Mamo, nie porównuj się z nikim, bo nawet sama z sobą nie możesz.

6 lat temu urodziłam pierwsze dziecko. Do dziś mogę odtworzyć przebieg całego porodu. Do dziś pamiętam, że po 2 godzinach odpoczynku po porodzie, znanego też jako kontakt skóra do skóry – nie byłam w stanie wstać z łóżka. Pod prysznicem potrzebowałam asysty żeby się nie przewrócić. Po prysznicu do sali i łóżka odtransportowano mnie na wózku. W nocy zwijałam się z bólu, a rano gdy – znowu z asystą położnej – udało mi się dowlec do toalety, na widok swojego odbicia w lustrze zamarłam. Wyglądałam jakby mnie ktoś pobił – skóra na mojej twarzy była cała upstrzona sino-czerwonymi wybroczynami. A moje oczy? Cóż białka moich oczu też były całe czerwone.

Ze względu na żółtaczkę młodej do domu wyszłam dopiero tydzień później. Z trudem wyszłam, bo ze względu na nacięcie krocza każdy krok sprawiał mi ból. Marzyłam żeby móc usiąść jak człowiek i spokojnie bez ciągnącego bólu w kroczu posiedzieć. Ból sprawiały mi też piersi – nie byłam w ogóle przygotowana na to, że piersi w środku mlecznego nawału mogą być powodem takiego dyskomfortu. No i te poranione sutki – mimo sprawdzonego przez położne prawidłowego przystawiania i tak krew się lała… Bolały ramiona nienawykłe do noszenia. I kręgosłup. Zgarbiona, obolała, przerażona – tak dotarłam do domu. I takie piękne pierwsze zdjęcie z córką w domu mam.

Urocze nie? Ciekawe ile serduszek na instagramie zdobyłoby to zgarbione (bo boli), zmaltretowane, czerwonookie stworzenie, które kompletnie nie wie co teraz i zastanawia się czy kiedyś przestanie się tak podle czuć. I choć była we mnie pewna nadzieja, że w domu będzie jednak lepiej, to nie było. Kilka dni później pół dnia przepłakałam w toalecie, bo okazało się, że nawet tak prozaiczna jeszcze przed porodem czynność jak wypróżnianie przerasta moje możliwości – bo ból, strach, wspomnienie porodu. Ze łzami w oczach wysłałam Wirgiliusza do apteki po jakieś środki, które mi pomogą.

Nie ogarniałam życia, choć bardzo chciałam pokazać, że ogarniam – ambicjonalnie chciałam sprzątać, gotować i stawać na głowie, ale nic z tego nie wychodziło. Poza moja frustracją.

Było ciężko fizycznie, bo choć do wagi i sylwetki sprzed ciąży wróciłam dosłownie kilka dni po porodzie, więc co druga istota mówiła, że wow, ale szybko wróciłaś „do formy” – to ja wiedziałam, że wcale w formie nie jestem. Miałam płaski brzuch, ale byłam w kompletnej rozsypce fizycznej.

Psychicznie też nie było lekko – byłam spięta, bo chciałam być mamą tak doskonałą że huhu, więc czytałam te tysiące porad, te wieści o tym jak robić coś w duchu tego i owego albo wychowywać dziecię w nurcie śmego i onego, a że lektura for internetowych pokazała mi że nawet obcinanie paznokci można zrobić źle, bo niezgodnie z filozofią czegoś tam czegoś to w ostatecznym rozrachunku miałam tylko większy mętlik w głowie. Poza tym niby wiedziałam, że tak małe dziecko nie może wymuszać niczego płaczem, tylko płacze, bo nie umie inaczej zasygnalizować, że coś nie gra, ale kurcze jakim cudem ona znowu płacze, to przecież niemożliwe – może jednak wymusza?

