Jak chronić dzieci przed epidemią krótkowzroczności – garść przydatnych informacji.

Materiał sponsorowany przez HOYA Lens Poland. Sponsor nie miał wpływu na koncept tekstu, jego treść ani ostateczny jego kształt. Przeprowadził natomiast konsultację merytoryczną tj. czy tekst pozostaje w zgodzie z aktualnym stanem wiedzy.

Wrzesień – powrót do szkoły, czasem przedszkola. I doskonały miesiąc na powrót lub debiut u okulisty. Borykamy się bowiem – o czym alarmują specjaliści z całego już chyba świata – z lawinowym wręcz wzrostem w liczbie dzieci u których rozwija się krótkowzroczność. Ba, szacuje się, że do 2050 roku (a do daty tej – co nieustająco mnie zaskakuje – mamy bliżej niż do roku 1990!) połowa populacji naszego globu będzie potrzebowała okularów „do dali”, zaś 10% z tej połowy będzie miało wysoką krótkowzroczność (czyli powyżej 6 dioptrii). Średnio to fajne.

Czym jest krótkowzroczność, zwana też miopią? Otóż polega ona na tym, że układ optyczny oka… nie no żartuję! Nie będę was przecież zanudzać, nadmienię jedynie dla tych, którzy tego pojęcia nie znają, że krótkowidz po prostu widzi nieostro przedmioty od niego oddalone. Co niestety, nie dość, że istotnie utrudnia żywot (o czym wiem doskonale, bo sama od ponad ćwierć wieku się z tym zmagam i noszę „minusy”), to co gorsza wiąże się z ryzkiem powikłań w tym m.in. pojawieniem się zaćmy, jaskry, zwyrodnienia plamki żółtej, odwarstwienia siatkówki, a w skrajnych przypadkach nawet utraty wzroku. Stąd przy prognozowanych trendach, sytuacja robi się naprawdę nieciekawa. I paląca.

Zanim jednak przejdziemy do „mięsa”, to chciałabym jeszcze ociupinę prywaty, żebyście rozumieli, że i dla mnie jest to ważny temat. Od dwóch lat bowiem, nie ja jedna muszę się w naszej rodzinie podpierać w codzienności okularami. U jednego z naszych dzieci też się krótkowzroczność rozwinęła. I to w tempie dość ekspresowym. Jeszcze bowiem przed rozpoczęciem roku szkolnego byliśmy na wizycie i wszystko było ok, a potem nagle w ciągu kilku miesięcy zdalnej szkoły wzrok pogorszył się dość srodze, co zauważyłam jeszcze przed kolejną planową kontrolą, widząc jak dziecię me mruży oczy, usiłując dostrzec (pamiętam do dziś ten moment, bo mnie wbił w glebę!) sekwencję odliczania przy starcie rakiety, który to start obserwowaliśmy rodzinnie. A potem kiedy podczas wizyty u lekarza okazało się, że to wcale nie jest już drobniuteńka wada – to ścięło mnie z nóg, bo, oczywiście zaczęłam się biczować tym jak mogłam wcześniej nie zauważyć. Myślę więc, że to pokazuje jak ważne są regularne wizyty i kontrole u dziecka, bo czasem nawet jak się myśli, że się wie, to jednak się nie wie 😉

Co więcej – warto te wizyty zacząć odbywać wcześniej – nie dopiero gdy dziecko idzie do szkoły. Taką kontrolę można ogarnąć już na spokojnie z mniejszym dzieckiem – nie trzeba się obawiać, że dziecko nie zna literek więc jak ma je odczytać z tablicy. Oczni specjaliści doskonale wiedzą jak sprawdzić wzrok nawet u najmniejszych ludzi. O skierowanie na kontrolę trzeba poprosić pediatrę, zdarza się też, że niektóre salony optyczne oferują bezpłatnie podstawowe badania dla dzieciaków.

Co szalenie istotne – nie ma też co polegać na tym, że w razie jakichkolwiek problemów dziecko nam powie, że coś jest nie tak. Wzrok może pogarszać się stopniowo i trochę na zasadzie case’u „gotującej się żaby” – bez punktu odniesienia dzieci w zasadzie nie będą wiedziały, że można widzieć lepiej – będą myślały, że tak po prostu ma być.

