formie od zawsze powodują u mnie odruch wymiotny i prędzej się zagłodzę niźli skalam swoje podniebienie truskawką, ale jeśli ktoś zrobi mi z tej truskawki koktajl i zmieli ją tak żeby nie było czuć jej struktury to okazuje się, że truskawa odgrywa na moich kubkach smakowych wyborną symfonię. Podobnie jest z jabłkiem i pomarańczą – nie toleruję ich w klasycznej formie, ale już klarowny 100% sok wypiję duszkiem. Biada jednak jeśli w szklance soku znajdę choć ślad miąższu owocowego – wtedy klękajcie narody i ratujcie się współbiesiadnicy.

Sprawdźcie czy u waszych dzieci nie ma podobnej zależności. Może jabłko prosto z drzewa nie przejdzie, ale jeśli je przerobicie na konfiturę i podacie na ukochanej bułce, to kto wie? A może ziemniaki okażą się zjdaliwe jeśli je upieczecie zamiast zwyczajowego tłuczenia na puree czy podawania w formie ugotowanych kawałków?

Czasem przetworzenie i zmiana konsystencji naprawdę może zdziałać cuda. Przy czym może nie znaczy, że musi. Ja większości owoców nie toleruję w żadnej formie i nie ma znaczenia czy są to kawałki w cieście, koktajl czy najpyszniejszy sok świata – żadna siła nie zmusi mnie do przyjęcia gruszki, jagód czy innej śliwki w płynnej czy stałej formie. Ba! Są takie owoce, których nawet nie można spożywać w mojej obecności. Wiem, że jest to dla niektórych z was dziwne, ale ja naprawdę nie potrafię tego przełamać, a jestem dużą i w miarę trzeźwo myślącą istotą. O ileż trudniejsze musi to być dla małego człowieczka. Dlatego jeśli maluch ma tego typu problemy, to nawet jeśli są one dla was totalną abstrakcją postarajcie się wznieść na wyżyny zrozumienia i empatii – nie bagatelizujcie jego odczuć, nie wyśmiewajcie, nie mówcie, że wymyśla. On tego nie robi na złość i z premedytacją, on po prostu tak ma. I możecie mi wierzyć – dla niego jest to jeszcze trudniejsze niż dla was.

6. Bądź kreatywny, baw się jedzeniem!
Zabawa jest dobra na wszystko i warto wykorzystać ją także w trakcie posiłków. Wykazano, że dzieci w wieku wczesnoszkolnym chętniej i częściej sięgają po zdrowe jedzenie jeśli ma ono wyczesane nazwy. Nazwanie marchewki marchewką albo warzywem dnia, nie zachęcało do jedzenia, ale już nadanie marchewie mocy nadprzyrodzonych i nazwanie jej marchewą, która niczym Superman ma wzrok rentgenowski sprawiało, że dzieci chętnie po nią sięgały [8].

Zabawę zresztą generalnie można wykorzystać do obejścia neofobii i zachęcenia dziecka do spróbowania nowości. Można bawić się w zgadnij co to, czyli najpierw dziecko zawiązuje oczy rodzicowi i daje mu do spróbowania kawałki jedzenia, a potem rodzic i dziecko zamieniają się rolami. Można pobawić się w co bardziej chrupie albo co jest najsmaczniejsze przygotowując 3-4 kawałki warzyw/owoców/czegokolwiek i próbować, a potem razem z dzieckiem zastanawiać się jak to uszeregować. Jeśli dziecko nie będzie chciało skosztować danego produktu to odpuście i nie naciskajcie – nic się nie stało, ale jeśli spróbuje to właśnie zrobiliście pierwszy, najtrudniejszy krok.

7. Nie zmuszaj!

Jak nie zjesz to nie dostaniesz deseru.

Zjedz, bo nie urośniesz.

Jeszcze trzy łyżeczki, bo jak nie to się pogniewamy.

Nie pójdziesz się bawić dopóki nie zjesz wszystkich warzyw.

Za mamusie nie zjesz?

Zmuszanie dziecka do jedzenia to dość powszechna forma radzenia sobie z niejadkami. Niemniej badacze są zgodni co do tego, że zmuszanie do jedzenia prowadzi wyłącznie do tego, że dziecko nie dość, że je mniej, to jeszcze jest bardziej wybredne, a jakby tego było mało kształtuje sobie przez to złe nawyki żywieniowe. Stwierdzono, że im większa presja jedzenia ciąży na dziecku tym je ono mniej warzyw i owoców, a więcej niezdrowych przekąsek [9]. W eksperymencie w którym podano dzieciom w wieku 3-5 lat zupę, wykazano z kolei, że zdecydowanie więcej zjadły te dzieci na których nikt nie wywierał presji jedzenia [10].

Wykazano też, że negatywne konsekwencje zmuszania dziecka do jedzenia obserwowane są nawet wiele lat później – studenci, na których w dzieciństwie wywierano presję i zmuszano do jedzenia pewnych konkretnych rzeczy, często unikali tych potraw/pokarmów w dorosłości [11]

Ja i moja niechęć do owoców stanowimy tu zresztą doskonały przykład. Kiedy byłam mała wszyscy wmawiali mojej mamie, że jak nie zacznę tych parszywych owoców jeść to niechybnie zemrę na szkorbut. Przerażona wizją mego rychłego zgonu mama w dobrej wierze stawała na głowie by w czasach pustych półek sklepowych znaleźć dla mnie jakieś owoce, po czym w mniej lub bardziej wysublimowany sposób wywierała na mnie presję zjedzenia tychże wiktuałów. Zawsze kończyło się to tak samo – odruchami wymiotnymi przy każdej próbie konsumpcji. Zostało mi tak do dziś. Przy czym żeby było jasne nikt mnie nie zmuszał w jakiś brutalny sposób, nie karał, nie bił, nie stawiał do kąta, nie krzyczał. Nie, po prostu ciążyła nade mną presja typu zjedz żeby być zdrową. Innymi słowy stosowano ten sam wybieg, który w dobrej wierze stosuje spora część rodziców.

