Tobołek

Patronem wpisu jest marka Baby Dove

Sporo mam najmocniej podkreśla zapach. Zapach noworodka. Ale ja zawsze najbardziej chłonęłam oczy. Zdziwione i niesamowite, niczym oczy przedstawiciela pozaziemskiego gatunku, który nagle pojawił się na naszej planecie i stara się ją zrozumieć, lustrując świdrującym spojrzeniem.

I jeszcze te wszystkie żyłki wyraźnie widoczne pod cienką jak pergamin skórą. Przypominają trochę mapę. Nie wiem czy bardziej skarbów czy tajemnic. Nie wiem, ale żałuję, że dopiero za trzecim razem studiowałam ją tak pilnie, tak zachłannie i z takim zachwytem.

Pierwsze dni z dzieckiem są wyjątkowe. Ta szczególna atmosfera, ta pełna oczekiwania cisza w trakcie noworodkowej drzemki, to spojrzenie, które wymieniliście odrywając na chwilę wzrok znad waszego dzieła – moment tylko, ale nigdy wcześniej nie czuliście się tak zakochani, wdzięczni za to co was łączy, zjednoczeni. A potem ta ekscytacja, że możecie przedstawić to dzieło bliskim ludziom. I ten ich zachwycony szept. I drżenie Twoich ramion gdy pierwszy raz przekazywałaś małego człowieka w ramiona tych, których kochasz, z namaszczeniem, dumą i strachem, jak najcenniejszy i wyjątkowo kruchy skarb.

Pamiętasz? Oczywiście, że tak. Te emocje są w Tobie. Ale gdy wejdziesz głębiej to wiesz też, że tych emocji było więcej i że nie wszystkie były tak magiczne. Gdy wejdziesz głębiej przypomnisz sobie ból fizyczny i emocjonalny, złość na niego, że nie zachowuje się po dziecku tak jak w scenariuszach z Twojej głowy, lęk o najdrobniejszy z drobiazgów, paraliżujący strach o to czy robisz dobrze, jak trzeba i nie psujesz, łzy i wyrzuty sumienia indukowane przez myśli dlaczego nie tryskam entuzjazmem skoro wszystkie moje marzenia się spełniły, i to przerażenie gdy trafiłaś na historię przegranej dziecięcej walki z chorobą, bo przecież gdyby Twojemu dziecku się coś stało… A wszystko to przeplatane myślami „ja się chyba do tego w ogóle nie nadaję”.

I jeszcze ta frustracja, która dusi gdy opadną pierwsze emocje, gdy utkniesz na łóżku pod ciężarem nieodkładalnej istoty, gdy widzisz rozgardiasz w domu, gdy słyszysz jak produktywnie żyją w tym czasie inni. Że zdobywają kolejne stopnie na ścieżkach kariery, osiągają sukcesy, zwiedzają, realizują się i marzenia, a Ty nawet z obiadem nie wyrabiasz, a co tu mówić o życiu zawodowym, przecież w sumie to nawet nie masz pewności czy będziesz miała gdzie wrócić i czy w ogóle będziesz chciała, bo przecież te małe pulchne policzki…

No, ale trzeba, trzeba się wziąć w garść, bo życie pędzi, więc trzeba wrócić do biegu, inaczej stracimy, wypadniemy ze stawki, przegramy. Słuchałam ostatnio jednej instagramerki – bardzo fajnej, mądrej dziewczyny, kobiety sukcesu, obserwuje ją masa kobiet, a ona mówiła właśnie o tym, że nie można spocząć na laurach, że trzeba planować, zastanawiać co będzie dalej, myśleć do przodu, bo nigdy nie wiadomo co nas spotka w życiu. Kilka lat temu dałoby mi to potężną dawkę motywacji i równie dużą frustracji. Kilka lat temu podglądałabym innych i chciałabym tak jak oni.

Dziś, choć rozumiem i szanuję jej podejście, wszak sama tam kiedyś byłam, widzę to inaczej. Dziś, leżąc z Wikingiem w ramionach, w naszym rozgardiaszu życiowo-domowym, mam pewność, że niczego nie tracę. Wręcz przeciwnie, ja zyskuję. Zyskuję tu i teraz, bo w pogoni za tym co będzie, przestajemy zwykle zauważać, że jedyną pewną rzeczą jaką mamy jest tu i teraz właśnie. Nic poza tym.