A tak w ogóle czy z nią w ogóle wszystko w porządku? Czy ten trudny poród na pewno nie odcisnął na niej żadnego piętna? A czy te krosty to normalne czy alergia? Czy prawidłowo je, śpi, przybiera? Czy prawidłowo robi WSZYSTKO? Kiedy to się skończy, kiedy przestanę się tylko martwić, kiedy zacznie spać, kiedy będzie samodzielna, kiedy sama zaśnie w łóżeczku, a nie na mnie, kiedy będę znowu sobą, a nie tylko noszczem niemowlęcia. Kiedy, kiedy, kiedy. Pewnie nigdy.

Przez te pierwsze tygodnie snułam się w rozciągniętej koszuli do karmienia, zmęczona, wciąż obolała jak diabli i niezdolna do siedzenia, marząca o długiej kąpieli i jednocześnie przerażona wizją tego że woda, a potem ręcznik dotkną moich poranionych sutków, bo to znowu oznacza ból, zakochana w swoim dziecku, a jednak kompletnie przerażona nowym stanem rzeczy. Nie to nie była depresja poporodowa, to nie był wydłużony baby blues (choć w pierwszych dniach i ten mnie dopadł). To po prostu był kosmos, kompletna rewolucja i ciągły dyskomfort fizyczny na które nie byłam przygotowana mimo że wydawało mi się że byłam.

Na wizytę patronażową u pediatry ubrałam się w ładną sukienkę, zrobiłam makijaż, miałam całkiem spoko ułożone włosy, a mimo to wyglądałam tak, że zaraz po przekroczeniu progu gabinetu lekarka sptała czy dobrze się czuje, czy wszystko w porządku, czy potrzebuje pomocy, czy jem jak trzeba, czy mąż przejmuje dziecko jak wraca z pracy żeby mogła odpocząć i w ogóle, co się dzieje, bo jestem blada jak ściana i wyglądam jak trup.

Nie wiem co by było gdybym wtedy nie miała wsparcia – także takiego prozaicznego, fizycznego – od mojej mamy, męża, teściów – naprawdę nie wiem jak bym sobie poradziła, bo fizycznie zaczęłam się czuć dobrze dopiero po jakiś 2-3 miesiącach. Wtedy też zaczęłam chłonąć macierzyństwo, a nie tylko martwić czy wszystko robię dobrze.

6 lat później – rodzę trzecie dziecko. Szybko i sprawnie. Pod prysznic idę dziarsko sama. 3 godziny po porodzie siedzę na łóżku po turecku i nie odczuwam żadnego bólu ani dyskomfortu, trzymam w ramionach młodego, bez cienia zmęczenia, śmiejąc się i wtranżalając kinder bueno rozmawiam sobie z Wirgiliuszem. Z radością chłonę zapach noworodka i nie mam żadnych problemów ze sprawnym poruszaniem się. Robię sobie poprodowego selfiacza żeby móc się wam pochwalić Wikingiem. I choć nadal wyglądam jak troll bagienny, bo na rysy twarzy żaden poród nie poradzi, to nie mam „pobitej” twarzy, zagubionego, czerwonego wzroku, nie jestem blada jak ściana i nie garbię się próbując ochronić przed bólem.

Wychodzę do domu po 2 dobach i czuję się fantastycznie. Mogę siedzieć, nie bolą piersi, nie bolą sutki, ramiona nawykłe do tulenia nieco większych dzieci nie czują nawet czterokilogramowego ciężaru noworodka. Mogę robić wszystko – sprzątać, gotować, ściany malować – ale nie robię nic, bo wiem, że najlepsze co mogę zrobić dla mojej rodziny to… odpocząć. Po trudach ciąży moje ciało potrzebuje pełnej regeneracji i troskliwego traktowania by wrócić do sprawności i cieszyć się nią latami – także dla nich. Obiady mam więc głęboko w nosie, a do sprzątania nie podchodzę już ambicjonalnie. W ogóle do niego nie podchodzę 😉 Zamiast tego leżę, odpoczywam, dbam o siebie, chłonę chwile, które szybko miną. I piekę ciastka. Bo lubię.