Dlatego pamiętajcie – zmuszając dziecko do tego by zjadło brokuła być może wygracie bitwę, ale to tylko chwilowy triumf, bo z dużym prawdopodobieństwem przegracie wojnę. 15 lat później zwyciężą bowiem złe nawyki żywieniowe, a awersja do brokuła odezwie się dokładnie w tym momencie w którym dziecko będzie mogło samodzielnie podjąć decyzję typu: zjeść frytki czy warzywa.

8. Nie zmuszaj!

Tak tylko przypominam. Zmuszanie do jedzenia nie działa, raczej szkodzi.

9. Wyluzuj, ale bądź czujny

Nikt nie da wam gwarancji, że powyższe sposoby skłonią dziecko do zjedzenia czegoś ponad suchą bułę. Statystyka sugeruje, że jest na to szansa, ale jeśli się nie uda to nie panikujcie. Przeczytajcie wtedy raz jeszcze wpis o podłożach niejadkowatości i neofobii i przyjmijcie do wiadomości, że dla większości dzieci jest to normalny i jedynie przejściowy etap rozwoju. Zatem jeśli dziecko zachowuje się normalnie, ma prawidłowe wyniki, nie chudnie w oczach, a pediatra nie ma zastrzeżeń do jego stanu to odetchnijcie głęboko i postarajcie znaleźć sobie jakiś inny powód do rwania włosów z głowy.

Przy okazji przyjmijcie też sobie do wiadomości, że waszą rolą nie jest zrobienie absolutnie wszystkiego by dziecko zjadło zbilansowany posiłek i zostawiło pusty talerzyk. Waszą rolą jest zaoferowanie dziecku możliwości zjedzenia zbilansowanego i zdrowego posiłku, ale już rolą dziecka pozostaje zdecydowanie czy, co i ile z tego posiłku wybierze i zje. Pozwólmy dzieciom decydować o pojemności ich osobistych żołądków, pozwólmy im nauczyć się odczytywać sygnały głodu i sytości wysyłane przez ich własne organizmy. Pozwólmy im lubić ser, ale nie lubić szynki, zupełnie tak jak pozwalamy lubić żółty i nie lubić niebieskiego.

Niemniej jednak pozostańmy w tym wszystkim czujni – umiarkowana lub ekstremalna forma niejadkowatości – może wiązać się  z nasilonym poziomem leków i objawów depresyjnych kilka lat później, a przynajmniej takie wnioski płyną z badania opublikowanego w Pediatrics w którym pomiędzy drugim a szóstym rokiem życia śledzono losy 900 dzieci [12]. Nie oznacza to jednak, że niejadkowość powoduje lęki i depresję. Nie, to działa raczej w drugą stronę, sugerując, że ta co mocniejsza forma niejadkowatości może być jednym z sygnałów alarmowych ostrzegających przed tym, że dziecko może być chociażby bardziej podatne na stany lękowe. Dlatego warto być w takim wypadku czujnym by w miarę możliwości szybko interweniować i pomóc dziecku.

Co jasne nie każdy ekstremalny Tadeusz niejadeusz skończy ze stanami lękowymi. Niektórym nic nie będzie. Mnie na przykład nic nie jest. A ja byłam naprawdę ekstremalnym Tadeuszem – te owoce to tylko mały wycinek mojej historii. Pierworodna też była ekstremalna, ale się naprawiła. W naprawie pomogło jej na pewno to, że matka odpuściła i przestała wokół każdego posiłku tworzyć atmosferę typu „rany, ona znowu nic nie zje, zęby jej pewnie od tego wylecą, z czego ona ma rosnąć i siły brać?”. Wyluzujcie, pokażcie dziecku, że jedzenie jest dla WAS przyjemnością, bo jeśli ono widzi, że w trakcie posiłku jedynym co was zajmuje jest to czy ono coś zje i ogólnie panuje jakaś taka napięta atmosfera, to jak ma niby biedaczysko zauważyć, że jedzenie jest naprawdę fajną sprawą?

Mama Pierworodnej (02.12) i Drugorodnego (05.14). Żona Wirgiliusza. W pierwszej ciąży otwarła przewód doktorski, a w drugiej go zamknęła. Zafascynowana tym jaki wpływ na rozwój mózgu dziecka mają rodzice. Jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Kontakt: w zakładce kontakt ;)

38 komentarzy

  • Odpowiedz Marzec 9, 2016

    Alergiczne Dziecko

    Świetny post. Ja jeszcze dodam co nieco od siebie: http://alergicznedziecko.pl/jak-nakarmic-niejadka/

  • Odpowiedz Marzec 9, 2016

    Msrysia

    A jak poradzić sobie z 4miesiecznym niejadkiem? Pierwsze dwa miesiące ładnie przybierał na piersi, a później Armagedon. Nie chcial ssać, na widok piersi piszczał, odwracal główkę,prężył się. Waga stanęła. Zaczęły sie próby dokarmiania mm, ale dziecko nie toleruje ŻADNEJ butelki, wypluwa smoczek, krztusi się. 4 pediatrów nie znalazło przyczyny. Usg brzuszka ok. Refluksu nie ma, wędzidełko w porządku. Dziecko dostało juz pierwsze warzywka, bo nie było wyjścia i taki posiłek akceptuje, ale wiadomo – to za mało dla niemowlaka. W dwa tygodnie przybrał 90gr. RATUNKU!