Wypisałam się więc z tego biegu i trwam w miejscu by jeszcze raz przestudiować mapę żyłek pod cienką skórką, zapamiętać ich układ zanim przestanie być widoczny.

Przestałam patrzeć na to co robią inni. Patrzę na to co robi mój syn.

Przestałam myśleć o tym jak fajnie będzie kiedy urośnie, usiądzie, będzie bardziej samodzielny. Zaczęłam myśleć o tym jak fajnie jest teraz, kiedy przed popołudniową drzemką zasypia w moich ramionach. I o tym, że niedługo przestanie się w nich mieścić. Trzymam go więc mocno, chłonę mały nosek, bródkę, usteczka wydęte i zastygłe w pół w odruchu ssania. Trzymam chwilkę dłużej, i jeszcze jedną, i jeszcze… ze spokojem pozwalam sobie na kolejne minuty bezczynnego studiowania jego idealnej twarzyczki, mimo że mogłabym go już odłożyć i zrobić tysiące ważnych rzeczy. Ale dziś już wiem, że rzeczy poczekają. Czas nie.

I że to On jest ważny, a rzeczy nie.

Tulę więc zachłannie swój ostatni mały tobołek. I ze spokojem chłonę. Ostatni pierwszy uśmiech. Ostatnie pierwsze mama. Ostatnie pierwsze wszystko.

Dla niego każde jego pierwsze to początek nowego etapu życia, dla mnie każde jego pierwsze to koniec pewnego etapu macierzyństwa.

Kiedy dwa lata temu marka Baby Dove zaprosiła mnie do udziału w kampanii Prawdziwe Macierzyństwo, w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że razem uda nam się zrobić tyle fajnych rzeczy. Pamiętacie wpis o narodzinach matki? Ten o kryzysie tożsamości i przedefiniowaniu wszystkiego co wiemy o sobie – reakcje na niego zaskoczyły mnie totalnie. W mailach i komentarzach znalazłyście bowiem bezpieczną przestrzeń by mówić w końcu nie o dziecku, a o was, o waszych uczuciach, emocjach, troskach, radościach, osamotnieniu. Tak właśnie wygląda prawdziwe macierzyństwo, myślałam wtedy i obiecałam sobie, że niezależnie od wszystkiego, zawsze będę z wami brutalnie szczera, bo my matki, jesteśmy to sobie winne.

Dziś więc, prawie siedem lat po narodzinach pierwszego dziecka i ponad 6 miesięcy po narodzinach trzeciego, chcę wam powiedzieć, że prawdziwe macierzyństwo może mieć też inny wymiar. Że może być tak zwyczajnie piękne, niezmącone nierealnymi oczekiwaniami i kryzysem tożsamości, że może być wolne od porównań i zagubienia, że można je smakować, celebrować, nie poganiać. I że niezależnie od tego, na którym etapie teraz jesteś i niezależnie od tego co czujesz, pamiętaj, że nie jesteś w tym sama – miliony kobiet na świecie, czują, bądź czuły to samo, gdy trzymały w ramionach swój pierwszy, kolejny, ostatni malutki, kwilący tobołek.

Mama Pierworodnej (6), Drugorodnego (4) i Wikinga co noworodem na razie jest. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna.

23 komentarze

  • Odpowiedz Listopad 20, 2018

    Helen

    To chyba plus bycia dojrzałą mamą, że ja tak miałam z pierwszym już synkiem. Co wieczór chciało mi siė płakać, że dzień się skończył, że ta piękna chwila przemija, że pierwsze słowa jutro mi się osłuchają, itp. A dziecko miałam nieśpiące, nieodkładalne, z tzw utajonym refluksem i niewiele pomocy z zewnątrz. Ale pierwszy raz w życiu czułam się naprawdę kompletna, kompetentna i niezastępowalna. Mamom, ktore w tym czasie pisaly doktoraty lub awansowaly, nie zazdroscilam, bo wiedzialam, co ja zyskuje i jakie to dla naszego mikroświata ważne. Obiady i porządek, zwlaszcza pierwwze 6 m-cy, kompletnie mnie nie interesowały 😉 Gdy widzę jak innym mamom trudno na początku’ , to az mi glupio że ja miałam taką idyllę przez caly pierwszy rok. Dzisiaj, gdy syn jest przedszkolakiem i ta euforia i fuzja minęły, jestem juz spokojna, ze nawet w wieku 5 lat jest tak samo fascynującym stworzeniem (i mniej męczącym) i ciekawa, jaki będzie z kazdym nowym rokiem. Ciekawa jestem teżczy z drugim dzieckiem będzie podobnie, choc zmęczenie i obowiązki względem starszaka sprawią, że to będą inne warunki i nowa przygoda.
    Piękny wpis.

