Narodziny matki – najtrudniejsza faza porodu

W pierwszej ciąży intensywnie przygotowywałam się na narodziny dziecka – czytałam, chłonęłam wiedzę – byłam wzorową uczennicą obkutą do egzaminu z bycia matką na blachę. Nie byłam jednak przygotowana na to, że wraz z dzieckiem narodzę się także ja… na nowo. W ciąży bowiem naiwnie zakładałam, że po pojawieniu się dziecka niewiele się zmieni. Będziemy żyli sobie jak dawniej, tylko z dzieckiem u boku. Wydawało mi się kompletnie nieprawdopodobne, że niemowlę może namieszać w życiu, emocjach, a już zwłaszcza tożsamości, bardziej niźli taki powiedzmy chomik. Przecież małe to jest, śpi dużo, nie mówi, nie chodzi, więc po prostu trzeba sobie dzień zorganizować, znaleźć trochę czasu na zmiany pieluch i gotowe.

Cóż, jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to jednak ja muszę dostosować się do półmetrowej istoty, która nawet nie ma zębów, a mimo to decyduje o tym kiedy śpię, kiedy jem, kiedy odpoczywam, kiedy rozmawiam z mężem. Do dziś pamiętam swoją frustrację, gdy młoda miała kilka tygodni, Wirgiliusz wrócił z pracy – chciałam w końcu z nim chwilę pogadać, otworzyć paszczę do kogoś dorosłego, a ona dokładnie w tym momencie, w którym on przekroczył próg mieszkania, obudziła się i zaczęła płakać, domagając się nieustannej atencji – byłam zła na nią, że płacze, na niego, że pracuje, na siebie, że jestem zła na nich, na świat, za to że to takie trudne. Miałam wrażenie, że tracę kontrolę nad swoim życiem.

Stawanie się matką nie jest bowiem czymś na co można się przygotować – możemy pochłonąć wszystkie poradniki świata, ale na narodziny naszej nowej tożsamości nie przygotuje nas nic, bo proces przekształcania się z osoby odpowiedzialnej li tylko za siebie w osobę, w rękach której spoczywa los innej istoty, jest drogą pełną niespodziewanych zwrotów akcji i powodzią emocji, w których nie zawsze łatwo się odnaleźć.

W języku angielskim, ba, w języku nauki, jest nawet nań specjalne określenie – Matrescence – pięknie oddające całą istotę tego procesu, dzięki temu, że jest brzmieniowym odpowiednikiem ichniego adolescence, czyli naszego okresu dojrzewania, stawania się dorosłym.

Stawanie się matką nie jest bowiem tożsame z wydaniem na świat dziecka i trzymaniem go po raz pierwszy w ramionach. Stawanie się matką to proces znacznie dłuższy niż najdłuższy nawet poród. To okres życia, w którym wiele kobiet czuje się zagubionych pomiędzy tym, kim było przed pojawieniem się dziecka, tym kim sobie wyobrażało, że będzie w oparciu o nierealistyczny, perfekcyjny obraz macierzyństwa ułożony w ciążowej głowie, a tym kim się faktycznie stało.

Ważny okres.

Ważny dla dobrostanu kobiety, jej dziecka, rodziny, a w konsekwencji i społeczeństwa. Tymczasem my poznajemy go w zasadzie wyłącznie z perspektywy dziecka.

Dzięki badaniom wiemy bowiem, jak dzieci się rozwijają, czego potrzebują, a czego nie, a jako że potrzeby małego człowieka są zwykle zaspakajane, przynajmniej na pierwszych etapach życia, głównie przez mamę, to mamy świadomość tego, czego mamy robić nie mają, a co mają. Wiemy jak, kiedy, po co, jak długo. Ale nie mamy pojęcia, które czynniki w największym stopniu przyczyniają się do tego, że matka jest w stanie podołać wszystkim tym wymaganiom.

A wymagań jest sporo. Nie twierdzę, że kobiety kiedyś miały łatwiej, bo wszystko zależy od tego, na który aspekt ich żywota spojrzymy, ale śmiem twierdzić, że nasze mamy nie musiały tyle energii i wysiłków intelektualnych poświęcać na dokonywanie pewnych wyborów. Ot zwykle wychowywało się dziecinę w podobny sposób, w jaki samemu zostało się wychowanym i finito. Dziś mamy dziesiątki wzajemnie wykluczających się filozofii wychowawczych i setki sprzecznych porad. Weźmy dla przykładu temat, który aktualnie wałkuję, czyli szkołę. Gdy ja i moje siostry byłyśmy małe, nikt się nad tym nie głowił – dzieci szły do szkoły mając lat 7. Szkołę narzucała z góry rejonizacja i cześć pieśni.

