Dlaczego dzieci buczą, jojczą, jęczą, skomlą (zwał jak zwał)?

Jakoś już tak jest, że na dźwięk pierwszego płaczu, rodzice oddychają z ulgą. Ba, niektórzy na ten dźwięk potrafią poryczeć się z radości. A potem jest tylko gorzej, bo okazuje się, że płacz dziecka to wcale nie jest fajny dźwięk. No chyba, że porówna się go z buczeniem, to wtedy płacz okazuje się być nawet całkiem spoko melodią.

Czym jest buczenie (jojczenie, jęczenie, skomlenie – zwał jak zwał, ang. whine), pytacie? Otóż jest to wokalizacja najczęściej połączona z mową, której używa się do wyrażenia prośby, skargi lub niezadowolenia, a wszystko to w asyście efektów dźwiękowych uderzających w wysoki, przeciągły ton zawodząco-rozżalony. Dzieci zaczynają korzystać z umiejętności wydawania z siebie tego typu arii jakoś w okolicy pierwszych urodzin gdy zaczyna się pojawiać mowa i osiągają życiową formę w wieku między 2.5, a 4 lata.

No i niestety natenczas „nie ma letko”.

Nie ma, bo buczenie jest szalenie irytujące dla jego odbiorców. Dacie wiarę, że kiedyś zrobili badanie, w którym dorosłym ludziom kazali rozwiązywać zadania matematyczne, a dla urozmaicenia w trakcie rozwiązywania puszczano im określone dźwięki. Pierwszym z nich był dźwięk piły mechanicznej radośnie rżnącej sobie drewno. Drugim buczące dziecię.

Zgadniecie przy którym dźwięku biorący udział w badaniu się bardziej dekoncentrowali i popełniali więcej błędów? No oczywiście, że przy buczeniu. Wyobraźcie sobie zatem jak to działa skoro dźwięk piły dewastującej drewniany stół nas aż tak nie wytrąca z myślenia o tym ile to dwa dodać dwa.

Ba, nasza reakcja na jęczando widoczna jest też „w ciele” – pocimy się, reagujemy na te dźwięki na poziomie fizjologicznym, zupełnie jak na płacz niemowlęcia. Przy czym są sugestie, że buczenie jednak bardziej nas dekoncertuje i wytrąca z tego co robimy niż płacz.

Co jednak najciekawsze to o ile na płacz niemowlaka, raczej mało kto mówi: „no nauczyłeś go płakać to cierp”. To buczenie-jęczenie jest często przez postronnych uznawane, za winę rodzica, bo nauczyłeś jęczeć to masz.

To zwróciło ongiś uwagę Rose Sokol Chang, psycholożki ewolucyjnej, która postanowiła zgłębić temat, bo przecież nikt nie siedzi i nie uczy dziecka, że właśnie taki dźwięk ma wydawać żeby zwrócić uwagę rodziców – dzieci to po prostu robią i z całej palety możliwych opcji (mówienie, płakanie, krzyczenie, wrzask itd.), dość jednogłośnie w trudnych chwilach w pewnym wieku wybierają właśnie tę. A dorośli ludzie reagują na nią tak intensywnie. Przypadek? Nie sądzę!

Jeszcze bardziej na kwestię braku przypadków – wskazuje to, że płacz, buczenie i mowę matczyną (czyli taki specjalny sposób mówienia kierowany do niemowląt i malutkich dzieci) – na poziomie dźwiękowym bardzo dużo łączy.

Sokol Chang poświeciła zatem naprawdę sporą część swego zawodowego życia na badanie tej wokalizacji i najważniejszą informacją jaka z tych wszystkich jej wysiłków badawczych płynie dla rodziców jest to, że takie dziecięce skomlenio-buczenie, to jedna z wokalizacji związanych z więzią. Dzieci buczą, ale buczą tylko przy tych, którzy są dla nich ważni, przy których czują się bezpiecznie. A buczą by zwrócić uwagę na to, że czegoś potrzebują (czasem tą potrzebą może być po prostu… uwaga).

Co więcej na buczenie reagują wszyscy – i rodzice, i osoby bezdzietne. Innymi słowy dźwięki te zwracają uwagę wszystkich. Rozpraszają wszystkich. A jako, że wokalizacje te pojawiają się w repertuarze dziecka w momencie gdy zaczyna być już nieco bardziej samodzielne i samobieżne niż niemowlę, a przez to w historii naszego gatunku zaczynało też w większym stopniu polegać na innych dorosłych w okolicy – to jest taka hipoteza, że być może buczenie ma wnerwiać wszystkich tak samo, bo ma zwrócić uwagę jakiegokolwiek dorosłego, że jakiemuś knypkowi trzeba z czymś pomóc i zwrócić uwagę na to co się z nim wyczynia.

Ba, jeszcze ciekawsze jest dla mnie hipoteza Katz, która sugeruje, że skoro jęczando i mowę matczyną, używaną przez opiekunów, także po to by ukoić małego człeka, łączą pewne dźwiękowe podobieństwa to możliwe, że dzieci wydają z siebie jęczando także w celu samouspokojenia się. Wiecie – kojarzą taką „melodię” z wyciszaniem, to w chwilach trudnych same ją sobie serwują. Czyż to nie fascynujące?

Bo ja choć mam już dzieci w wieku wykraczającym poza szczyt buczanda, to jednak uważam, że to szalenie fascynujące. I na poziomie rodzicielskim, bo myślę, że świadomość takich hipotez może pomóc jakoś przetrwać te najtrudniejsze chwile (niekoniecznie w bierności, bo wszak zawsze warto pokazywać dziecku jak sobie radzić z trudnymi emocjami, ale wiecie łatwiej uczyć takich rzeczy jak człowiek spokojniejszy, a nie jak go rozsadza wściek). I na poziomie naukowym, bo przecież to jest niebywałe, że jest sobie gdzieś taka pani Rose Sokol Chang, która podłapała temat tak niby prozaiczny, zbadała go wzdłuż i wszerz i ma takie niesamowite obserwacje i sugestie. No jak dla mnie bomba!

Źródełka powyższych wypocin:

Sokol Chang i wsp., The Attention-Getting Capacity of Whines and Child-Directed Speech

Sokol i wsp., Whining as mother-directed speech.

Sokol i wsp., WHINES, CRIES, AND MOTHERESE: THEIR RELATIVE POWER TO DISTRACT

Fisher i wsp.., Evolution’s Empress: Darwinian Perspectives on the Nature of Women

Autorka książki Pierwsze lata życia matki i współautorka Wspieralnika rodzicielskiego. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Od ponad 8 lat wspiera w internecie matki za pomocą tego o blogaska. Pomysłodawczyni nurtu zabaw Montesorry, a także rodzicielstwa opartego na lenistwie. Prywatnie mama trójki dzieci.

1 Comment

  • Odpowiedz 7 czerwca, 2022

    KasiaFru

    Jednak to pocieszające, że wszystkich buczando wnerwia tak samo, dziękuję! 🙂 i myślę sobie o pani Sokol Chang, że jednak sporo się tego buczenia pewnie w trakcie badań nasłuchała więc brawo za poświęcenie, kiedyś to minie i mogliśmy mieć gorzej:)) uwielbiam twoje wpisy!

Leave a Reply