Gdy młody płacze nie analizuję, tylko tulę. I nie martwię się tym co robię i jak robię, bo mam głęboko w nosie wszystkie nurty i filozofie rodzicielskie, a jedyny duch w jakim chce tworzyć swoje rodzicielstwo to duch alicjowy. Mój prywatny, osobisty. Zgodny z moją wizją. Cztery tygodnie po porodzie leżę tu więc pośród pogniecionej, rozrzuconej pościeli, słucham muzyki, piję lemoniadę ze szklanki, która dołączy zaraz do kolonii pozostałych szklanek rezydujących na mojej szafce nocnej, dokładając kolejną cegiełkę do panującego tu rozgardiaszu, spoglądam z radością jak starszaki się bawią, a najmłodszy śpi snem sprawiedliwego i jestem obłędnie szczęśliwa.

Kiedy więc kolejny raz jakaś świeżo upieczona matula pisze do mnie na instagramie żebym powiedziała jak to robię, że mam czas na cokolwiek i że nie mam worów pod oczami, za to mam czas żeby sobie te oczy, a nawet paznokcie pomalować i w ogóle czemu tryskam tylko radością odpowiadam, że nie wiem. Bo jedyne co wiem to to że byłam po obu stronach i że nigdy, absolutnie nigdy nie możemy się porównywać do innych mimo że wydaje się nam że możemy bo mamy podobną sytuację, czyli noworodka w domu. Noworodek to jedyne co nas łączy – reszta okoliczności jakie nam towarzyszą w tej sytuacji może być skrajnie różna. Nie porównujcie się więc z nikim, bo jak widać na moim przykładzie – czasem nawet z sobą samym się nie da.

Mama Pierworodnej (6), Drugorodnego (4) i Wikinga co noworodem na razie jest. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna.

22 komentarze

  • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

    ania

    Absolutnie się nie porównując… Miałam tak samo;) przy pierwszym dziecku razem z mężem nie ogarnialiśmy zupełnie sytuacji we dwoje, budziłam go w nocy bo nie miałam sily wstać lóżka. Przy trzecim z sali porodowej wróciłam na własnych nogach i też siedziałam po turecku ( jaka radość!) pozdrowienia:)

    • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

      Alicja

      Super! ps. historia Twoich komentarzy właśnie mi pokazała komentarz w którym piszesz że pamiętasz mnie z akademii z podstawówki – o wow 😀

      • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

        ania

        Serio, długo się nad tym głowiłam skąd Cię znam:) Ty byłaś wtedy w ósmej klasie chyba więcej czuło się ten autorytet;)

  • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

    ania

    A i nawet nasze dzieci prawie w tym samym wieku( bez porównywania;)

  • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

    Marta

    Alicjo, bardzo dobrze, dosadnie i od serca to napisałaś! Dokładnie tak, nie porównujmy się z innymi, to absolutnie nie ma sensu. Na wiele rzeczy nie mamy wpływu. I naprawdę warto i trzeba jako mama dbać o siebie, wypoczywać i po prostu cieszyć się rodzinną codziennością. Życzę Tobie i Wam jak najwięcej takich spokojnych, szczęśliwych chwil! I faktycznie pięknie wyglądasz!

  • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

    Ania

    Dziekuje bardzo za ten wpis. Napisz prosze, jesli mozesz, jak, po tak koszmarnych (chyba moge tak napisac?) doswiadczeniach zdrcydowalas sie na kolejne dzieci. Ja, majac w pamieci swoj pierwszy porod I pierwsze miesiace z nieustannie placzacym dzieckiem nie potrafie sie przekonac do tego zeby miec wiecej dzieci…

  • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

    prawdzianka

    Odczucia po pierwszym – identyko 🙂 Położne zmusiły mnie do wyjścia do toalety po 5 godzinach po porodzie strasząc cewnikiem- zemdlałam w niej, Mąż przyniósł mnie do sali i nie wstałam już do wieczora. Na drugi dzień odkryłam swoją posiniaczoną twarz… Wypisana zostałam z anemią, ledwo doszłam do auta na parkingu, miałam problem z wejściem na II piętro. Choć z czasem musiałam się zebrać w sobie, bo kiedy Minio miał niespełna 4 tygodnie ja zaczynałam sesję letnią na IV roku studiów. I pomyślnie trafiłam na V rok 🙂

    Poród nr 2 to był express 🙂 niby nic, niby coś… Położna twierdziła, że takie skurcze to nie skurcze i rozwarcia właściwie brak… Zrezygnowana po całej nocy leżałam na łóżku i płakałam… Nagle ból tak silny, że personel się mocno zdziwił… 3 bóle parte i 4160g Córy na świecie. Góry mogłam przenosić po 🙂 prysznic w 2 godziny po porodzie 🙂

    A nr 3? Po oksy, więc bolało bardziej. Gdyby nie hemoroidy – byłaby bajka. Ale też po turecku siedziałam i śmigalam zadowolona. Chciałam wracać do domu jak najszybciej. Kinder Bueno i Bounty zajadałam zadowolona. I na wieczornej wizycie usłyszałam od dr neonatolog, że mogę jeść absolutnie wszystko 🙂

  • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

    Dorota

    Oj, jak ja Ci przybijam piątkę za ten wpis! Po urodzeniu pierwszego dziecka byłam tak zmaltretowana, że myślałam, że nic gorszego już mnie w życiu nie spotka (oczywiście nic lepszego, w sensie noworoda, również). Rozczochrana, obolała, zrzędziłam tak, że sama nie mogłam tego zrzędzenia słuchać. Użalałam się nad sobą przeokrutnie i z niczym nie dawałam sobie rady, mimo ogromnego wsparcia i chłopa i rodziców i wszystkich dookoła.
    Trzy lata później urodziło się drugie. Chore, ciężka wada serca, do operacji ratującej życie kilka dni po porodzie. I co? Pomimo dużo cięższego porodu (rozległy krwotok), pomimo psychiki na poziomie dna den, wstałam, otrzepałam koszulę nocną i poszłam na intensywną terapię siedzieć całe dnie na twardym krzesełku, ogarniać dziecia wśród miliona kabelków, podawać leki, ważyć pieluchy, ściągać mleko, podawać mleko, inhalować, nasłuchiwać monitorów, wstawać pierdyliard razy w nocy, SAMA (bo ojciec w domu z pierworodną). I tak przez 2 miesiące. Do tego ogarnianie domu przez telefon. Ani razu nie jęknęłam na swój los, radę dałam ze wszystkim. Nie pamiętam, czy coś mnie bolało. Chodziłam oczywiście głodna, ale tylko na dobre mi to wyszło 🙂 Myślę, że po takim treningu trzeciego porodu i połogu mogłabym nawet nie zauważyć, dlatego na razie pozostaję przy dwójce. Nadal trochę mi wstyd za moje jęczybułstwo te 6 lat temu, ale tylko trochę, bo bez ostrego treningu wtedy, nie poszłoby mi tak dobrze za drugim razem. A ostry trening przecież musi być okupiony cierpieniem 😉

  • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

    Meliemka

    Ja po pierwszym ledwo nogami ruszałam… jakieś dwadzieścia-parę szwów, siedzenie na półdupku przez sryliony długich, bolesnych godzin. Wszystko bolało, poród, szycie, rana, piersi, ściąganie szwów (na raty, bo kto by za pierwszym podejściem wynalazł wszystkie?). A po drugim wyszłam na żądanie po 5 godzinach od porodu i poza zmęczeniem fizycznym czułam się super 😀