A dziś?

A dziś zatapiamy się w setkach artykułów roztrząsających kwestię tego, czy lepiej posłać do szkoły sześcio- czy siedmiolatka, a gdy już uda nam się zdecydować, jest jeszcze gorzej, bo pytanie brzmi: szkoła publiczna, a jeśli tak to która, bo ta ma lepszą salę komputerową, a ta mikroskopy w pracowni biologicznej, ale wtedy przyjdzie ktoś, kto powie Ci, że szkoła państwowa to strzał w kolano, bo najlepsza będzie szkoła demokratyczna, a inny, że figa, bo lepsza prywatna z drugim językiem wiodącym, a trzeci, że jedynym gwarantem szczęśliwej przyszłości jest Montessori, a na końcu i tak ktoś powie, że tylko edukacja domowa i co wy w ogóle wiecie o życiu.

I choć to wspaniale, że dzisiejsi rodzice poświęcają mnóstwo czasu i pomyślunku na zastanowienie się nad tym, co najlepsze dla maluczkich, to mnogość opcji spośród których możemy wybrać, przytłacza i przeraża, a jak sugerują badania, w ekstremalnych przypadkach może prowadzić do symptomów zbliżonych do tych obserwowanych przy wypaleniu zawodowym. To przerażenie szczególnie wyraźnie jest w pierwszych etapach (czytaj latach) macierzyństwa, w których ogrom miłości, szczęścia, strachu i zwątpienia w swoje kompetencje tworzą mieszankę wybuchową pod tytułem „nie wiem, co ja robię i czy robię to dobrze”. Dlatego fajnie byłoby, gdybyśmy i my mieli jakieś piękne określenie na proces stawania się matką, taką naszą matrescencję.

Dostrzegli nie tylko tego małego człowieka, ale też kobietę. Zajęli się nią, by mogła spokojne przejść tę metamorfozę, przepoczwarzenie właściwie. By mogła pogodzić się z tym, co utraciła i co nie wróci, bo bez tego trudno będzie jej się cieszyć nowym i dostrzec, że nowe może być lepsze od starego. By mogła kontemplować swoje wzloty i upadki i swoim rytmem przeżywać to, co się w niej zmienia. By nie czuła się pospieszana. By wiedziała, że nie ma nic złego w zmienianiu zdania i że nie musi się za wszelką cenę trzymać się tego, co sobie ustaliła przed dzieckiem, bo zderzenie rzeczywistości z wyobrażeniami często weryfikuje plany. Bo dzięki temu spokojniej i świadomiej dokona swoich wyborów.

Dzisiejsze macierzyństwo jest bowiem inne od tego, którego doświadczano kilkadziesiąt lat temu – dziś od rodziców oczekuje się znacznie więcej w zakresie poświęcania maluchom uwagi i inwestowania w ich rozwój, a dodatkowo od kobiety oczekuje się ekspresowego powrotu do formy i mimo rewolucji, jakiej doświadcza, niezaniedbywania żadnej ze sfer jej dotychczasowego, intensywnego życia, nakładając tym samym gigantyczną presję na matczyne barki. Wszystko to sprawia, że to, jakie wsparcie zapewnimy matce na tym wymagającym etapie przejściowym, będzie mocno rzutowało na jej dobrostan emocjonalny i psychiczny, który bezpośrednio wpłynie na jej stosunek do małego człowieka i nowych obowiązków.

Wiecie, że są badania, które wskazują na istnienie korelacji pomiędzy tym, jak szczęśliwa w związku i wspierana przez otoczenie czuje się świeżo upieczona matula, a tym jakie jest ryzyko tego czy jej dziecko będzie miało kolkę? I choć to tylko korelacja, a nie wynikanie to bardzo mnie te badania cieszą, bo w końcu coś się zmienia i zaczynamy zauważać, że dziecko i matka to naczynia połączone. Warto to podkreślać, bo w pogoni za zapewnianiem tego co najlepsze dziecku, zapominamy, że matka o którą nikt – z nią samą na czele – nie zadbał, nie będzie w stanie sprostać macierzyńskim wyzwaniom, o zapewnianiu tego co najważniejsze nie wspomnę.