Dlatego dziś mam dla was wyjątkowo obszerny, ale mam nadzieję wyśmienicie ciekawy materiał, który mogłam przygotować dzięki współpracy z Hoya – producentem fantastycznych soczewek okularowych. O krótkowzroczności można by oczywiście książki pisać, ba, podręczniki nawet. Niemniej od tego są okuliści, optometryści i inni specjaliści zajmujący się ludzkimi zwierciadłami duszy. Ja natomiast postarałam się skupić właśnie na tym co może mieć znaczenie z perspektywy rodzica. Znajdziecie tu więc 2 sekcje. Pierwsza dotyczy tego co możemy zrobić by zmniejszyć, na tyle na ile to w naszej mocy, ryzyko tego by krótkowzroczność u naszego dziecka się pojawiła. Druga tego co możemy zrobić gdy już się pojawi. Dużo czytania przed wami, więc śmiało zróbcie herbatkę. I mam nadzieję owocnej lektury.

Co robić by choć trochę zmniejszyć ryzyko – kilka prostych do wdrożenia zasad.

Sposób nr 1: Możesz… nie wszystko.

Żyjemy w czasach gdzie takie artykuły jak ten czytają głównie rodzice ultra-zaangażowani, którzy każdy najmniejszy drobiazg lubią sobie wypominać, że zawalili i pewnie ich wina. Kiedy więc rozmawiamy o krótkowzroczności musimy zdawać sobie sprawę z jednej rzeczy, mianowicie, że nie jesteśmy wszechwładni i nie na wszystko w życiu naszych dzieci mamy pełen wpływ.

Wiemy bowiem nie od dziś, że jeśli przynajmniej jeden z rodziców jest krótkowidzem, to ryzyko, że ten problem ze wzrokiem pojawi się również u dziecka – rośnie. Gdy sprawa dotyczy obojga rodziców – rośnie jeszcze bardziej. Wydaje się zatem, że w rozwoju krótkowzroczności niestety paluchy maczają również nasze geny, a jako rzecze stara mądrość ludowa „gena nie wydłubiesz” :D. Nie oznacza to jednak, że geny to wszystko i nic nie możemy zrobić, bo w poniższych przykładach pokaże wam, że to zdecydowanie bardziej skomplikowane 😉

Nie oznacza to też w żadnym wypadku, że jeśli ani wy, ani drugi rodzic waszego dziecka nie nosicie okularów to sprawa was nie dotyczy. Bo niestety nadal dotyczy. Ja ćwierć wieku temu też byłam pierwsza w rodzinie – ani moi rodzice, ani starsze siostry okularnikami nie są. A teraz biorąc pod uwagę rosnące odsetki dzieciaków z „minusami” na nosie – takich pierwszych w rodzinie będzie coraz więcej. Myślę więc, że warto się tematem zainteresować.

Sposób nr 2: Wyrzuć dziatwę na podwórko.

Jedna z najprostszych, a zarazem mająca całkiem solidne osadzenie w danych, metod na obniżanie ryzyka to przebywanie na zewnątrz. Wiemy, że dzieci, u których nie rozwinęła się krótkowzroczność, spędzają jako grupa dużo więcej czasu na świeżym powietrzu. Co więcej wydaje się, że każda dodatkowa godzina na zewnątrz może przełożyć się na nieco mniejsze ryzyko tego, że u dzieciny miopia się pojawi.