    • Odpowiedz Listopad 20, 2018

      Alicja

      Często zastanawaiłam się czy wiek ma wpływ na odbiór pierwszego macierzyństwa – niestety nie znam badań ale w najblizszym otoczeniu mam reakcje skrajne – jednym łatwiej przez dojrzałość innym po latach byciu panem siebie i swojego życia mam wrażenie jednak trudniej. Ciekawa sprawa.

      • Odpowiedz Listopad 20, 2018

        Mika

        Podpisuję się pod każdym słowem Helen! Córkę urodziłam w wieku 35 lat i też – mimo jej nieodkładalności – była idylla, zero kryzysu tożsamości, pędu, żalów i wydaje mi się, że to dzięki mojemu wiekowi. Aż mi głupio nieraz było, że mam za dobrze… a dom ogarniał mąż 🙂 Zobaczymy jak będzie z drugim, mam nadzieję, że nie gorzej…

        • Odpowiedz Listopad 21, 2018

          Rainha

          Ja też urodziłam pierwsze dziecko mając lat 30 i kilka. I mimo “dojrzałości”, przez pierwsze miesiące macierzyństwo mnie totalnie przygniotlo i przerosło. Wpis Mataji o narodzinach matki bardzo dużo mi wyjaśnił. Więc wiek chyba nie ma znaczenia. A teraz jak mam drugie dziecko to jestem wyluzowana i od porodu wszystko przychodzi mi łatwiej i bez spiny. Ale fakt, że macierzyństwo jest najpiękniejszym darem i nawet przy trudnościach z pierwszym dzieckiem (a raczej ze sobą 😉 ), nigdy nie chciałabym cofnąć czasu!!!

      • Odpowiedz Listopad 21, 2018

        Bacha (Grzegorz Bączek)

        Urodziłam pierwsze 4 miesiące przed czterdziestymi urodzinami. Śmiem twierdzić, że wiek nie ma żadnego znaczenia i przytłaczac cię będzie wszystko to, co młodsza pierworodke; debiut to debiut. I jeszcze takim banalem rzucę – z mojego doświadczenia wynika, że dojrzałość nie ma zbyt dużo wspólnego z wiekiem…

  • Odpowiedz Listopad 20, 2018

    Ania

    Cudnie mi się czytało. Dzięki. Za często zapominam o tych moich mniejszych i większych tobołkach chociaż zgadzam się z Tobą w 100%. Świat poczeka, chociaż tak często wszystko woķół próbuje nam wmówić coś innego.

  • Odpowiedz Listopad 20, 2018

    Ewa

    Piękny wpis, dokładnie to samo mogłabym napisać o sobie ( tylko pewnie nie wyszłoby tak ładnie). Mój ostatni trzeci “tobołek” ma prawie 6 m-cy (starsze 13 i 9 lat) i najeażniejsze to zatrzymac w pamięci wszystkie piękne momenty, przy starszych zabrakło tego pełnego skupienia.