W jednym z największych i najnowszych badań na ten temat, to właśnie bezwarunkowa akceptacja najbliższych definiowana jako „bycie zauważoną i kochaną za to kim naprawdę w głębi duszy jestem” i wsparcie definiowane jako otrzymywanie odpowiedniego pocieszenia w chwilach zwątpienia, zaniepokojenia i stresu były czynnikami, które w największym stopniu przyczyniały się do utrzymania matuli w na tyle dobrej kondycji, że była w stanie sprostać trudom związanym z macierzyństwem.

Pomysł na to badanie zrodził się w głowie profesor Luthar, która przez ćwierć wieku badała czynniki wpływające na to, jak odporne na przeciwności losu są dzieciaki, a jako że wszystko wskazuje na to, że najpotężniejszym z tych czynników jest silna, pełna wsparcia więź z rodzicem, to postanowiła trochę zmienić pole badań i zająć się tym co sprawia, że matula jest w stanie taką więź zapewnić.

I choć wyniki uzyskane przez Luthar nikogo, myślę, nie zaskakują, to w dobie podkreślania tego jak konieczne jest zapewnianie dzieciakom wyrozumiałości, wsparcia emocjonalnego i bezwarunkowej miłości, cieszy to, że zmieniamy optykę i dostrzegamy, że dbanie o zapewnienie takich samych warunków rodzicom jest nieodzowne dla dobra całej rodziny. Bo nie da się przelać z pustego naczynia, więc jeśli emocjonalny bak matki będzie pusty, to trudno będzie jej napełnić bak dziecka.

Dla mnie ten okres przejściowy po narodzinach Pierworodnej nie był łatwy. Rozdarcie i ambiwalencja uczuć najlepiej oddają to, co wówczas działo się w mojej duszy, głowie i sercu. Gdyby nie ogromne wsparcie nie tylko fizyczne, ale też właśnie to najważniejsze emocjonalne ze strony bliskich, którzy dali mi czas na uporanie się z nową rolą, to nie wiem czy słowa Marka Twaina tak bardzo oddawały by to, czym jest dziś dla mnie macierzyństwo:

Dwa najważniejsze dni w Twoim życiu to dzień w którym się urodziłeś i dzień w którym zrozumiałeś po co.

Ja bowiem zrozumiałam po co w momencie, w którym przepoczwarzyłam się w matkę – wiem, że teraz w dobrym tonie jest mówić o tym, że nie jesteśmy tylko matkami, ale też kobietami sukcesu, pasjonatkami, liderkami, ale choć bywają dni, kiedy brakuje mi powietrza od stężenia dzieci w moim życiu, to o ile jestem w stanie wyobrazić sobie swoje życie złożone z zupełnie innych elementów układanki, to gdyby brakowało w nim elementu z moimi dziećmi – tą małą ciekawską dziewczynką i tym małym energicznym chłopcem, to byłoby ono niekompletne i nieszczęśliwe.

Bo macierzyństwo generuje tak splątaną mieszaninę uczuć i myśli, że trudno mi to ubrać w słowa.

Bo owszem czasem bywa trudne.

Męczące.

Przytłaczające.

Ale daje przy tym niewyobrażalną siłę – dopóki nie miałam dzieci nie wiedziałam, że potrafię być tak silna, waleczna, odważna. Dla nich.

Daje motywację.

Dystans do bzdur.

I miłość. Tak wielką i tak obezwładniającą, że żaden cholerny poradnik Cię na to nie przygotuje. Więc jeśli gdzieś tam jesteś droga upieczona matko i wkraczasz właśnie na wyboistą drogę przekształcania się z dawnej siebie w nową siebie, to dbaj o siebie, daj sobie czas, pozwól na niedociągnięcia i błędy, bo nie ma mam idealnych, są tylko prawdziwe, ale przede wszystkim pamiętaj, że w końcu będzie łatwiej – najtrudniejsze w macierzyństwie jest bowiem pierwszych 25 lat 😉

Mecenat nad wpisem sprawuje marka Baby Dove

Źródła:
Alexander i wsp., 2017 Fathers make a difference: positive relationships with mother and baby in relation to infant colic.
Luthar i Ciciolla, 2015 Who Mothers Mommy? Factors That Contribute to Mothers’ Well-Being.
Roskam i wsp., 2017. Exhausted Parents: Development and Preliminary Validation of the Parental Burnout Inventory.

Mama Pierworodnej (5) i Drugorodnego (3). Żona Wirgiliusza. Jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna.