  • Odpowiedz Czerwiec 12, 2018

    Madzik

    Nie porównując, ale podobnie miałam. Pierwszy poród 6 lat temu przewrócił moje życie do góry nogami i pozostawił bolesne wspomnienia związane z nacięciem krocza. Drugi poród wspominam bardzo dobrze. Byłam tak szczęśliwa że udało się bez nacinania, że mogłam góry przenosić. Trzeci poród może trochę fizycznie mnie doświadczył, bo byłam dość słaba po wyjściu ze szpitala, to psychicznie byłam jednym wielkim szczęściem i do teraz tuląc mojego juz 2-miesięcznego malca wiem, że potrójne macierzyństwo to piękna sprawa bo dopiero teraz przeżywam je tak jak należy 😁

  • Odpowiedz Czerwiec 13, 2018

    Karolina

    Amen. Ważny dla mnie tekst o tym co trudne i piękne. Porównywanie, a za nim ocenianie, krytykowanie – niczemu nie służy. Jest to duże źródło frustracji i wewnętrznego niepokoju. Byłabym znacznie spokojniejsza, gdybym nie miała w głowie jako wzoru obrazu moich koleżanek, których dzieci nie płakały godzinami i można było do nich wpaść niedługo po porodzie…. Myślałam, że ze mną i moim dzieckiem jest coś nie tak. Niestety inni też usilnie porównują…Oszczędziłoby mi wiele nerwów, gdybym nie usłyszała od teściowej jak 30 lat temu opiekowano się niemowlęciem a na krwawiące tygodniami brodawki nie usłyszała – jak dziecko będzie miało zęby to dopiero zobaczysz… Odnalazłam siebie w Twojej historii. Po roku czasu patrzę na dawną mnie – świeżo upieczona mamę – z wyrozumiałością. Chętnie przytuliłabym ją i powiedziała, że jest dobrą mamą, robi wspaniałą robotę i że będzie tylko lepiej. Nabrałam odwagi i pewności w macierzyństwie i ogólnie jako człowiek.

  • Odpowiedz Czerwiec 13, 2018

    KasiaFru

    Pięknie powiedziane!

  • Odpowiedz Czerwiec 13, 2018

    Asia

    Obiema rękami i nogami mogę się pod tym tekstem podpisać! Ja co prawda tylko po dwóch porodach, ale znacząco różnych. Po pierwszym – zmęczona, obolała, ledwie żywa, z rażąco podobnymi przypadłościami co w artukule opisane, po drugim – pewnie mogłabym od razu o własnych siłach iść do domu 🙂
    Pamiętam, że na tyle nie ogarniałam sytuacji przy pierwszym dziecku, że po dwóch tygodniach ciągłego zajmowania się Małym Człowieczkiem stwierdziłam do męża, że muszę zaraz, w tej chwili wyjść chociaż na chwilę z domu sama, chociażby na spacer pół-godzinny, bo jak nie, to zaraz oszaleję;)
    I faktycznie pamiętam, że czułam się jakby mnie ktoś na chwilę z klatki wypuścił ;))
    Oczywiście teraz takie uczucia są mi już, na szczęście zupełnie obce, ale pierwsze doświadczenia z nowym członkiem rodziny, zwłasza będąc zewsząd bombardowana super radami i receptami na wszystko (nie zawsze, albo raczej w większości, nie-chcianymi), bywają ciężkie;)
    Całe szczęście, że człowiek ma wbudowany mechanizm obronny/ adaptacyjny coraz mniejszego przejmowania się opiniami i radami wszystko-wiedzących 😉
    Pozdrawiam i dziękuję za ten (kolejny) jakże trafny tekst :-)!

  • Odpowiedz Czerwiec 13, 2018

    Miiii

    Ważny tekst. Jednak warto porównywać się z samą sobą, żeby docenić własne postępy 🙂

    Moja historia jest inna. Pierwszy poród też długi, trudny, dziecko z wadą letalną. Wiadomo było już wcześniej, że umrze. Choć sam poród był ciężki, w dodatku nie zakończył się radosnym kwileniem synka, to ciało wróciło do formy błyskawicznie mimo cięcia krocza, pleców posiniaczonych znieczuleniem i ogólnego wyczerpania (dwie doby bez jedzenia). Z braku dziecka wszyscy (łącznie ze mną) troszczyli się o mnie i 3 miesiące później znów byłam w ciąży.