  • Odpowiedz Listopad 20, 2018

    m

    No dobra, czas na ochy i achy – uwielbiam Twój blog! Jedyny, tzw parentingowy, który czytam z przyjemnością, przy którym nie czuję, jak zwoje mózgowe mi się prostują i jedyny, który nie przekonuje, że do szczęscia potrzeba mi tylko zakupu najlepszej edukacynej zabawki/suszarki do prania/eko sreko otulaczy za tysiąć pięćset sto dziewięcset – odpowiednie skreśl. Dziękuję!!! Ten wpis genialny, chyba siedzisz w mojej głowie, jeśli chodzi o mieszaninę uczuć wobec noworoda. Nie zapomnę pierwszej nocy z córką – spojrzałam w jej oczy i zobaczyłam cały kosmos. Wydala mi się tajemniczym przybyszem z innej planety. Teraz jestem na tzw ekhem “urlopie” z drugim dziecięciem, traf chciał, że o wiele łatwiejszym w obsłudze od pierwszego. 5 miesięcy i śpi 8h ciurkiem w porywach do 10h. Metodę nie podchodzenia przy byle kwęknięciu opisaną w poprzednim wpisie, wyczytałam w jakimś podręczniku i zastosowałam z powodzeniem. Ale poza tym pomógł spokojny temperament malca i moja dieta, dzięki której nie ma kolek. Jak widac na moim przykładzie, przesypianie nocy to kombinacja wielu składników. No i tu dochodzę do postu aktualnego – taki spokojny egzemplarz bardzo ułatwia spokojne cieszenie się macierzyństwem. To, że to drugie dziecko – też. Co prawda planuję co dalej (między innymi po to, żeby zapewnić sobie docelowo więcej czasu z dziećmi i lepszy work life balance), ale nie przeszkadza mi to doceniać wspólnych chwil 🙂 Pozdrawiamy, nie przestawaj, jesteś najlepsza!

  • Odpowiedz Listopad 20, 2018

    Agnieszka

    Czuję dokładnie to samo….moj trzeci najmodszy syn wlasnie skonczyl rok.dobrze wiedzieć że nie jestem sama ;)I chociaż kariera w korpo jest to już mi tak nie zależy być VP. Tak Ja piszesz liczy się tu i teraz!!!!I tak czy tak jest Operation Director ale w domu…;)

  • Odpowiedz Listopad 20, 2018

    Aga

    Helen wyraziła to co i ja chciałam napisać. Dzięki temu, ze już za niczym nie gonię, bo sama doszłam do tego, ze zdane awanse, długie godziny pracy ani drogie pięknie urządzone mieszkanie nie są mi potrzebne do szczęścia, mogłam cieszyć się syneczkiem w 100%. Dla mnie tez ten pierwszy rok to była idylla. Dalej jest pięknie i oby tak zawsze.
    Pod koniec wpisu tez miałam gule. Pięknie to napisałaś Ala.

  • Odpowiedz Listopad 20, 2018

    Marta

    Bardzo ładny wpis, najlepsza reklama większej ilości dzieci. Bardziej mnie przekonuje do postarania się o trzecie niż 500+ 😉

  • Odpowiedz Listopad 21, 2018

    baixiaotai

    Dziękuję, że tak pięknie zmieściłaś w słowach to, co czuję 🙂 Całe szczęście mnie się udało już przy pierwszym dziecku 🙂

  • Odpowiedz Listopad 21, 2018

    Kasia Be

    Poplakalam sie ze wzruszenia!

  • Odpowiedz Listopad 21, 2018

    Wiola

    Że też ja nie wiem, dlaczego wcześniej nie trafiłam na Twoją stronę? Tyle ciekawostek, tyle porad, takie ciekawe spojrzenie na świat… i dzieci. Na pewno będę tutaj częściej zaglądać. Pozdrawiam.

  • Odpowiedz Listopad 21, 2018

    Ania

    Dziękuję! Pięknie to napisałaś. U mnie była sinusoida. Przy pierwszej chłonęłam każdą sekundę, przy drugim płakałam, że rośnie, ale nie mogłam się doczekać, aż urośnie. Mimo to byłam przepełniona frustracją, że wszystko przechodzi mi koło nosa. Zaczęłam na siłę jeździć na kursy, szkolić się, gdzie tylko mogłam i… W trzeciej ciąży musiałam zwolnić, odpuścić. Dopadła mnie frustracja mega, mega wielka… Nie było we mnie zgody na własny wybór, że jestem w domu, że teraz jestem cała dla dzieci… I przyszła czwarta ciąża. Dzisiaj mój tobołek ma pół roku. Dzisiaj chłonę każdą sekundę. Dziękuję Opatrznosci, że mogę być w domu, że dzięki temu mam też czas dla starszych… I jestem pewna, że TEN CZAS tu i teraz jest dla mnie najważniejszy. I że życie tak potrafi zaskoczyć, że nie ma sensu robić planów i za wszelką cenę myśleć o przyszłości zapominając o teraźniejszości. Jestem wdzięczna za tu i teraz. Dziękuję Ci za ten wpis. Jest dla mnie bardzo ważny.