41 komentarzy

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Klara

    Genialny wpis, tak bardzo prawdziwy. Dziękuję.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Blanka

    Po narodzinach pierwszego syna siedzialam co noc placzac nad karmieniem, ciagnacym sie godzinami i godzinami i zastanawialam sie, co mi do diabla ciezkiego strzelilo do glowy, zeby miec dziecko??? Ja sie do tego kompletnie nie nadawalam,nie czulam sie matka , tylko czulam, jak bardzo brakuje mi mojego zycia- wypicia kawy, wlaczenia laptopa. Nie wiem, jak dalam rade przeżyć pierwsze parę miesięcy bez depresji, ale wiem, jak bardzo uderzyła mnie troska o mnie poloznej, pediatry, doradcy w punkcie dla rodzicow. Mieszkam w Szwajcarii i nie wyobrażam sobie takich pytań w Polsce. Wszyscy pytali się mnie, czy mam czas odpowiednio zjeść, czy ktoś jest w domu żeby mi pomoc z gotowaniem i sprzataniem, czy jestem w stanie sie wyspac, czy dobrze sie czuje. Nie pytali sie o dziecko, pytali sie o mnie. Czy odpowiada mi sposob, w jaki karmie dziecko , czy chce przejsc na karmienie butelka. Kiedy urodzila sie corka(druga)i przybrała za malo na wadze, położna rozmawiała z …nia🙂 tlumaczac jej, jakie to wazne zeby dobrze ssala piers. Widziala, ze zdenerwowala mnie sytuacja, ze mala nie przybiera na wadze. Nie usłyszałam : “Zle pani karmi”. Kiedy synek plakal godzinami, zawsze mi mowili, zeby wyjsc z pokoju np na balkon i zadzwonic do poloznej albo do doradcy. Nie dotykac dziecka- bo w zlosci i rozpaczy mozna mu zrobic krzywde. Lepiej niech sam placze w pokoju. Czy w Polsce ktos uczy matki takuch rzeczy??

    • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

      Alicja

      Marzy mi się by właśnie takie podejście z pytanie mamy czy pamięta by zadbać o siebie padało zawsze <3

    • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

      asia

      tak. moja położna nie tylko miała złote ręce dla mojego syna, ale pytała podczas kilkunastu (!) wizyt też o mnie, co jem, żeby męża wysyłac na spacery, odpoczywać i spać jak jest okazja. dzięki niej karmiłam 3 miesiące. a wydawało się, że się poddam na początku. po 3 miesiącach mały miał problem z przybieraniem, zadzwonilam do niej, zachęcała do kp, ale powiedziała, że mogę podac butelkę, bo nic za wszelką cenę, skoro nie ma wyników. bez osądzania, terroru, tak aby było dobrze i dla mnie i dziecka.

    • Odpowiedz Lipiec 26, 2017

      Rr

      Ja mam taką położną, w Polsce. <3 Da się. Tylko trzeba świadomie wybrać odpowiednie osoby, które zapewnią wsparcie w tych najważniejszych momentach.

    • Odpowiedz Lipiec 29, 2017

      Olga

      Hmm, jeszcze nie mam dzieciątka przy sobie (2 dni do terminu porodu), ale już czuję zatroskanie położnej, mam pod ręką doradcę chustonoszenia, laktacji, spokojnego snu i czego sobie tylko zażyczę. Wszystkie panie instruują, żeby dbać nie tylko o dzidziusia, ale też o siebie, pozwalać się wyręczać i dają bardzo konkretne wskazówki mężom/partnerom oraz podkreślają ich ważną rolę w rodzicielstwie. A do tego za nic nie płacę, wszystko na fundusz. Czy to tylko tak w Warszawie? Tego nie wiem. W każdym razie takie rzeczy się w Polsce dzieją i to nie od wczoraj.

    • Odpowiedz Sierpień 8, 2017

      Kasia

      Ja tez mieszkam w Szwajcarii i moge potwierdzić, że conajmniej trzy osoby, niezależnie od siebie, powiedziały nam, że kiedy niemowlę doprowadzi nas do skraju wytrzymałości, powinnismy położyć je (płaczące) na podłodze, wyjść z pokoju i zadzwonić, np do przyjaciółki. Taka niby oczywista rada, ale działa uspokajająco, bo nikt nie oczekiwał ode mnie bycia super-matką o niewyczerpanych pokładach cierpliwości.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Alina

    Znowu się popłakałam po Twoim wpisie 😉 Myślę, że macierzyństwo to kolejny etap dojrzewania, stawania się dorosłym i odpowiedzialnym. Wiem, to banał. Ja czuję, że jestem dopiero na początku tej drogi, a tu już dwa lata minęły! Wielu rzeczy dowiedziałam się w tym czasie, wielu rzeczy o sobie, których wcześniej sobie nie uświadamiałam. A istnienia wielu emocji związanych z byciem mamą nawet nie podejrzewałam. Masz rację, że to wszystko wymaga czasu, a więc dajmy sobie ten czas!

    • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

      Alicja

      hahah mam nadzieję, że nie rozmazałam zanadto tuszu, dzięki za miłe słowa <3

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Awa

    Alicjo, dziękuję za przypomnienie, że “nie ma mam idealnych, są tylko prawdziwe”. Ja, choć po prawie 8latach macierzyństwa, nadal zbyt często o tym zapominam.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    ta co siedzi po drugiej stronie lustra

    Choć przez całą ciąże starałam się nie mieć wyobrażan co to będzie, jak to będzie, staralam się omijać poradniki szerokim łukiem, nie czytać i nie oglądać perfekcyjnych matek, które ze wszystki i wszędzie sobie świetnie radzą i wyglądaja przy tym jak milion dolarów ( jak widać nei da się uniknąc poczucia , że świat tak wygląda) to zderzenie z rzeczywistością było dość bolesne. Mała urodziła się ciut za wczesnie w związku z czym wylądowała pod lampami i dostałam ja po ponad 24h, miałam mało pokarmu i choć sie upominałam to pierwsza dobe straciłam i do dziś nie wiem czy to nie miało wpłuwu na karmienie. Siedziałyśmy z młodą 2 tygodnie w szpitalu z powodu nieustępującej żółtaczki. Juz od samego poczatku przy porannym obchodzie byłam cala chora czy z nia wszystko w porzadku. Kolejne dni były coraz trudniejsze. Nie dało się uniknąc myśli, czy to nie moja wina , ze się urodzła za wcześnie, czy to nie moja wina, że mam za mało pokarmu. Z Małżem nie mogłam rozmiawiać nawet przez tel bo zaraz ryczałam. Już po powrocie do domu i przy ciągłej walce o laktacje ( zakończaną zreszta z marnym skutkiem…) spałam moze po 4h na dobe … Na to się nie da przygotować. Ale moja wytrzymałość na stres była chyba poniżej zera. Mała płakała to płakałam razem z nią, z nie wyspania z bezsilności, ze wszystkiego. Mimo to był to cudowny okres , trudny ale cudowny. Trzeba to było przeżyć, trzeba się było nauczyć i zrozumieć, że nie zawsze trzeba być idealnym, że czasem poprostu wystarczy być obok. Macierzyństwo to najcudowniejsza rzecz na świecie i za razem jedna z natrudniejszych.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Mama Kostka

    Twoj wpis przypomnial mi dzis, jaki trudny byl początek,kiedy mialam wrażenie, ze caly wszechświat stanął przeciwko mnie. Dziś wiem, jak istotne bylo wsparcie najbliższych, przede wszystkim męża, który wstawal ze mna do kazdego karmienia po to, zeby podac mi butelke wody i podlozyc poduszke pod plecy, przyjaciółka, ktorej moglam zawracac głowę o każdej porze. Wykończona uczylam sie spać na raty, a do łez doprowadzał mnie jogurt, który poczas otwierania wylądował na suficie. W tym ogromnym zagubieniu rodziła największa miłość i wlasnie ta siła, o ktorej piszesz, a o ktorej isnieniu nie mialam wczesniej pojecia 🙂

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Anna Maria

    Bardzo ważny tekst. Dopiero 4 miesiące temu zaczęłam tę macierzyńską drogę, a doświadczyłam już tyle skrajnych emocji jak nigdy dotąd! Wszystkie poradniki, artykuły i rady koleżanek na nic się zdały. Wszystko to trzeba przeżyć i zrozumieć samemu. Teraz już wiem, że do macierzyństwa nie można się przygotować. To nie jest egzamin. Fakt, że mimo usilnych starań i szukania profesjonalnej pomocy nie udało mi się karmić piersią dłużej niż 3 miesiące sprawił, że na początku macierzyństwa wylałam morze łez. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że z zaradnej i twardej babki stanę się taką płaczącą piedołą z ogromnymi wyrzutami sumienia, o których trudno zapomnieć. I niby wszystko wiem i rozumiem, a jednak odczuwam z tego powodu swojego rodzaju porażkę w byciu matką. Przez ten któtki czas zrozumiałam, że niczego nie można zaplanować i nie nastawiać się z góry na określony typ macierzyństwa.To ta mała, bezbronna istotka decyduje za nas. To ona wyznacza rytm naszego dnia. I chociaż czasem trudno, trzeba to zaakceptować i poddać się. Nie walczyć. Nie zastanawiać się dlaczego na mnie trafiło kolkowe dziecko, dlaczego wcale nie śpi w dzień, dlaczego nie toleruje wózka. Nie zastanawiać! Nie rozmyślać i nie analizować! Teraz już wiem, że nie ma sensu myśleć dlaczego ja. A już na pewno nie płakać. Trzeba zacisnąć zęby i działać. Gdybym tylko wiedziała o tym te 4 miesiące temu…