    • Odpowiedz Marzec 9, 2016

      Alicja

      Doradca laktacyjny?

    • Odpowiedz Marzec 9, 2016

      nebule

      A może wizyta u dobrego fizjoterapeuty by Wam pomogła? Wzmożone napięcie może powodować takie objawy.

      P.S. Alicja, to najlepszy artykuł dla rodziców niejadków jaki kiedykolwiek czytałam, chapeau bas!

    • Odpowiedz Marzec 9, 2016

      kurczak

      U nas było to samo w okolicach 5 msc i trwa do dziś( 2 lata i 8m.). Nie tolerować ten mój gad butelki a przy piersi zawsze masakra była. Zaczęła słabo przybierać. Jadła kaszki na moim mleku i obiadki … no powiedzmy ze jadła….Dziś mam 10,5 kg niejadka. Zaczynamy diagnostykę na poważnie bo nie jest nic lepiej a z siatki centylowej już wypadłyśmy.

      • Odpowiedz Marzec 10, 2016

        aga

        mój teraz 1 rok i 9 miesięcy i 9 kg więc pewnie też skończymy jak wy za rok. o dziwo je nawet ładnie, ale zaraz ku….pa. i tak w kółko

    • Odpowiedz Marzec 9, 2016

      An

      O to ciekawe, moja mama mówi, że ja tak miałam jak skończyłam 4 miesiące darłam się na widok cycka i nie chciałam ssać.
      U swojej córki zauważyłam w którymś momencie, że nie mogła się skupić na jedzeniu, za bardzo ją interesowało otoczenie i wtedy zaczęła jeść tylko przed drzemkami, jak była już senna. Koleżanka swoją musiała karmić przez sen z tego samego powodu. Może to jest jakiś sposób?

    • Odpowiedz Marzec 10, 2016

      aga

      zmień pozycję karmienia. też tak miałam. 2 miesiące musiałam karmić piersią chodząc i lulając. inaczej nie chciał w ogóle jeść. później mu przeszło

    • Odpowiedz Kwiecień 28, 2016

      Editt

      Moja córka tez miał taki okres. Cały czas była karmiona piersią i wszystko było super do ok. 4-5 miesiąca kiedy to zaczęła reagować histerycznie na próby karmienia ( w dzień, bo w nocy jadła bez problemu) Pomogło karmienie na tzw. „śpiocha”. Jak tylko przysypiała na to podmieniałam jej smoczek na cycusia. Na szczęście po ok dwóch lub trzech tygodniach wszystko wróciło do normy.
      Moja przyjaciółka , która karmiła butelką też miała z córką podobny problem. Histeria na sam widok butelki – też pomogło karmienie na śpiocha.

  • Odpowiedz Marzec 9, 2016

    Beata

    To u mnie było niestety zupełnie odwrotnie z przeszkolem. Moje dziecko nauczone w domu jedzenia wszystkich warzyw, zup, mięsa i ryb, napatrzywszy się na przedszkolne niejadki, wybrzydzajace warzywa, przestalo konsumowac sporą część przygotowywanych dla niego posiłków 🙁

    • Odpowiedz Marzec 10, 2016

      markdottir

      U nas niestety podobnie. mam dziecko przed którym jedzenie raczej chować trzeba, a teraz coraz częściej wybiera i przebiera. 😉
      Ja też byłam niejadkiem ekstremalnym. Wszyscy w rodzinie wspominają cyrki, które odstawiali, żeby mnie zachęcić lub zmusić do jedzenia. Ja też to pamiętam, więc mam mocne postanowienie: nigdy nie zmuszać!
      P.S. Świetny tekst!

  • Odpowiedz Marzec 9, 2016

    Freelance Mama

    Świetny post! 🙂 Moje dziecko na szczęście nieźle je, zdarzają się dni, kiedy wszystko jest na nie, ale tłumaczę sobie, że to tylko chwilowe i odpuszczam. Natomiast sprawdza się czasem metoda polania keczupem 😀

  • Odpowiedz Marzec 9, 2016

    Duzymi literami

    Niejadkowi warto zbsdać krew pod kątem anemii z niedoboru żelaza.

  • U nas jest nieźle w sumie, ale pobawimy się jedzeniem trochę – fajny pomysł z tym zawiązaniem oczu i smakowaniem, zwłaszcza, że u nas ostatnio na tapecie „szczurek Rysio i smak uważności” – o uważnym jedzeniu

  • Odpowiedz Marzec 9, 2016

    Malwa

    Mądre to, odpuścić i nie zmuszać, tylko to łatwo się mówi, a jakoś czyny idą tu trudniej. Pamiętam do dziś jak moja mama świrowała od mego wczesnego dzieciństwa, że niejadek, mało ważę, nie dojadam, był czas gonienia za mną z łyżeczką, potem wmuszania gotowanego kurczaka wraz ze skórką, która taka pyszna i zdrowa, a ile sił doda….. do dziś na gotowanego kurczaka patrzeć nie mogę, a na sam dźwięk słowa „skórka z kurczaka” mam odruch wymiotny i cierpnie mi skóra. Potem gonitwy ustały, ale zaczęła się presja „za mało je, może do lekarza, może badania, musisz więcej jeść” tak jakby nikt nie rozumiał, że nie byłam głodna i najadałam się tym, co zjadałam. Załatwili mi tym sposobem piętnaście lat awersji do jedzenia. Dopiero gdy dorosłam, i publiczność przy każdym posiłku zniknęła z widnokręgu zaczęłam smakować jedzenie. Wagi mi od tego nie przybyło, ale wreszcie jem bo lubię, a nie dlatego, że muszę.