I mamy tu naprawdę sporo obrazowych danych. Ot choćby w Azji, gdzie w niektórych regionach odsetek osób zmagających się z krótkowzrocznością sięga nawet 90% – przeprowadzono badania, w których losowo w jednej ze szkół zalecono by zachęcano uczniów by przez rok spędzali przerwy na zewnątrz, w drugiej zaś nie wprowadzono żadnych rekomendacji – wszystko odbywało się „jak zawsze”. Gdy po roku przebadano dzieciaki – liczba tych u których pojawiła się krótkowzroczność była mniejsza w szkole z przerwami na zewnątrz. Przypadek? Nie sądzę 😉

Mnie jako matulę, która bez wątpienia nosi w sobie ładunek genetyczny, przekazujący dzieciom potencjał krótkowzroczności, uderzyły także badania sprzed kilku lat, które sugerują, że odsetek dzieci, które potrzebują okularów do dali jest wyższy wśród dzieci o chińskim pochodzeniu zamieszkających Singapur w porównaniu do dzieci o tym samym zapleczu etnicznym, ale zamieszkujących w Sydney. Wiecie jaka jeszcze była różnica między tymi grupami? Otóż ci z Singapuru spędzali tygodniowo na zewnątrz nieco ponad 3 godziny, zaś ci z Sydney niemal 14.

A jako że zbliża się zima i w naszej szerokości geograficznej będzie mało światła dziennego, za to dużo zanieczyszczonego powietrza, to teraz tym bardziej warto sobie to wziąć do serca i z dziatwą do lasu albo na spacer wokół bloku się wybrać. Choć mogą trochę jęczeć, że dajcie starzy spokój – wiadomo 😉

Myślę też, że to taki powiew świeżości – sieć bardzo często wrzuca nas w pogoń za zajęciami edukacyjnymi, rozwojowymi i wszystkimi innymi dla dziecka – i łatwo zapomnieć, że zwykłe, mocno ongiś towarzyszące mojemu pokoleniu: „masz piłkę/skakankę, ziumaj na dwór i nie wracaj do wieczora” też może być fajne 😉

Zresztą niesamowicie ciekawe są tutaj badania sugerujące, że nieco częściej krótkowzroczne jest najstarsze dziecko w rodzinie. Dlaczego? Pewności nie mamy, ale jedna z hipotez głosi, że rodzice zwykle bardziej inwestują, tudzież „cisną” pierwsze dziecko na osiągnięcia edukacyjne, rozwój intelektualny i tak dalej – na resztę czeladki mamy już zwykle bardziej „wywalone”. A chęć wspierania tego typu osiągnięć zwykle wiąże się z tworzeniem środowiska, które bardziej sprzyja rozwojowi miopii. Czemu? Bo gdy inwestujemy dużo więcej w matmę i języki, to siłą rzeczy mamy mniej czasu na snucie się bez celu po otwartych przestrzeniach, bo siedzimy w książkach, ćwiczeniach oraz salach do nauki.

Dlaczego przebywanie na zewnątrz wydaje się mieć działanie ochronne? Wiem, że lubicie konkret więc odpowiem najkonkretniej jak się da, otóż… tak naprawdę to dokładnego mechanizmu nie znamy. Ale żeby nie było to prawdopodobnie jest to wypadkowa wielu czynników, w tym:

  • jasnego światła dziennego, które wydaje się oddziaływać nie tylko bezpośrednio na rozwój i wzrost oka, ale też być może działa pośrednio przez regulację cyklu dobowego
  • większym niż w czterech ścianach zakresie możliwości zerkania w dal dzięki czemu oko ma więcej możliwości „skupiania się” na obiektach położonych w oddali (to ma swoją fachową terminologię oczywiście, ale umówmy się, nikomu z nas nie są to pojęcia potrzebne, niemniej warto mieć świadomość ich istnienia, bo ja np. dzięki temu zawsze przypominam dzieciom, że podczas spaceru warto podziwiać korony drzew, a nie tylko wgapiać się w czubki własnych butów :D, robimy sobie też konkursy kto znajdzie pierwszy coś tam oddalonego hen, hen od nas i inne podobne aktywności żeby patrzenie w dal weszło im w krew).

Sposób nr 3: Miej oczy i patrzaj w oczy, czyli garść prostych zasad.

