Potrzeby czy zachcianki, czyli sekret budowania więzi

Post czytacie dzięki mojej wieloletniej już współpracy z marką Baby Dove, z którą z ogromną radością pokazuję różne, ale zawsze prawdziwe, oblicza macierzyństwa.

Muszę was z góry uprzedzić, że tytuł jest nieco przewrotny – budowanie więzi z dzieckiem obrosło bowiem w internetowym światku swego rodzaju legendą, która sprawia, że to całe budowanie więzi zaczęliśmy postrzegać jako niemalże kierunek akademicki czy z innej politechniki. Że trzeba mieć co najmniej dyplom mgr inż. budowania więzi z dzieckiem by taką zbudować solidnie, bez problemu i bez obaw, że któryś filar nam się „rypnie” i zamiast więzi będzie katastrofa budowlana.

To przeświadczenie, że rzecz jest straszliwie skomplikowana pogłębia dodatkowo fakt, że nie wszystkie matki czują eksplozję wyjątkowej miłości do dziecka zaraz po porodzie czy nawet w ciągu kilku pierwszych tygodni po urodzeniu. To budzi poczucie winy, więc nie dziwota, że potem mam skrzynkę pełną wiadomości typu:

  • „w co się bawić z niemowlakiem żeby wspierać rozwój więzi”,
  • „noszenie w chuście mi nie podeszło – czy wózek sprawi, że nasza więź będzie gorsza?”
  • „tyle czytałam o tym jak szkodliwy dla dziecka i naszej więzi jest płacz, ale co ja mam zrobić jak dziecko płacze, a ja jestem akurat w toalecie?”

I pełno mniej lub bardziej pokrewnych pytań.

Tymczasem w zasadzie nie ma badań, które sugerowałyby wyższość pewnych praktyk rodzicielskich (vide noszenie w chuście kontra jego brak, albo spanie z dzieckiem kontra jego brak, albo karmienie piersią albo jego brak) przy budowaniu więzi, za to jest całkiem sporo, które mówią o tym, że liczy się nasza wrażliwa, adekwatna reakcja na dziecko i wysyłane przez nie sygnały, czyli odpowiednie reagowanie na jego potrzeby.

I to właśnie potrzeby są podstawą budowania więzi – prostą i banalną podstawą, która nie wymaga kończenia szkół i śledzenia na bieżąco co też tam hamerykańskie naukowce odkryły. Nie wymaga zestawu akcesoriów do bawienia się z niemowlakiem, ani instrukcji krok po kroku, której trzeba przestrzegać niczym receptury na prawdawny eliksir, bo jak się zapomni dodać jednego składnika to nic nam nie wyjdzie.

Pomyślcie zatem teraz chwilę o tych potrzebach. Jakie potrzeby, które trzeba zrealizować przychodzą wam do głowy?

Już? Gotowe?

To teraz popatrzcie jak zamieniam się we wróżkę i powiem wam o tym co wam przyszło na myśl. Otóż była tam litania wszelkich możliwych potrzeb dziecka. I nie pojawiła się ani jedna potrzeba wasza. Zgadłam?

Pewnie, że zgadłam. Nasze potrzeby spychamy na margines, bo tak bardzo chcemy się spisać w roli rodzica. Gdzieś tam na podstawie tych wszystkich historii – o plemionach co nie rozstają się ani na chwilę z dzieckiem, o tym jak istotne są te pierwsze dni i lata z dzieckiem, o potrzebie bliskości, o tysiąc dwustu osiemdziesięciu pięciu sposobach na budowanie więzi, o destrukcyjnym wpływie wszystkiego na wszystko – zakodowało nam się, że dobre matki nie mają potrzeb, że są całe od a do z dla dziecka. Zawsze zwarte, gotowe i z uśmiechem na licu bezbłędnie odczytują sygnały wysyłane przez dziecko i tylko my znowu nie rozumiemy czemu płacze.