    Synek mój przeżywa obecnie podobny okres, chude toto i długie, i chyba nie ma osoby, która by go nie pouczyła, że musi więcej jeść, i aż mnie trzęsie jak słyszę te dobre rady, bo widzę jak spina się w sobie i następuje automatyczny odruch „jak wy tak, to ja (właśnie, że!) nie będę jadł”. My mu odpuszczamy, ale jak dziecko na wszystko mówi nie, to faktycznie, osiwieć można :/

    Z tym przedszkolem też ciekawe badanie, niby dzieci z dziećmi lepiej jedzą, ale mój K jak się napatrzył w przedszkolu na niejadki warzywne tak od tamtej pory na pomidora patrzeć nie może, ogórek też nie tak, szczypiorek – najgorszy wróg. A szedł do przedszkola jako fan pomidorka i ogóreczka.

  • Odpowiedz Marzec 10, 2016

    ann_gelica

    Korekta obywatelska – trójka i dwunastka są niepodlinkowane.

    • Odpowiedz Marzec 10, 2016

      Alicja

      Uuu dzięki, zaiste nie zauważyłam! To ja jeszcze poproszę o obywatelską koretkę literówek i przecinków 😀

  • Odpowiedz Marzec 10, 2016

    Tedi

    Muszę przyznać, że wyobraziłam sobie brokuła z keczupem i mnie trochę wykrzywiło :-D. Świetny tekst!

  • Odpowiedz Marzec 10, 2016

    Gosia K.

    Ja wszystko rozumiem – nie zmuszać, wyluzować, odpuścić, ale na litość boską, odpuszczajmy upewniwszy się, że nasze dziecko jest zdrowe, bo żywiąc się jedynie przysłowiową bułą można szybko nabawić się sporych niedoborów wszystkiego! Ja należę do mam panikujących i dla mojemu niejadkowi w końcu zrobiłam morfologię + oznaczenie poziomu ferrytyny, i to wbrew np. mojej mamie, która przekonywała mnie do wyluzowania, bo ja jako dziecko też nie jadłam i jakoś żyję (dziwna z niej babcia swoją drogą…), czy mężowi, bo po co dziecko kłuć, przecież wszystkie dzieci nie jedzą. Co się okazało: morfologia kiepska, hematokryt leży i kwiczy a o ferrytynie to w ogóle nie słyszeli. Teraz już czwarty miesiąc suplementujemy żelazo i efekty są niesamowite, bo panicz je jak człowiek! Niewiele, nie wszystko, nie zawsze dokończy posiłek, ale JE! Okazuje się, że zupa w ząbki nie kłuje, że kasza nie jest trująca, że można zjeść warzywa czy twarożek (owoców nadal jada).

  • Odpowiedz Marzec 10, 2016

    lucy es

    Dlaczego, ach dlaczego, nie przeczytałam czegoś podobnego wcześniej, tylko musiałam badania na żywym organizmie prowadzić. Ale teraz potwierdzam – wiele się sprawdziło – i ketchup, i przedszkole, i uparta amnezja kucharza (aż się Zołzina nauczyła wygłaszać przy każdym posiłku: „mamo, trzy lazy ci mówiłam, że nie lubię sulówki).
    Dobry tekścior! 🙂

  • Odpowiedz Marzec 10, 2016

    ala

    O rany- znowu spadacie mi z nieba z tematem:) Mój 9- letni niejadek bije wszelkie rekordy! Mam wrażenie, że jego 7 , 5 miesięczna siostra, która wcina blw, zjada objętościowo więcej w ciągu doby niż on! A przecież wsuwa moje mleko co kilka godzin do tego…

    Rano od 6.40 do 7.15 potrafi ŚLĘCZEĆ nad kilkoma śniadaniami, bo sto razy zmienia zdanie, na co ma ochotę, a matka-służąca posłusznie donosi, z kolei ojciec przekonuje, przekupuje, tłumaczy o witaminach i piłkarzach… Rozumie, zgadza się a i tak nie je. Dwa gryzy i nie może, wszystko jest obrzydliwe, ohydne i mama Antka to jest najlepsza, bo kupuje mu płatki czekoladowe, kakao nesquick zamiast zwykłego, a kanapki do szkoły to ma z Nutellą albo NAWET sewendaysa czy coś.
    Aż się człowiekowi odniechciewa paprania tych garnków, blenderów i piekarników i jeżdżenia 50 km, by czasem tego kurczaka bez antybiotyków zjadł.

    Dlaczego?? ZAWSZE jedliśmy w miarę zdrowo, gdy był malutki uwielbiał kasze, mięsko, ryby, wszystkie warzywa- nawet groch i brokuły:)

    Wszystkie badania ma w normie. Robaków nie znaleziono. A chudy jak pies- dolna granica centylowa (samiuteńki dół). Biega, gra w piłkę, jeździ na rowerze- przecież musi jeść.

    Żyłby owocami, jogurtami i słodyczami (gdyby miał do ostatnich dostęp). No i frytki z tonąąą keczupu. I tu kolejny problem- bo „czemu ty zawsze musisz kupować ten ohydny keczup(z dobrym składem)- u babci to jest dobry, wodnisty i słodki!”.

    W szkole wyszukuje momentów podczas obiadu, gdy „stróżująca” pani się odwróci, aby oddać niezjedzony posiłek…

    Gotujemy razem- jedzą wszyscy prócz głównego zainteresowanego…

    Staramy się go nie zmuszać, ale gdy nie powiem „jedz”, to on nie je. Napije się i nie jest głodny.