Okres lawinowego wzrostu w liczbie osób z miopią dość ładnie pokrywa się ze zmianami w trybie życia jakie prowadzimy. Bez wątpienia wszyscy, niezależnie od kolejności narodzin, spędzamy mniej czasu na zewnątrz, za to więcej właśnie w pracy wzrokowej „w bliży” właśnie. I wbrew pozorom nie dotyczy to tylko tych strasznych „ekranów” – choć oczywiście z nimi zwykle spędzamy (za) dużo czasu. Ale brutalna prawda jest taka, że to nie tylko one generują nam współcześnie masę czasu w bliży – mamy wszak pod ręką tyle książek, gazet, quizów i innych papierowych wspaniałości ile poprzednim pokoleniom się nie śniło, o czasie jaki dzieci spędzają obecnie w podręcznikach w szkole, a nie pomagając rodzicom na polu, nawet nie wspomnę. Ba – sama koncentracja na osiągnieciach akademickich i tym by dzieci czytały zaczyna się teraz znacznie wcześniej niż kiedyś. Sztuczne oświetlenie też towarzyszy nam częściej niż naszym przodkom. I choć trybu życia nie zmienimy, bo świat się zmienia i ma to swoje plusy i minusy, to możemy próbować nauczyć dzieciaki odpowiedniej higieny „ocznej”, która poprawi ich komfort gdy się uczą czy po prostu oddają rozrywce. I to niezależnie od tego czy robią to z książką czy komórką. Po prostu zawsze kiedy spędzamy czas z czymś blisko naszych oczu warto o tym pamiętać.

L rządzi, V to przegryw – wiem, że brzmi enigmatycznie, ale dotyczy to czegoś co notorycznie wszyscy robimy gdy trzymamy komórkę (rzadziej książkę) w ręku. Najczęściej bowiem w sytuacji takiej nasze (a zatem i dziecięce) ręce przyjmują kształt litery V (ręka mocno zgięta w łokciu – telefon bardzo blisko, prosto przed twarzą). Tymczasem lepszym dla higieny oczu ustawieniem, będzie ręka przypominającą ustawieniem bardziej kształt L – ponieważ wtedy ekran jest ustawiony dalej od oczu i – nie przynudzając skomplikowanymi mechanizmami – mogą one sobie lepiej i zdrowiej pracować. Moje dzieci to wiedzą i… i tak zapominają, więc po prostu gdy widzę, że „robią to źle” przypominam, że „halo gdzie wasze L?” i od razu wiedzą o co chodzi. Warto też pamiętać, że szczególnie te młodsze dzieci w wieku przedszkolnym to są takie trochę T-rexy z ultra krótkimi rączkami, więc jeśli nie ma palącej potrzeby to niech najlepiej w ogóle nie siedzą z komórką – bajkę można im puścić na telewizorze lub komputerze przy biurku – wtedy nie będą mogły noska do ekranu przytulać 😊 Pamiętajmy przy tym by się przy tym nie garbićzachowujemy prawidłową sylwetkę, a układ rąk ma jedynie odsunąć telefon od twarzy. Jeśli odsuniemy telefon, pochylając się nad nim to nadal będzie blisko oczu i traci to sens, a i sylwetka cierpi (ps. wyrzucenie dziatwy na dwór robi dobrze także na sylwetkę, bo muszą się ruszać, więc nie zapominajmy o punkcie poprzednim)

20-20-20 – wszyscy potrzebujemy przerw, a o przerwie dla umęczonych oczysk to żodyn nie pamięta. Tymczasem są one szalenie ważne i o tym właśnie przypomina nam reguła 20-20-20, która mówi o tym, że co 20 minut pracy wzrokowej w bliży warto zrobić 20 sekund przerwy i patrzeć w tym czasie na rzeczy oddalone od nas o 20 stóp, czyli co najmniej 6 metrów. W teorii łatwizna, w praktyce wszyscy wiemy, że to się nie uda. Ale w wyrobieniu nawyku może pomóc:

  1. gdy dziecko gra/ogląda ustaw alarm np. na piekarniku albo w komórce na co 20 minut lub jeśli w grze są „levele”, a w oglądanych treściach odcinki – wprowadźcie zasadę, że co przejście poziomu lub obejrzenie odcinka dziecię np. obowiązkowo wstaje i podchodzi na chwilę do okna pogapić się na drzewa za oknem tudzież pobawić się w ludzki monitoring osiedlowy. Do wyrobienia nawyku trzeba powtórzeń, więc najpierw bez naszego przypominania się nie obejdzie, ale z czasem, kto wie, kto wie! 😊
  2. w przypadku książek – jeśli trafił się wam mól książkowy (lub dziecko ma po prostu okres wzmożonej nauki) można w czytanej przez niego książce papierowymi zakładkami lub w przypadku czytników ebooków poprzez bookmarki – pozaznaczać miejsca w których dziecko ma się oderwać od książki i popatrzyć w siną dal. W zależności od charakteru tomiska można to robić np. co jeden-dwa-trzy rozdziały. I znowu z czasem po wyrobieniu nawyku dziecię może nawet samo z siebie będzie robić przerwę dla oczu.
  3. W przypadku maluszków, którym sami czytamy – pamiętajmy o tym by co jednego Pucia lub inną Kicię-Kocię podejść z dzieckiem do okna i pogapić się na świat. Nawyk wprowadzony od maleńkości ma większą siłę przebicia!
  4. dzieciom łatwiej zrozumieć pewne zasady gdy wiedzą z czego one wynikają niż gdy są wirtualne i wynikają z „bo tak trzeba” – ze starszym dzieckiem można zatem swobodnie porozmawiać o epidemii krótkowzroczności, zagrożeniach z niej wynikających i o tym co może robić ze swojej strony by to ryzyko zmniejszyć. Na wszelki wypadek przypomnę też – i to już bardziej wam – że przerwa dla oczu w której odchodzimy od komputera żeby obejrzeć sobie storiski MLH na Instagramie to nie jest przerwa. Patrzymy na coś co jest minimum 6 metrów od nas. I co więcej sami robimy sobie takie przerwy, bo nic tak dobrze nie uczy dzieci jak modelowanie.

sięgaj gdzie ręka nie sięga – czasy mamy takie, że często te same treści możemy sobie wyświetlić i na telefonie, i na komputerze, i na telewizorze – i warto przyjąć zasadę, że zawsze gdy mamy do wyboru kilka nośników do obejrzenia tej samej treści niezależnie czy edukacyjnej czy rozrywkowej, lepiej nauczyć dziecko (nie tylko w wieku „krótkich rączek”, ale i każdym innym) korzystać z tej opcji, która jest dalej od nas, bo wówczas wzrok będzie działał trochę inaczej niż w ciągłej bezpośredniej bliży. Innymi słowy wprowadzamy zasadę: „YT oglądane na telefonie albo YT oglądane na telewizorze? Wybierz drogie dziecko TV!”. A przy okazji  i my będziemy mieć lepszy wgląd w treści z którymi kontakt ma dziatwa. Bo jak się zamknie w pokoju i ogląda byle co na komórce, to przejdzie nam to koło nosa. Jak obejrzy to w TV w salonie to łatwiej nam będzie skomentować rzeczy potencjalnie niefajne. Także mamy tu korzyść typu weź jedną, druga gratis 😉

Tutaj myślę jest też fajny moment na pokazanie jak ciekawe są interakcje między genami a środowiskiem. Wiecie już bowiem, że wszystko wskazuje na to, że niektórzy z nas noszą w sobie pewien potencjał genetyczny, który sprawia, że jesteśmy bardziej podatni na rozwinięcie krótkowzroczności. W tym kontekście niesamowicie ciekawe jest badanie Columbia University Medical Center, w którym stwierdzono, że posiadacze pewnego określonego wariantu genu znanego jako APLP2 – z większym prawdopodobieństwem rozwijali miopię, jeśli w dzieciństwie spędzali dużo czasu na czytaniu. Ci, którzy również mieli ten wariant genu, ale nie czytali tyle nie byli obarczeni dodatkowym ryzykiem. Jako dziecko, które w dzieciństwie pożerało książki i mama dziecka, które nałogowo pożera książki i teraz musimy nosić okulary trochę się w tym odnajduję :D. I informację tę odbieram nie jako straszaka czy tym bardziej zniechęcanie do książek, tylko jako ważne przypomnienie o balansie. To fajne, że moje dzieci lubią czytać i mogą to robić godzinami. Książki są wspaniałe, ale przypominam sobie też o tym żeby między książkami wykopać ich na podwórko. Bo podwórko też ważna sprawa, choć łatwo o tym współcześnie zapomnieć.