    Drugi poród… ludzie się śmieją jak mówię, że nie bolało. W porównaniu do pierwszego (oksytocyna) to jednak tak, jakby nie bolało. Parte trwały prawie godzinę – czym to jednak jest przy partych trwających 5 godzin? Pęknięcie niby lepsze od cięcia poprzednim razem, ale minus był taki, że nie bolało zbytnio i zapomniałam, że trzeba uważać. Goiło się więc równie długo. Ale choć miałam upragnione żywe dziecko, potem było ciężko. To co pisałaś – ciągle wątpliwości, czy wszystko jest dobrze i czy dość dobrze. Czy dość mocno kocham? Nawet takie pytanie się pojawiło. Kompletny brak organizacji w domu, parę miesięcy chaosu. Organizm ponownie wrócił szybko do formy, ale tym razem bynajmniej nie byłam gotowa na kolejną ciążę 3 miesiące po porodzie 😉

    Lada dzień poród nr 3, a dziecko w domu dopiero drugie. Bardziej boję się o starszaka (wciąż bardzo młodego, bo jednak zdecydowaliśmy się na kolejne, jak skończył roczek), niż o samo rodzenie. A po powrocie ze szpitala zamierzam wyluzować i odpoczywać tak, jak się będzie dało. Życie jakoś na nowo się poukłada w swoim czasie.

    • Odpowiedz Czerwiec 18, 2018

      Kasia

      Poza Twoim pierwszym porodem wszystko inne bardzo podobne. U mnie różnica między dziećmi 15 mc. Druga ciąża totalny szok, ale uczucia po urodzeniu dziecka sto razy lepsze niż za pierwszym razem.
      Obawiałam się, jak dam radę sama z dwójką maluchów i okazało się, że daję radę.,mimo, że męża mam w domu tylko w niedzielę i czasem mama wpadnie na tygodniu. Ty też sobie poradzisz.
      Faktem jest, że olałam sprzątanie, raz w tygodniu odkurzę a kto ma 20 mc dziecko wie, że to stanowczo za rzadko, raz na miesiąc podłogi umyję i się żyje już 5 mc. Tłumaczę sobie, że w brudnym otoczeniu dzieci chroni się przed alergią i coś w tym jest, bo mój mąż jest alergikiem a dzieci nie wykazują tendencji.

  • Odpowiedz Czerwiec 13, 2018

    Lu

    U mnie podobnie. Za drugim razem wszystko łatwiej, szybciej. Mniej boleśnie. Gorzej było tylko z moją formą – jako mama ledwie dwuletniej dziewczynki i partnerka non stop pracującego faceta poszłam rodzić totalnie zmęczona. A to był błąd, duży. Ale poza tym wszystko git! A możliwość siadania szybko po wszystkim… ach… kto nie rodził, nie zrozumie. Precz, poduszko z dziurką.

  • Odpowiedz Czerwiec 13, 2018

    Agnieszka Lisowska

    Dotarłam do najnowszego wpisu, a to oznacza, że właśnie przeczytałam Twój cały blog! Znalazłam go ok 2 miesięcy temu w trakcie walki z kolką i zostałam.
    Świetnie piszesz i dałaś mi wraz ze Współpiszącą wiele odpowiedzi na nurtujące pytania, a przede wszystkim wsparcie. Pozdrawiam serdecznie i czekam na więcej. 🙂

  • Odpowiedz Czerwiec 13, 2018

    tola

    Twoj opis sytuacji z pierwszej ciazy tak bardzo przypomina mi moja sytuacje..z jedna roznicą ze ja nie mialam do dyspozycji rodziców ani teściów, był tylko mąż, który duzo pracował więc i on nie bardzo mógł pomóc. Nikomu tego nie zyczę…zylam zamknieta w 4 scianach, tak naprawde odetchnelam jak młody poszedl do przedszkola. Raczej bedzie jedynakiem 🙂