    • Odpowiedz Marzec 10, 2016

      ala

      Dodam, że czasem, gdy poprószę chili po czymś, co ma zjeść, to trochę „dziubnie”;)

  • Odpowiedz Marzec 10, 2016

    Bizimummy

    Idealny tekst na idealny czas. Właśnie borykam się z problemem 2-letniego niejadka. W żłobku je z dziećmi. W domu żyje na suchej bułce. O ile nie martwię się jak przeżywa w ten sposób weekend, tak rwę włosy z głowy, kiedy spędza tydzień w domu, bo jest chora. Dzisiaj pediatra stwierdził, że daliśmy sobie wejść na głowę. Bardzo dziękuję.
    Zacisnę zęby i będę wytrwale walczyć. Mam nadzieję, że w ciągu kilku miesięcy uda nam się coś zmienić. Przed nami sporo pracy.

  • Odpowiedz Marzec 11, 2016

    Gosia

    Dzięki za ten wpis. Przesłałam go mojemu mężowi, no mamy w domu niejadka i moje argumenty, by na córkę nie krzyczeć, nie straszyć, nie zmuszać itp itd nie działają. Ale może Twoje literki przed nazwiskiem na niego podziałają, mam nadzieję, bo za chwilę córcia przestanie w ogóle jeść z tego stresu. Ja nie mogę na to patrzeć, ale jak się odezwę to jest awantura, że chcę zagłodzić dziecko. Nasza córka ma 2 lata i 7 miesięcy, mierzy 90 cm i waży 11 kg- pediatra powiedziała, że jest duże niedożywienie, ale skierowanie na badania dała bardzo niechętnie, w sumie zostało to na niej wymuszone. Wyniki nie są najgorsze, co prawda hemoglobina i hematokryt w dolnej granicy, ale lekarka nic nie przepisała, powiedziała, że nie ma takiej konieczności. W przyszłym tygodniu idziemy do gastrologa. Myślę, że nic u córci nie znajdzie. Ale ja już mam plan na mojego męża i mamę- pójdziemy do psychologa- dietetyka. Bo za chwilę dziecko wpadnie w nerwicę na tle jedzenia. Moje zdanie w ogóle się nie liczy, bo spędzam z dzieckiem najmniej czasu, bo pracuję zawodowo. Masakra!!! Zamówiłam też książkę „Moje dziecko nie chce jeść”, może ona również pomoże przekonać mi rodzinę, by prawie każdy posiłek nie kończył się krzykiem i nerwami, a głównym tematem babci nie było ile wnusia zjadła, a raczej ile nie zjadła.

  • Odpowiedz Marzec 11, 2016

    Ela

    Dla mnie problemem jest nie samo odmawianie spożywania tego co na obiad. Tu się zgodzę, może nie mieć ochoty, nie być głodny itp..
    Problemem jest że 2 minuty po odejściu od stołu będzie chciał jeść rodzynki (innych słodyczy w domu nie mamy raczej). No i tutaj stawiam sprawę jasno, deser po obiedzie, nie zamiast – to już szantaż czy jeszcze nie? 🙂

  • Odpowiedz Marzec 12, 2016

    Asia

    A no zobacz, a ja myslalam, ze z owocami to tylko ja tak mam. Rodzice mieli sad i zawsze byly we mnie wmuszane owoce. No wiec od momentu jak podroslam owocow nie tolerowalam żadnych, dopiero moj maz 3 lata temu odkryl, ze ja lubie owoce, ale tylko i wylacznie mega kwasne, nawet niektorymi pomaranczami bede pluc, bo za slodkie. Rodzina dalej nie moze pojac czemu zielenieje na widok agresciku, gruszeczek i innych tym podobnych…
    Wniosek z tego jeden, nie wmuszac z uporem maniaka, bo niejedzenie tych produktow zostanie na zawsze. Amen

  • Odpowiedz Marzec 14, 2016

    Melodia

    Tekst rewelacyjny. Mimo, że nie mam tego problemu to przeczytałam cały. Mam nadzieje, że mój przedszkolny głodomorek daje dobry przykład w przedszkolu 😉

  • Odpowiedz Marzec 14, 2016

    MamaSpace

    Młodej mamie ciężko znieść fakt, że dziecko nie chce jeść, przy kolejnym maluchu jest już łatwiej, bo patrzymy na pewne sprawy z dystansu. A sposób na „polewającą pannę młodą” naprawdę jest skuteczny 🙂

  • Odpowiedz Marzec 15, 2016

    Kashi

    A czy nauka zna odwrotny przypadek. 🙂 tzn ekstremalny „Jadek” 😉 bo jakby co mam 2 sztuki do badań 😉 wracają ze zlobka po obiedzie i jeszcze chca jeść grzanki banany od razu 3 sztuki i tak ze wszystkim…. 😉 nie wiem czy dziecko może zjeść za dużo… Generalnie same zdrowe rzeczy dajemy Syn ma centyl wagi poniżej wzrostu ( wzrost 90 centyl waga poniżej 75) ale córka na odwrót i jest poniżej 25 centyla wzrostu a 50 centyl wagi

  • […] wiele stresów w matczynym życiu. Na szczęście mataja w swoim jak zawsze świetnym wpisie o zachęcaniu niejadków do jedzenia pokazuje, że można coś z tym zrobić. Choć myślę, że odpowiedź może Cię nieco […]