OK to teraz czas na przerwę – idźcie do okna i popatrzcie na widoczek – wiecie 20-20-20, dla zdrowia oczu 😊

Kiedy już dziecko ma krótkowzroczność.

Te ponad 25 lat temu, kiedy ja wylądowałam z okularami na nosie, opcji jakiejkolwiek interwencji, poza noszeniem okularów, chyba nie było. A przynajmniej nikt mojej mamie o tym nie mówił. Ot z moich doświadczeń wynika, że po prostu nosiło się okulary z informacją od okulisty, że wada najprawdopodobniej wraz z dojrzewaniem/wzrostem będzie się pogłębiać i z grubsza tyle – powodzenia pacjencie! Nie było też internetu, a przynajmniej nie w każdym domu. Ale teraz jest, zatem mając dość bogate życiowe doświadczenie z koniecznością noszenia okularów i tym, że może to mimo wszystko utrudniać nieco codzienne funkcjonowanie, wiedząc, że dziecko moje uprawia czynnie sport i każda dodatkowa liczba dioptrii tylko bardziej mu w tym przeszkadza, a przede wszystkim wiedząc, że to nie są „tylko okulary i tyle”, bo komplikacje związane z pogorszającą się krótkowzrocznością mogą być poważne – gdy tylko zauważyłam, że dziecię mruży oczy, dałam nura w internety w poszukiwaniu informacji czy da się jakoś spowolnić postęp wady.

Dowiedziałam się rzeczy raczej oczywistych i flagowych w każdym wypadku, czyli sięganie po zdrowy tryb życia, odpowiednia dieta i ilość snu, ponadto wszystkie elementy higieny wzroku wymienione powyżej, dużo czasu na zewnątrz itd. Ale też dowiedziałam się, że nauka i medycyna poczyniły pewne postępy i mamy już metody, które jak to w życiu bywa – stuprocentowej gwarancji nie dają, ale na podstawie danych klinicznych możemy stwierdzić, że u części przynajmniej dzieci pozwalają spowolnić progresję krótkowzroczności. Uzbrojona w tę wiedzę po werdykcie okulistki pt. „krótkowzroczność” wiedziałam więc, że możemy jeszcze porozmawiać o ewentualnych opcjach wykraczających poza „zwykłe” okulary korekcyjne dla naszego dziecka.

I poniżej pokrótce wam kilka takich opcji przybliżę – niemniej podkreślę, że mówimy o kwestiach medycznych, a te każdorazowo muszą być dobrane indywidualnie do pacjenta i skonsultowane osobiście. Chodzi o wasze dzieci i ich oczyska więc każdą decyzję podejmijcie po konsultacji indywidualnego przypadku z okulistą lub optometrystą i zdajcie się na jego doświadczenie i wiedzę. To co przeczytacie poniżej ma jedynie na celu zwiększenie waszej świadomości (bo ja jej absolutnie nie miałam – myślałam, że jest jak było i nic się nie da!), że w pewnych wypadkach można próbować zdziałać coś więcej. Ale jak będzie w waszym wypadku – może orzec wyłącznie specjalista prowadzący.

Co więc można zrobić?

Po pierwsze regularnie odwiedzać okulistę (i nie tylko)

Regularne, pełne badanie lekarskie (a więc także z „kropleniem” oczu) i stosowanie się do zaleceń lekarza prowadzącego to podstawa nie tylko komfortu życiowego dziecka, ale też kontroli tempa progresji wady, dzięki czemu łatwiej wyłapać czy jest ona w miarę w normie czy też dzieje się coś alarmującego. Tu nie ma miejsca na odpuszczanie, co mam nadzieję jest oczywiste. Ale – jeśli tylko macie taką możliwość – to warto też wybrać się do optometrysty. To wciąż mało znany fach, a jest ci to klasy wielkiej spec od badania wielkości wady i doboru odpowiedniej korekcji. Ja u optometrysty byłam po raz pierwszy (i w dodatku zupełnym przypadkiem) dopiero pod koniec studiów i był to dla mnie „game changer”, bo wszak wzrok miałam badany regularnie, ale nigdy w tak dokładny i niezwykły (wtedy dla mnie – dziś już mi bardziej spowszedniał :D) sposób. Optometrysta może nie tylko uzupełnić badanie przeprowadzone u okulisty, ale też podpowiedzieć np. ćwiczenia wzroku lub zalecić terapię wzroku jeśli zauważy, że jest potrzebna. Fajny spec więc jeśli macie możliwość to jest to znakomite dopełnienie kontroli u lekarza okulisty.