  • Odpowiedz Listopad 21, 2018

    Sabina

    Dziewczyno! Powinnaś zabronić czytania tego wpisu matkom z malutkimi dziećmi albo chociaż dawać na początku wielki znak ostrzegawczy w stylu – czytasz na własne życzenie 🙈
    Teraz pół nocy będę stać nad łóżeczkiem mojego dwumiesiecznego synka i ryczeć ze wzruszenia 🤷‍♀️🙈 Tyle pół żartem pół serio. A poważnie to cudny wpis. Bardzo wzruszający ❤

  • Odpowiedz Listopad 22, 2018

    TataMat

    Zakończenie tego artykułu mnie rozwaliło. Dziękuję za to:)

  • Odpowiedz Listopad 23, 2018

    Mama Ewci i Maciusia

    Alicjo, naprawdę masz dar słowa pisanego. Umiesz tak przekazać swoje myśli, że aż się dziwię, że nie masz gdzieś rubryki “Złote myśli Alicji o macierzyństwie”. 😉 Mnie drugie macierzyństwo uczy bardziej spokojnego i uważnego podejścia. Choć wczoraj mój prawie roczny Synek miał problem z uśnięciem na noc,chciał wciąż tylko, aby mama tuliła go przy piersi, a ja już padałam na twarz i myślałam przez chwilę: kiedy on wreszcie zaśnie? Ale że wcześniej czytałam ten wpis, to zaraz przyszła refleksja: ciesz się tymi chwilami, zaraz ich nie będzie! Urośnie ten malec i nawet nie będzie chciał się tulić! (jego 3 letnia siostra obecnie rzadko kiedy chce). Lubię robić zdjęcia. I się cieszę, że je robię: jak teraz patrzę na fotki robione pół roku temu, to widzę, jak inne są moje dzieci (zwłaszcza młodszak). I miło się wspomina ogladajac zdjęcia w albumie (tak, najlepsze fotki tradycyjnie co jakiś czas wywołuję). Teraz ważne jest dla mnie, aby być z dziećmi. Nie biegnę do pracy po roczku (przy starszej córce, gdy miała 14 miesięcy wróciłam do pracy, więc mam porównanie). Praca na mnie poczeka, prawdopodobnie inna, bo do tamtej miałam kiepski dojazd, ale teraz mniej mnie to martwi. A dzieci? One urosną, zmienią się i ja chcę przy tym być. Może za rok zmienię zdanie (już czasem mam dość po ciężkim dniu), ale wiem, że dobrze mi być przy nich tu i teraz. 😃

    • Odpowiedz Listopad 27, 2018

      Alicja

      Ojej dziękuję! A powiem Ci że Ty mnie właśnie zmotywowałaś do wywołania zdjęć, bo zbieram się do tego i zbieram a nic nie robię. DZięki!

  • Odpowiedz Listopad 27, 2018

    VIC

    Jak dobrze, że jesteś – taka mądra w tych całych Internetach, w zalewie kołczów i blogów, które tylko wpędzają w poczucie winy, że robię za mało, nie rozwijam się, mam za słabo odpicowany dom i nie stać mnie na kupno wszystkich pomocy Montessori, bez których moim dzieciom sukces życiowy przejdzie koło nosa. Wzruszyłam się czytając ten tekst i to z dwóch powodów: Po pierwsze przypomniałam sobie, że właśnie taka spokojna czułam się po narodzinach pierwszego syna, chłonęłam każdą chwilę z nim i wszystkie dylematy miałam głęboko w poważaniu, bo czułam, że TU i TERAZ jest dla nas najważniejsze. A niedawno urodził się drugi syn i zaczęły się schody. Radość pierwszych tygodni zatruły mi rozdarcie z powodu mniejszej ilości czasu dla pierwszego, obawy czy sobie poradzę i stos wymagań względem siebie. Do tego miłość rodziła się tym razem powoli, więc doszły potworne wyrzuty sumienia, że jak to, jak mogę go nie kochać, przecież go pragnęłam, czekałam na niego, co ze mną jest nie tak? I ten strach, że powołałam na świat człowieka a jest mi obojętny. Minęły 4 miesiące i jestem kompletnie zakochana w ich oczach – tych trzyletnich brązowych, rozumnych i iskrzących i tych bezdennie niebieskich, patrzących z nieustannym zadziwieniem. I znowu chłonę każdą chwilę, każdy uśmiech, każdą fałdkę na tłustych przedramionkach, ale wciąż jest we mnie niepogodzenie z tym, jak wyglądał nasz początek, więc Twój tekst uderza mnie tym bardziej. Tak czy inaczej – dziękuję 🙂