  • Odpowiedz Marzec 18, 2016

    Magda /dwa plus dwa

    Jedzenie albo niejedzenie to odwieczny problem rodziców. Moje dzieci mają taki feler, że do drugiego roku życia są wszystkojedzące, warzywa, owoce, mięsa, kasze, ryże, oliwki, dosłownie wszystko zjadały ze smakiem, zero problemów ze śniadaniami, czy obiadami. A w okolicy drugiego roku życia im się odmienia, mimo, że nic w ich życiu nie ulega zmianie, ani sposób gotowania, ani jeszcze przedszkole, ani rówieśnicy. Stają się wybredne i grymaszą. I wcinają tylko to co lubią, a niestety tak same z siebie zaczynają preferować typowo dziecięce menu: kluchy, naleśniki, jabłka w cieście, ewentualnie łosoś, albo kurczak. Mało tego 😉

  • Odpowiedz Marzec 27, 2016

    matka dietetyk

    Jestem dietetykiem i temat „niejadków” wywołuje u mnie spore emocje. Teoretycznie żadne zdrowe dziecko nie rodzi się niejadkiem i samo się też niejadkiem nie staje. Dzieci rodzą się natomiast z różnymi potrzebami żywieniowymi i stosunkiem do jedzenia (na to ostatnie duży wpływ ma też otoczenie). Niestety obserwuję z ogromnym smutkiem podejście wielu rodziców do karmienia swoich dzieci – przede wszystkim rodzice nie wierzą, że dziecko samo wie, ile potrzebuje zjeść. Zakładają, że dziecko powinno zjeść określoną porcję (często dużo za dużą w stosunku do możliwości dziecka) i są rozczarowani, gdy dziecko tej porcji nie zjada lub gdy odmawia zjedzenia określonych produtków. Tymczasem jeśli mechanizm głodu i sytości nie został zaburzony przez opiekunów i dziecko ma możliwość konsumpcji urozmaiconego pożywienia, to na pewno zje tyle, ile potrzebuje.

    Jakie mechanizmy zaburzają ten mechanizm? Karmienie przed telewizorem/książeczką czy jakiekolwiek inne metody odwracające uwagę dziecka od wkładanego mu do ust jedzenia, bieganie za dzieckiem z jedzeniem, zabawy z łyżeczką „leci, leci samolocik”, mówienie „za mamusię, za tatusia”, chwalenie za zjedzenie posiłku, nadmierne zachwyty w czasie spożywania przez dziecko posiłku, karanie za niezjedzenie posiłku, stosowanie jedzenia jako sposób wynagradzania dziecku czegoś (np. swojej nieobecności), okazywanie dziecku uczuć poprzez dawanie mu jedzenia (gdy – z jakichś powodów – nie posiada się umiejętności okazywania tych uczuć w żaden inny sposób), porównywanie: „zobacz, a Zosia tak ładnie zjadła, a Ty co?”, podawanie słodyczy i dużych ilości soków itp.

    Ponadto oooogromne znaczenie ma sposób odżywiania się rodziców/opiekunów i ich stounek do jedzenia. Większość dzieci chłonie emocje bliskich jak gąbka i nawet jeśli rodzice nie stosują żadnych wymienionych przeze mnie wyżej metod, ale mają w sobie np. jakiś uraz z dzieciństwa dotyczący jedzenia albo sami obecnie mają jakiś problem z jedzeniem, to nawet jeśli werbalnie nie przekazują tego dziecku w czasie posiłków, to dziecko i tak z dużym prawdopodobieństwem to wyczuje. Nie chodzi mi w tym wszystkim o to, by obiwniać o wszystko rodziców, bo wiadomo, że (prawie) każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej i nawet jeśli nie postępuje idealnie, to nie znaczy, że należy go za to potępiać i obwiniać.

    Temat jedzenia u baaardzo wielu ludzi stanowi w dzisiejszych czasach problem (stąd mimo ciągłego rozwoju dietetyki, coraz większej wiedzy na ten temat, wciąż narastają na Świecie problemy związane ze sposobem odżywiania: anoreksja, bulimia, nadwaga, otyłość, „niejadki”) i łatwo swoje nieuregulowane problemy związane z jedzeniem nieświadomie i niecelowo przenieść na dzieci. Jak z tego wybrnąć?

    Przede wszystkim należy zacząć od siebie. O zdrowych nawykach żywieniowych warto pomyśleć już przed planowaniem ciąży. Warto już wtedy rozwiązać swoje wszelkie żywieniowe problemy (fizyczne i psychiczne). Następnie idealnie jest karmić dziecko piersią (ale proszę nie myśleć, że krytykuję kobiety, które tego nie robią – uważam, że jest to bardzo osobista sprawa i każda kobieta podejmuje tę decyzje w oparciu o sobie znane uwarunkowania).

    Karmiąca mama powinna jeść wszystko, by dziecko mogło poznawać różne smaki i substancje zawarte w pożywieniu już w pierwszych miesiącach życia. Dzieci karmione piersią (przy założeniu, że matka nie była na żadnej diecie eliminacyjnej) chętniej próbują później nowych smaków, bo są przyzwyczajone, że mleko matki ma różny smak. Następnie po 6. miesiącu należy rozpocząć rozszerzanie diety dziecka bez żadnych założeń odnośnie ilości i wielkości posiłków, które dziecko powinno zjeść. Po prostu należy dziecku dawać do próbowania różne, wartościowe produkty i potrawy, w różnorodnych konsystencjach i kolorach. Ten czas między 6. a 12. miesiącem życia dziecka to właśnie czas na stopniowe rozszerzanie diety. Czytanie artykułów o tym, że „dziecko w tym i tym wieku powinno już zjadać to i to, w takiej i takiej ilości” wprowadza tylko niepotrzebny zamęt. Dobrze, gdy dziecko może jeść posiłki z resztą rodziny lub żeby chociaż jedna osoba mu towarzyszyła (przynajmniej w jednym-kilku posiłkach w ciągu dnia). Dziecko w czasie posiłku powinno być skupione na posiłku, nie należy niczym odwracać jego uwagi. Trzeba pozwolić dziecku dotknąć jedzenia, pobawić się nim, rzucić na podłogę. Jest to jeden z najbardziej niewdzięcznych elementów rozszerzania diety, bo wiąże się z całą masą sprzątania, podłogą całą w jedzeniu, brudnymi ubraniami jedzącego i dającego jedzenie… Ale cóż, trzeba to przetrwać. Dla dziecka żywność na początku jest po prostu nowym przedmiotem, a wiadomo, że niemowlak wszystkiego chce dotknąć, poobracać w rękach, popatrzeć co się stanie jak wypuści coś z rąk itp.