Po drugie można zastosować metody mające na celu spowolnienie progresji krótkowzroczności

Wśród nich znajdziemy:

atropinizację – był to pierwszy, bo bodaj najstarszy z istniejących, sposób, który wygooglałam jako matula ze świeżo zdiagnozowanym dzieckiem. Metoda ta w skrócie polega na regularnym zakraplaniu oczu kroplami zawierającymi niskie stężenie atropiny. W zależności od stężenia kropli skuteczność tej metody jest szacowana na 60-70% w porównaniu do grupy placebo.

ortokorekcję – która polega na zakładaniu na noc twardych soczewek kontaktowych, które w rezultacie robią różne czary-mary z okiem (dla wnikliwych: soczewki wywierają ucisk na powierzchnię rogówki zmieniając jej kształt, a w konsekwencji krótkotrwałe zmniejszenie lub zniwelowanie krótkowzroczności), przez co zwykle i krótkotrwale niwelują wadę, sprawiając, że dzieci nie muszą w ciągu dnia nosić okularów i w zależności od badania szacuje się, że spowalniają postęp wady o 30-60% w porównaniu do klasycznych soczewek kontaktowych jednoogniskowych.

miękkie soczewki kontaktowe wykorzystujące technologię dual-focus, które korygują także wadę wzroku i nosi się je w ciągu dnia, jak standardowe soczewki kontaktowe. W trzyletnich badaniach klinicznych stwierdzono, że po zastosowaniu tychże soczewek  postęp krótkowzroczności jest wolniejszy o średnio 59%.

soczewki okularowe HOYA MiYOSMART wykorzystujące technologię D.I.M.S, które jednocześnie korygują wadę na co dzień i zgodnie z wynikami badań klinicznych mogą spowalniać postęp krótkowzroczności średnio o 60% w porównaniu do standardowych soczewek jednoogniskowych. Dostępne dane sugerują też, że nie obserwuje się tu efektu odbicia tj. że gdy dziecko skończy nosić okulary z tymi szkłami to, że wada nagle nie przyspiesza i nie nadgania tego spowolnienia obserwowanego w trakcie noszenia.  Więcej o soczewkach MiYOSMART możecie poczytać TUTAJ. Jest to też technologia, którą aktualnie my planujemy wypróbować (jesteśmy już po konsultacji z okulistą w tej sprawie), bo niestety musimy zmienić szkła w okularkach na takie o większej mocy. Czekamy zatem właśnie na termin wizyty u optometrysty (listę optometrystów, którzy są specjalistami MiYOSMART znajdziecie TU) i zobaczymy co on, a w zasadzie ona, bo idziemy do pani doktor, powie na temat naszego przypadku.

Co jeszcze, czyli wnioski końcowe z perspektywy rodzica.

Mam nadzieję, że udało mi się przekazać wam informacje, które przydadzą się w codzienności i o których wg mnie malutko się mówi. Rozmawiamy wszak o przerwach przy komputerze, choć przy braku konkretnych wskazówek większość z nas i tak ich nie stosuje. Ale już np. o przerwach w czytaniu i jakiekolwiek pracy wzrokowej w bliży zapominamy – ja sama wpadłam w tę pułapkę, bo przecież jak dziecię czyta to dobrze i co ja będę się wtrącać. No i dobrze zaiste, ale jak czyta kolejną godzinę to warto przypomnieć, że za oknem też jest świat.