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    ania

    Dziękuję:*

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Kasiaa

    Rewelacyjny wpis.. aż nie wiem co powiedzieć. Jest tak bardzo w sedno. Mamą zostałam 8 miesięcy temu, więc przede mną długi proces przeistaczania. Ale już teraz rozumiem ten ogrom miłości, zupełnie bezwarunkowy. Póki co moje macierzyństwo jest przepełnione szczęściem. Od samego początku narzeczony wspierał mnie we wszystkim. Dodawał dużo sił. Ciążę miałam poważnie zagrożoną. Zdarza mi się, że kiedy patrzę na moją małą to łzy napływają mi do oczu, bo Basia jest najważniejszą częścią mojego życia. Doświadczam obecnie odczucie dużego strachu przed przemijaniem. Przeraża mnie, że czas tak leci, a moja córka jest coraz większa. Chciałabym wszystkie chwile utrzymać w pamięci. I nic nie daje mi tyle energii co ten bezzębny uśmiech:)

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Rainha

    W końcu ktoś ubrał to w słowa. Dziękuję! Ja chyba przez 3 miesiące po porodzie nie kochałam swego dziecka. Oczywiście pielegnowalam, bawiłam, tulilam i karmiłam piersią ale z obowiązku. Bylam zmeczona i zdezorientowana. Aż w koncu ciach- skorupa pękła i moje dziecię stało się czymś najdroższym i najlepszym na świecie 🙂 i tak juz prawie 2 lata. Nie da się opisać co macierzyństwo mi daje i jak uszczesliwia ♡♡♡

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    m.

    Dziękuję za ten wpis.
    Nic się nie dzieje przypadkiem. Wczoraj byłam pogrążona (dosłownie i w przenośni) myślami o swoim “ja” po porodzie (to już 9 miesięcy…), a dzisiaj te słowa uderzające prosto do serca. Dziękuję.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Mama Alka

    Szkoda, że takich tekstów nie czytają mężowie/ojcowie… Mój synek skończy w październiku 2 latka. Bardzo go już pragnęłam, a dzień w którym go zobaczyłam był naprawdę najpiękniejszy. Oczywiście wypieram tu poród 😛 Przeczytałam w ciąży wiele blogów, artykułów i poradników, wysłuchałam wielu porad i wskazówek współczesnych mam, które przetarły mi szlaki. Płakałam kiedy przez 3 dni po cesarce nie miałam mleka, chociaż wiedziałam, że to normalne. Płakałam 2 tygodnie po porodzie kiedy syn nie chciał ssać piersi tylko wolał łatwiejsza drogę przez butelkę. Dopiero miesiąc temu odstawiłam go od piersi, bo determinacja sprawiła, że w końcu znaleźliśmy sposób na pierś i ta więź była na tyle silna, że dopiero niedawno udało się prawie bezboleśnie dla nas obojga zamienić ssanie na przytulanie, chociaż wróciłam do pracy 8 miesięcy temu. W tym czasie, kiedy zostałam matką, mąż był wsparciem tylko w chwilach prawdziwego mega kryzysu. Tylko w ciąży pytali mnie jak się czuję… Mąż pomagał na tyle na ile wyartykułowalam taka potrzebę. Brakowało mi i brakuje z jego strony i najbliższych pytania i wsparcia, żeby chociaż mieć godzinę dla siebie w tygodniu, nie mówiąc codziennie. Tylko matka zrozumie rozgoryczenie matki, zmęczenie i to jak pomimo ogromnej miłości do dziecka, chce się mieć godzinę spokoju. Dlatego żałuję, że mężczyźni nie czytają blogów mam.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Zoja