    Dziecko dokładnie wie ile chce w danym momencie zjeść i w chwili, gdy wysyła pierwszy sygnał, że już nie chce jeść (najczęściej po prostu przestaje otwierać buzię na widok łyżeczki i zajmuje się czymś innym) i dokładnie w tym momencie należy przestać karmić. Oczywiście osoby stosujące BLW nie mają z tym problemu, bo dziecko samo jest wtedy „Panem” swojego posiłku. Ale naprawdę wystarczy uważnie obserwować dziecko i po prostu nie dawać jeszcze jednej łyżeczki, gdy dziecko już nie chce.

    Ważne jest by posiłki były spożywane w przyjaznej atmosferze. Nigdy przenigdy nie należy zmuszać dziecka do jedzenia. Przy czym zmuszanie to nie jest tylko mówienie: „zjedz to natychmiast, bo jak nie to…”, ale też proszenie: „może jeszcze jedna łyżeczka, spróbuj”, „zobacz, już malutko zostało, zjedz do końca”. Czesto rodzice/opiekunowie wypowiadają takie teksty zupełnie nieświadomie. Czasem zdarza się też, że np. matka ma idealny stosunek do jedzenia, podaje zdrowe posiłki, zapewnia dziecku odpowieni komfort jedzenia, ale druga osoba odgrywająca ważną rolę w życiu dziecka (tata/babcia/opiekunka) popełniają jakieś błędy. I to wtedy też może skutkować zaburzeniami odżywiania u dziecka. Każde dziecko jest inne i oczywiście są dzieci bardziej i mniej wrażliwe na pewne zewnętrzne bodźce. Istnieją pewnie dzieci, których opiekunowie stosują dużo nietrafionych metod żywieniowych, a dziecko i tak nie jest niejadkiem.

    Temat jest bardzo szeroki i mogłabym pisać na ten temat jeszcze dużo, podać wieeele przykładów z życia wziętych, ale chyba pora już kończyć. Napisałam o tym wszystkim dlatego, że dużo łatwiej jest zapobiegać zaburzeniom odżywiania niż je później leczyć. Oczywiście z każdego problemu żywieniowego da się wyjść, ale kształtowanie od nowa nawyków żywieniowych u kilkulatka to ogromne wyzwanie nie tylko dla dietetyka, ale przede wszystkim dla rodziców. Zaznaczę, że wszystko, co napisałam w tym komentarzu ma odniesienie tylko do zdrowych dzieci – nie piszę tu o alergikach, dzieciach z nieprawidłową budową jamy ustnej czy innymi chorobami oddziałującymi na sposób odżywiania.

    Ps. Poza praktyką zawodową, licznymi rozmowami i obserwacjami dzieci i ich rodziców, mam też osobiste doświadczenie we wprowadzaniu w świat jedzenia dwójki dzieci w wieku: 9 miesięcy i 3 lata.

    • Odpowiedz Marzec 28, 2016

      Alicja

      „Teoretycznie żadne zdrowe dziecko nie rodzi się niejadkiem i samo się też niejadkiem nie staje.”

      Nie zgodzę się. Przeczytaj mój poprzedni artykuł o niejadkach 😉

      • Odpowiedz Marzec 28, 2016

        matka dietetyk

        A ja dla odmiany zgadzam się z tym Twoim artykułem o niejadkach i z poprzednim i bardzo się cieszę, że takie artykuły, szerzące mądre żywieniowe informacje i porady powstają 🙂 Mamy pewnie niezgodność w defninicji „niejadka” – tak jak wspomniałam dzieci rodzą się z różnymi potrzebami żywieniowymi i stosunkiem do jedzenia (na co Ty przytoczyłaś świetne argumenty naukowe w poprzednim artykule). I w mojej opinii to, że jedno dziecko z chęcią próbuje wszystkich żywieniowych nowości, a drugie z dużą ostrożnością podchodzi do nowych smaków, nie świadczy o tym, że to drugie jest „niejadkiem”. Niejadkiem może się stać dopiero wtedy, gdy ktoś zinterpretuje jego potrzeby żywieniowe jako nieodpowiednie, stwierdzi, że je za mało. Wtedy rośnie napięcie wokół tematu jedzenia, które wyrażane w mniejszym lub większym stopniu wpływa na kolejne wybory żywieniowe takiego dziecka.

        Mi chodzi o to, że u zdrowego dziecka głód jest tak silną i podstawową potrzebą fizjologiczną, że jeśli tylko ma dostęp do zdrowych i urozmaiconych pokarmów to na pewno zapewni sobie chociaż ich minimalną, potrzebną ilość. Ja oczywiście wiem, że zdarzają się wyjątki, dzieci z wrodzonymi zaburzeniami żywieniowymi, ale dlatego wspomniałam, że chodzi mi w tym przypadku tylko o zdrowe dzieci.