  • Odpowiedz Czerwiec 14, 2018

    Mama Ewci i Maciusia

    Zdjęcie z Pierworodną przypomina mi moje foto z córką – po cesarskim cięciu w sierpniu. Czyli: byłam spuchnięta, blada i niewyspana. Marzyłam tylko o tym, żeby mała jadła jak najrzadziej, bo tak mnie piersi bolały przy karmieniu, że och i ach. :-\ Gdy miała tydzień, jechaliśmy do ortopedy dziecięcego, bo urodziła się ze stopą “końsko-szpotawą” i pediatra w szpitalu nastraszyła mnie, że może ciężko być to wyleczyć… Wyszłam ze szpitala szybko, ale nawet do toalety nie mogłam iść, bo mąż (chętny do pomocy, ale zestresowany sytuacją) krzyczał za mną, żebym szybko wychodziła, bo córcia płacze… Byłam zmęczona, sfrustrowana i zła na cały świat, bo… porównywałam się do mojej starszej siostry, która rok wcześniej urodziła oraz do bratowej męża (także młodej matki). U nich wszystko wydawało mi się piękne i proste, a u mnie? Począwszy od cesarki problemy z karmieniem i wiecznie głodne dziecko… Budzenie się co godzinę i brak czasu na moje jedzenie. Gdy wróciłam ze szpitala byłam jednym kłębkiem nerwów i… żałowałam, że w domu nikt nie może za mnie karmić piersią. Nie tak miało być!
    Byłam po poronieniu i wydawało mi się, że nie może być gorszej sytuacji. Otóż myliłam się: macierzyństwo też bywa trudne.
    Poród nr 2: w szpitalu tydzień przez żółtaczkę dziecka, w domu starsza córcia. Tęsknota za nią. Piękny, dobry poród naturalny (długi, ale czułam się “panią sytuacji”). Ból przy siedzeniu, ale z radością karmiłam piersią i cieszyłam się maluchem. Odliczanie do wyjścia do domu. I szalona radość z nowego życia. W domu: mąż zrobił mi zdjęcie z synkiem i orzekł: “Wiesz, wyglądasz o wiele lepiej niż po pierwszym porodzie!”. Ogarniałam sama wszystko, a przy starszej córce-noworodku- nic. Czułam, że jestem we właściwym miejscu o właściwej porze. I teraz nie opuszczają nas problemy: np. z watrobą synka. Za 2 tygodnie zobaczymy, czy jest lepiej. Ale jestem pełna nadziei.
    Masz rację: nie wolno się porównywać z matkami, nawet ze sobą jako matką. Pozdrawiam.

  • Odpowiedz Czerwiec 14, 2018

    Kasia

    Jak zwykle świetny wpis. Ja po 2 CC, ale odczucia zupełnie podobne. Pierwsze- koszmar, drugie już spoko. Dzięki za te słowa. To bardzo ważne, żeby odpuścić porównywanie i żyć swoim tu i teraz.

  • Odpowiedz Czerwiec 16, 2018

    Asia

    U mnie podobnie choc inaczej 😉 pierwszy poród to doświadczenie wrecz mistyczne. Dluzszy czas po nim tez niezwykly. Drugi tez dobry,ale okupiony niepokojem o corcie-wczesniak. Trzeci natomiast najtrudniejszy. I czas po nim tez natrudniejszy. Mimo ze fizycznie cakiem ok poza piersiami,to psychicznie sie rozpadlam. Dwa miesiące bylo trudno z sama soba.

  • Odpowiedz Czerwiec 18, 2018

    Gosia

    Dziękuję za ten wpis. Czysta prawda. Wczoraj właśnie poruszyłam temat: a w przedszkolu większości dzieci robi tak, a moje tak nie robi … na co przytoczona została mi amerykańska maksyma: comparison is a thief of joy (porównywanie jest złodziejem radości) i się rozkleiłam.

Leave a Reply