    Bardzo pięknie to ujęłaś! Macierzyństwo to szkoła jakiej nikt i nigdy nie wymyśli lepiej. Uczymy się kochać, uczymy się siebie. Poznajemy prawdziwe ja… Moja droga była bardzo trudna. Depresja, szpitale, płacz przez prawie rok. Nad sobą samą. Nie umiałam się pogodzić z nową rolą. Nie potrafiłam zrezygnować z dawnej siebie i wejść w skórę nowej mnie. Teraz jest dobrze. Uczę się nowych rzeczy i miłości. Nie tylko do samej siebie 😉 mój SYN jest całym moim światem.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    ag-nieszka

    Dziękuję ci tak bardzo, że nie umiem tego ubrać w słowa! Zwłaszcza dziś dziękuję, kiedy po walce o sen miałam ochotę odstrzelić sobie łeb, bo już mi ten skok uszami wychodzi…

    I tylko teraz nie wiem czy bardziej pomogłaś mi ty, czy te lody, które udało mi się wciągnąć przy lekturze 😉

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    KK

    Niestety, popełniłam duży błąd i wymarzyłam sobie jak ma wyglądać świat po przyjściu Kuby. Oj jak bardzo to bolało, jak straszny był to upadek i zderzenie z brutalną rzeczywistością. Brak wsparcia od obecnego męża- wtedy jeszcze partnera bolał strasznie. Cierpiałam kochając swojego synka nad życie, próbując uśmiechać się… Przeszło, ale przy drugim dziecku, pomimo większej wiedzy depresja poporodowa znów się pojawiła. Wsparcie bliskich zdziałało cuda, ale trwało to ze trzy tygodnie, najsmutniejsze tygodnie w moim matczynym życiu.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    if

    Mam dwoje dzieci, z dużą różnicą wieku między nimi. Po urodzeniu pierwszego zdecydowanie łatwiej było mi zadbać o siebie – może bez szału, bo oprócz męża nie było nikogo do pomocy przy dziecku, ale jakoś sobie poradziliśmy. Nie wiem, jak to się stało, ale po urodzeniu drugiego dziecka aż dwa lata musiały minąć, bym mogła wyjść z domu na dłużej niż dwie godziny… Zarówno mąż jak i rodzina automatycznie doszli do wniosku, że jestem “starą wygą”, dobrze sobie radzę z ogarnięciem dwójki, domu i życia. Owszem, radzę sobie, ale koszt psychiczny tego jest monstrualny. Pierwsze tygodnie z dwójką ledwo co pamiętam, mijały mi głównie na płaczu. Nie potrafiłam wytłumaczyć swoich emocji mężowi, bo sama ich nie rozumiałam. Jego i tak cale dnie nie było, taka praca, zostawałam sama. Nie chcę żyć żalem do męża, choć przykre, że nie stanął na wysokości zadania. Nie był przygotowany na moje emocje, sama tez się ich nie spodziewałam.
    Dzieci dają siłę nad siłami, nadprzyrodzoną niemalże. Wiem, że narodziłam się tylko i wyłącznie dzięki nim.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    GROSZKOWA MAMA

    Dobrze to sobie przypomnieć, zwłaszcza teraz gdy na pokładzie noworodek i niespełna dwulatek przeżywający pierwszą rewolucję życiową. Odnoszę wrażenie że jako matka rodzę się po raz drugi w zupełnie nowym wymiarze.

  • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

    Doris

    Idealny wpis na spokojny sen 💜 zostałam dosyć szybko mama trójki dzieci. Pierwsze lata to ogrom miłości ciekawości wyrozumiałości satysfakcji. Obecnie wychodzę z kryzysu – przepoczwarzam sie z wesolego podlotka w dojrzałą kobietę co już jest dla mnie trudne i do tego musze to jakos skorelowac z dalszym byciem matka. Nasza relacja wchodzi na nowe tory . Aby z nich nie wypaść trzeba dac sobie czas akceptację zadbać o siebie

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    Marysia

    Piekny wpis. U mnie jest tak: dziecko ma rok, a ja dalej opiekuje sie nim z obowiązku. Ok, przytulam, robie wszystko co kolo malucha trzeba. Kompletnie nie sprawia mi to żadnej przyjemnosci i jest mi z tego powodu strasznie przykro…. Moj mąż chciał dziecko, a ja chciałam zeby on byl szczęśliwy…. Poza tym jestem strasznie przepracowana i po prostu smutna.