        Jak przeczytałam o tym, że masz awersję do owoców, to od razu zaczęłam zastanawiać się czy nie masz jakiegoś problemu z dzieciństwa z tym związanego. I jak przeczytałam dalej, to okazało się, że masz. I wiele problemów z niejadkami rozwija się na takim tle. Nie ma co tego roztrząsać, bo na to nie masz (i nie miałaś w dzieciństwie) wpływu. Dlatego dobrze, że powstają takie artykuły jak ten – z poradami co zrobić, gdy już ma się w domu niejadka. Ale wierz mi, że wielu problemom z niejadkami możnaby zapobiec lub chociażby nie pogłebiać – co potwierdzają chociażby komentarze powyżej (tata krzyczący na dziecko, że nie zjadło, wmuszanie owoców itp.).

        Dzieci czasem chętniej jedzą w przedszkolu nie tylko dlatego, że jest efekt grupy, ale też dlatego, że Panie w przedszkolu nie zaproponują nic innego poza tym, co jest danego dnia w jadłospisie (w odróżnieniu od troskliwych rodziców, którzy stają czasem na rzęsach, by wyczarować w kuchni coś, na co chociaż ich dziecko spojrzy). Nie chodzi tu o to, by stosować jakieś straszne metody przegłodzenia dziecka.

        W praktyce może to wyglądać tak: rodzic w porze, gdy dziecko może być głodne przygotowuje jakiś wartościowy posiłek i siada do stołu. Pyta dziecka: „Chcesz?”. Dziecko od razu mówi stanowczo nie lub odwraca się z naburmuszoną miną. Rodzic mówi: „Ok” i bez żadnych zbędnych uwag przystępuje do jedzenia posiłku. Możliwe, że dziecko się zainteresuje, zacznie zaglądać rodzicowi do talerza. Rodzic udaje, że tego nie widzi, je normalnie, ewentualnie może stwierdzić krótko – bardziej do siebie niż do dziecka – „Mmm, jakie dobre!”. Są dzieci, które w tym momencie sięgną po coś do talerza rodzica, albo powiedzą „Ja też chcę! Nałożysz mi?”. Inne w ogóle nie zainteresują się tym, że rodzic je i będą w tym czasie np. się bawiły. Wtedy za jakiś czas zgłodnieją i można im wtedy zaproponować ten sam posiłek, a jeśli stanowczo odmawiają jego spożycia, można dać coś innego, ale nie sok, słodycze czy ulubione naleśniki, tylko coś neutralnego – co dziecko lubi i zje, ale nie jego ulubione danie. Pomiędzy posiłkami nie należy wtedy dawać dziecku żadnych zapychaczy.

        Ciężko tak przekazać na piśmie wszystko to, co mam w głowie, by zostać dobrze zrozumianą. Podziwiam Was, że Wam się to w Waszych artykułach udaje 🙂 W każdym razie absolutnie nie uważam, że niejadek to rezultat „lenistwa rodziców, ich nadopiekuńczości albo braku wystarczającej uwagi”. Warto tylko sobie zdać sprawę, że niektóre dzieci (i niektórzy dorośli) jedzą po prostu mniej (jeśli chodzi o ilości i różnorodność) i jeśli się ten problem nie pogłębia i nie wywołuje negatywnych skutków zdrowotnych, to trzeba po prostu wyluzować i traktować jedzenie jako zwykłą czynność fizjologiczną bez budowania zbędnego napięcia wokół niej (bo to napięcie szkodzi i dzieciom i rodzicom).

        • Odpowiedz Marzec 29, 2016

          Alicja

          Tak tylko gwoli uściślenia – awersję do owoców mam od urodzenia mniej więcej – nie przyjmowałam ich nigdy i od początku reagowałam odruchem wymiotnym 😉

  • Odpowiedz Kwiecień 14, 2016

    lavinka

    Wystarczy z domu wyrzucić ojca popijającego chipsy colą i piwem. Taka prawda, cała ta zabawa w ekosreko kończy się na żołądku partnera. Prędzej czy później dziecko odmawia jedzenia osobnych posiłków innych_niż_tatuś, a tatuś nigdy na zielone paskudztwo namówić się nie da – oto krótkie podsumowanie wszystkich for młodych mam, próbujących przestawić rodzinę na zdrowe odżywianie (a w tajemnicy podjadające słodycze, chipsy i colę jak tatuś). Reasumując, albo wszyscy jedzą zdrowo, albo nie ma co się bawić w hipokrytów. Ja mam to szczęście, że mój partner nie pije alkoholu i nie tknie chipsów, bo woli sobie sam coś ugotować. Dzięki temu i ja zdrowiej jem, a dziecko po prostu nas naśladuje. Nigdy nie zrobiłam nawet jednego ruchu, by nauczyć młodą zdrowego odżywiania. Od początku rozszerzania diety mogła jeść wszystko prócz grzybów. A chipsami i tak poczęstował ją kolega z podwórka, ihaha, cały plan zdrowego odżywiania wziął w łeb. 😉

  • Odpowiedz Listopad 23, 2016

    Owocowy niejadek

    Rewelacja! Wreszcie ktos jak ja nie lubi owocow! I wlasnie chodzi o ta konsystencje, tez lubie klarowne soki. Trafione w sedno.Jak to dobrze wiedziec, ze nie jestem sama.

  • Odpowiedz Listopad 23, 2016

    Owocowy niejadek

    Tez mialam odruch wymiotny od urodzenia na owoce.

Leave a Reply