Tymczasem naprawdę niewiele jest na świecie osób, które są w stanie tak pociągnąć na dłuższą metę i być przy tym responsywnym, adekwatnie reagującym opiekunem dla dziecka. Nie da się dbać o zaspokojenie potrzeb dziecka kiedy nasze własne zasoby są wyczerpane. Kiedy jesteśmy głodni, zmęczeni, zestresowani i non stop pożerani przez wyrzuty sumienia czy czegoś nie spapraliśmy, kiedy kurcze nawet zrobienie siku jest dla nas czymś co analizujemy pod kątem tego czy nie robimy dziecku krzywdy.

Kiedy swój własny komfort stawiamy zawsze na ostatnim miejscu przez co robimy pewne rzeczy wbrew naszej woli, bo to dla dobra dziecka przecież, nie? Przykładem są choćby te nieszczęsne chusty albo spanie z dzieckiem (to już tak abstrahując od zaleceń AAP) – przecież ludzie się między sobą różnią i mają różną tolerancję na dotyk – niektórzy mogliby się cały dzień do kogoś przytulać, a w nocy uznają tylko jedna dużą wspólną kołdrę i wtulenie w partnera do samiuśkiego świtu. Innym wystarczy kilka ciepłych uścisków, a spać potrafią tylko szczelnie opatuleni swoją kołderką i wara mi z tym całym tuleniem się jak śpię, bo mnie to drażni (to ja!). Ci pierwsi będą wniebowzięci gdy będą mogli się omotać i zasypiać wsłuchując w oddech dziecka, Ci drudzy jeśli zrobią to wbrew sobie, bo naczytali się, że to niezbędny element eliksiru więzi, osiągną w ten sposób głównie wysoki poziom frustracji i przebodźcowania dotykowego. I jakoś śmiem wątpić, że to pomoże im w budowaniu więzi. Im pomogą inne rzeczy – owszem bliskość fizyczna i dotyk są bardzo ważne dla małego człowieka, ale to naprawdę nie musi odbywać się 24h na dobę. Naprawdę.

Ci wszyscy ludzie, którzy Cię mamią tym, że to jedyna słuszna droga i bez niej ani rusz, bo w takim jednym plemieniu to było tak i tak nie mówią Ci całej prawdy – w różnych plemionach na świecie było różnie, a najważniejsze i tak jest to, że tam w zasadzie nigdy nie było tak, że cały ciężar (słodki, bo słodki, ale jednak ciężar) opieki nad niemowlęciem i oporządzania domowego przybytku spadał na jedną osobę. Ich tam było więcej do podziału obowiązków. Ty jesteś jedna.

Co zatem zrobić? Odciąć się od tego szumu, odstawić na bok paranoje i lęki (jak się nie da samemu, to z pomocą terapeuty) i być z dzieckiem. Po prostu. Zwracać na nie uwagę, reagować na jego komunikaty – to będzie znacznie łatwiejsze gdy zadbamy o siebie i zaufamy sobie. Kiedy pozwolimy sobie na obranie naszej ścieżki macierzyństwa – to, że nie obejmuje ona czynnika X, nie znaczy, że jest ona grosza. Dla niemowlęcia liczy się nasza łagodna obecność – nasze kojące ramiona gdy płacze, nasz uspakajający głos gdy się boi i nasze radosne oczy gdy jest szczęśliwe. Reszta to są dodatki.

Można bowiem karmić piersią mechanicznie i z wrogimi emocjami i można karmić z miłością i czułością. Tak samo można robić z butelką. I wózkiem i chustą. Nie chodzi o metodę karmienia, sposób podróżowania ani specjalne aktywności, które budują więź i bez nich ani rusz. Chodzi o jakość interakcji – zwykłych takich, codziennych. Tych prozaicznych jak przewijanie, karmienie, kąpanie, tych magicznych jak wspólne zaśmiewanie się, i tych trudnych jak płakanie.