Za rzadko dyskutujemy też o tym, że fajnie by było jakby dzieci mogły swobodnie spędzać przerwy szkolne na podwórkach – bez ograniczania tego wyłącznie do czerwca kiedy jest ciepło i nie naniosą na korytarze brudku, a przedszkola – absolutnie wszystkie – codziennie wychodzić z dziećmi na dwór, nawet jak maluchy wrócą z niego ubłocone i brudne 😊 Ubrania wszak można zmienić, a z oczami już tak łatwo nie będzie…

Trzymam kciuki za wzrok naszych wszystkich dzieci. Bo oczy nie tylko zwierciadłem duszy są. One też pozwalają dostrzegać absolutne piękno tego świata i – abstrahując od zwiększonego ryzyka komplikacji zdrowotnych – to jako okularnica zwyczajnie zazdroszczę okrutnie wszystkim, którzy mogą podziwiać to piękno wyraźnie i ze szczegółami bez konieczności sięgania zaraz po wstaniu po okulary leżące na szafce nocnej. Bo nawet z najpiękniejszymi oprawkami i z najlepszej jakości szkłami – wygodniej i zdrowiej jest móc dobrze widzieć bez nich. Po prostu.

Dziękuję marce Hoya za zaufanie i zaproszenie do napisania tego tekstu. To była naprawdę ogromna przyjemność i mam nadzieję, że i wy to poczuliście, a wiedza przyda się wam w codzienności! 😊 Jeżeli czujecie się głodni kolejnej porcji wiedzy to możecie też zerknąć do poradnika dla rodziców stworzonego przez ekspertów HOYA. Można go pobrać TU.

Źródła w kolejności występowania w tekście.

  • Holden i wsp., 2016. Global Prevalence of Myopia and High Myopia and Temporal Trends from 2000 through 2050
  • Zhang i wsp., 2015. Association between parental myopia and the risk of myopia in a child
  • Cai i wsp., 2019. An overview of myopia genetics
  • Lingham i wsp., 2021. Time spent outdoors in childhood is associated with reduced risk of myopia as an adult.
  • AAO, 2011. More Time Outdoors May Reduce Kids’ Risk for Nearsightedness. American Academy of Ophthalmology 2011 Annual Meeting
  • Cui i wsp., 2013.Effect of Day Length on Eye Growth, Myopia Progression, and Change of Corneal Power in Myopic Children.
  • Rose i wsp., 2008. Outdoor activity reduces the prevalence of myopia in children.
  • Wu i wsp., 2013. Outdoor Activity during Class Recess Reduces Myopia Onset and Progression in School Children
  • Wu i wsp., 2020. Increased time outdoors is followed by reversal of the long-term trend to reduced visual acuity in Taiwan primary school students.
  • Zadnik, 2020. Myopia Prevention: Here Comes the Sun
  • Rose i wsp., 2008. Myopia, lifestyle, and schooling in students of Chinese ethnicity in Singapore and Sydney
  • Gugenheim i wsp., 2015. Role of Educational Exposure in the Association Between Myopia and Birth Order
  • Sorkin, 2021. Eyes on Screens: Maintaining Your Kids’ Ocular Health in a Digital World. Wykład dla organizacji Children and screens.
  • AAO, 2018. Is Too Much Screen Time Harming Children’s Vision?
  • Tkachenko i wsp., 2015. APLP2 Regulates Refractive Error and Myopia Development in Mice and Humans
  • Chamberlain i wsp., 2019. A 3-year Randomized Clinical Trial of MiSight Lenses for Myopia
  • Lam i wsp., 2019. Defocus Incorporated Multiple Segments (DIMS) spectacle lenses slow myopia progression: a 2-year randomized clinical trial.
  • Lam i wsp., 2022. Myopia control in chiIdren wearing DIMS spectacle lens: 6 years results.

Autorka książki Pierwsze lata życia matki i współautorka Wspieralnika rodzicielskiego. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Od ponad 8 lat wspiera w internecie matki za pomocą tego o blogaska. Pomysłodawczyni nurtu zabaw Montesorry, a także rodzicielstwa opartego na lenistwie. Prywatnie mama trójki dzieci.

Be first to comment