  • Odpowiedz Listopad 29, 2018

    wisznu

    Świetny tekst, bardzo prawdziwy, przypomniał nam ten strach jaki mieliśmy przy pierwszym dziecku przy każdym problemie. I przy braku problemu też, czy aby na pewno wszystko robimy dobrze.

    “Dla niego każde jego pierwsze to początek nowego etapu życia, dla mnie każde jego pierwsze to koniec pewnego etapu macierzyństwa.”

    Uważaj, to mocno depresyjne myślenie. Prawdziwe, ale niebezpieczne. Tak myślałem o wszystkim przez ostatnie prawie 20 lat życia. Długo trwało zanim się nauczyłem patrzeć na te chwile, doceniać je i jednocześnie odcinać się od myśli/uczuć: że to ostatnie, że się nie powtórzą, że zostaną zapomniane (i w ogóle w takim razie po co to wszystko…).
    Teraz wprawdzie nadal mam świadomość tego wszystkiego, co napisałem powyżej, ale już umiem nie odczuwać tego smutku “ostatniości”.

    • Odpowiedz Listopad 30, 2018

      Nat

      Zgadzam się, jak dla mnie też trochę za smutne to podsumowujące post zdanie…
      Ale to mi przypomina pewny przełomowy moment w moim życiu. Zawsze moje urodziny wprawiały mnie w smutny nastrój – bo przecież jestem znów o rok starsza, czas mija, nie wróci… Aż do pewnych urodzin kiedy to mój mąż zapytał, czemu nie lubie tego dnia. Podałam wyjaśnienie jak wyżej. Na co on: ale przecież to nie jest tak, że tego dnia raptem stajesz się o rok starsza, codziennie stajesz się starsza!
      Banał, ale dopiero tego dnia sobie to uświadomiłam i to zmieniło moje podejście do przemijania. Codziennie coś tracimy, codziennie potencjalnie coś robimy po raz ostatni. Ale też codziennie możemy poznać coś nowego, codziennie będzie jakiś pierwszy raz naszego najstarszego dziecka, czeka nas jeszcze tyle ciekawych rzeczy w życiu. To co przeminęło pozostanie w naszej pamięci i cieszymy się z tego. Ale nie zapominajmy cieszyć się też na myśl tego co nadejdzie, bo życie jest fascynujące 🙂

  • Odpowiedz Grudzień 1, 2018

    Kamila

    Mnie najbardziej irytuje, jak ktoś do mnie mówi – “nie noś, bo rozpieścisz dziecko”, “moje dzieci same zasypiały w łóżeczku, nie musiałam ich trzymać na rękach” (podczas gdy moje rozpieszczone przy cycusiu) itp. od razu wtedy myślę, że przecież to kiedyś minie, że niedługo dziecko już nie będzie chciało tyle się przytulać, tyle być z rodzicami. Widzę to już po pierworodnej (lat 3). Na dobranoc daje buziaka i czasem nie zdążę się obrócić, a już śpi. Nie potrzebuje już trzymania za rączkę i śpiewania kołysanek. Wygodne to nie powiem, że nie, ale jednak mały smutek jest, że to już minęło… Dlatego bardzo dobrze napisane – trzeba cieszyć się każdą dobrą chwilą i pamiętać tylko takie (nie mam zwyczaju robienia zdjęć, gdy coś jest nie tak, po co utrwalać te złe momenty, za to te dobre zapisuje nie tylko w komputerze, ale i w pamięci!) A propos badań – były takie, z których wynikało, że najszczęśliwszy są Ci, którzy żyją teraźniejszością, a nie uciekają myślami w przyszłość lub wracają do przeszłości.

Leave a Reply