Bo są chwile magiczne i są chwile trudne – to normalne. To że czasem nie czuje się wielkiej miłości i więzi od pierwszych chwil po porodzie też jest normalne i zdarza się. Nie znam danych oficjalnych, bo nie umiałam znaleźć niczego na ten temat, ale gdy zapytałam moich obserwatorek na Instagramie czy poczuły „to” szybko po porodzie czy dopiero po kilku tygodniach lub miesiącach – 40% dziewczyn odpowiedziało, że trochę im to zajęło (w ankiecie wzięło udział ponad 2200 osób). Te 40% to nie jest garstka dziwaków, to spora rzesza matek. Nie jesteś zatem sama z tym co czujesz.

Czasem wiemy od razu o co chodzi małemu człowiekowi, a czasem nie – to też normalne i nie trzeba się samobiczować, że nie zareagowaliśmy adekwatnie, bo nie wiedzieliśmy jak. Z czasem się nauczycie. Nabierzecie wprawy. I pewności siebie. Będzie łatwiej, będzie fajniej, mniej lękowo. A do tego czasu nie ma się co zadręczać ani spychać swoich potrzeb na margines. Ty też jesteś ważna. I zdradzę Ci sekret – jak Ty nie zadbasz o siebie, to nikt tego nie zrobi. A budowanie relacji z kimś jest zwykle trudniejsze gdy nasza relacja z samym sobą jest skrajnie zaniedbana.

A jeśli dalej nie wiesz co z tą więzią to śmigaj do dziecka – ono Ci świetnie pokaże czego potrzebuje. Tym już świadomym albo jeszcze nie uśmiechem, tymi wielkimi wpatrzonymi w Ciebie oczami, tym zapachem dzidziusia, tym płaczem, który rozpoczyna w Twoim ciele prawdziwą kaskadę reakcji hormonalno-fizjologicznych, których nawet nie jesteś świadoma i tym małym paluszkiem odruchowo łapiącym za Twój.

Ono wie. I Ty też.

Zaufaj wam – nikt na świecie nie zna się na budowaniu więzi między wami tak jak wasza dwójka. A czas i najtrudniejsze chwile mijają szybko. Mój najmłodszy ledwie rok temu był taki maluśki i dało się go swobodnie położyć na przewijaku.

A teraz żeby go przewinąć trzeba go najpierw spróbować dogonić 😉

Pogadaj o tym na fejsie TU.

Mama Pierworodnej (7), Drugorodnego (5) i Wikinga (1). Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Od prawie 6 lat wspiera w internecie matki za pomocą tego o blogaska. Pomysłodawczyni nurtu zabaw Montesorry, a także rodzicielstwa opartego na lenistwie.

3 komentarze

  • Odpowiedz Październik 17, 2019

    MMM

    Oooo, jaki cudowny tekst ♥ Tego mi brakowało przy pierwszym dziecku – żeby ktoś mi powiedział, że trzeba przede wszystkim zluzować gacie 😀

  • Odpowiedz Październik 17, 2019

    Mama Ewci i Maciusia

    Mnie przy pierwszym dziecku wydawało się, że muszę ogarniać od a do z i jeszcze mieć siłę na wszystko. Nawet siostra, która miała rok starsze dziecko nie podpowiedziała mi, żebym wyluzowała na początek, bo się wypalę. Ta mądrość przyszła z czasem, trochę też dzięki Mężowi, który widział, że chce być perfekcyjną mamą i mnie stopował, pokazując jak cieszyć się chwilą. A przy drugim dziecku od razu cieszyłam się tym tuleniem, karmieniem i nawet setnym przewijaniem, bo przecież zaraz mi ten malec urośnie tak jak jego siostra! Wiedziałam też, że gdy następowały ciężkie chwile, to nie można ich roztrząsać, bo również miną i będą tylko wspomnieniem.

  • Odpowiedz Październik 25, 2019

    Aleksandra

    Swego czasu też czułam się przytłoczona tymi zaleceniami, metodami, i porażkami (każdy płacz dziecka traktowałam jako swoją winę). Mąż mi nie pomagał odpocząć psychicznie, bo powtarzał, że matka jest od reagowania na płacz dziecka.

Leave a Reply