    • Odpowiedz Lipiec 27, 2017

      Muriel

      Marysiu, przesylam nacieplejsze usciski. Pamietaj, ze jestes wspaniala xxx

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    Selene

    Jejku jakie to prawdziwe wszystko… Pierwsze pół roku macierzyństwa dla mnie to szare pole w pamięci. Nie umiałam sobie w ogóle poradzić z tak ogromną zmianą, bo macierzyństwo zaskoczyło mnie już przy porodzie – kiedy sn nie wyszło (ale jak to?! przecież wszystko szło super!), cesarka wciąż mnie kłuje gdzieś w tyle głowy i z tym wciąż sobie próbuję poradzić. Potem kiedy nie wyszło kp – a przecież wyczytałam o nim wszystko! płakałam razem z synkiem łzami jak grochy pierwszy raz w życiu, szlochałam jak małe dziecko kiedy mąż dawał pierwszą butelkę – bo ja nie umiałam nawet jej tknąć…
    Potem zaczęłam to sobie układać w głowie, pojmować że musimy się z synkiem siebie nauczyć, zgrać i pogodzić z tym że nic nie da się zaplanować tak jak kiedyś. Dzisiaj już umiem planować ramowo, dopasować się do jego rytmu dnia, kochać go do szaleństwa i stawać na głowie dla niego.
    Najlepiej według mnie istotę macierzyństwa oddają uczucia jakie ja mam kiedy milionowy raz tej nocy słyszę “mama!” i wtedy mimo przekleństw na ustach, bicia pięścią w poduszkę ze złości i myślą w tyle głowy “czemu k.. nie tata??!” zrywam się z łóżka i najczulej jak się da tulę tą małą istotkę, która trzyma się mnie kurczowo jak mała małpka i rozganiam wszystkie strachy, robię na zawołanie mleczko, piciu i całuję ile się da.
    Często mam poczucie że przez te pierwsze miesiące życia nie dałam mu wszystkiego co powinnam, że jest przez to poszkodowany, ale potem on mi daje lepkiego buziaczka, albo woła ze śmiechem “mama goni!” żebym się z nim ganiała a ja umiem wtedy rzucić wszystko dla niego i wiem że jest szczęśliwy a ja razem z nim.
    Potrzebowałam czasu żeby znaleźć balans między tym wszystkim czego oczekuję od siebie ja sama i czego wydaje nam się że oczekuje społeczeństwo, ale teraz po 20 miesiącach myślę że się udało. Bo wiem, że choć milion razy się jeszcze pomylę, wybuchnę czy rozpłaczę,m to wiem też że to normalne, nie wierzę w słodkie idealne i bezbłędne rodzicielstwo.
    Wiele razy czułam że mój mąż lepiej się w tym odnalazł, wiele nocy w pierwszym półroczu to on nosił płaczącego synka bo ja nie dawałam rady i wiele moich łez wytarł. Myślę że dzięki temu jakoś sobie to poukładałam, bo dawał mi ten czas na przemyślenie i ochłonięcie kiedy tylko mógł.
    Alicja dziękuję Ci za ten wpis bo utwierdziłam się w przekonaniu że nie jestem jakaś wyjątkowo wyrodna – że to normalne i że jednak dobrze jest 🙂

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    Asia

    Bardzo potrzebny wpis, o tym się nie mówi. Po tym tekście zrozumiałam że jeszcze zmieniam się w matkę, że to żadna depresja poporodowa… tylko niepokój, niepewność i zmęczenie w początkowym okresie macierzyństwa. DZIĘKUJĘ

    • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

      Alicja

      Jeśli masz najmniejsze choćby podejrzenia, że to może być depresja to skonsultuj się proszę ze specjalistą – z depresją nie ma żartów i trudno z niej wyjść samemu tak jak nie da się wyjść bez pomocy z cukrzycy czy innych chorób. Ściskam!

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    zok

    Ten tekst uświadomił mi dlaczego początki macierzyństwa były dla mnie krainą szczęśliwości. Bo wszyscy dbali o mnie! Co trochę słyszałam odpocznij, co zjesz, czy coś Ci podać, jak się czujesz? Robili zakupy, sprzątali, głaskali i… chwalili 🙂 Włącznie z położną na wizycie patronażowej i doradczynią laktacyjną (o jak ładnie Pani karmi, świetnie Wam to wychodzi). Obserwuję moją rodzinę i widzę, że wszystkie ciężarne i matki są obdarzone przez nich atencją. To bardzo miłe, kiedyś myślałam, że naturalne. Ale chyba tylko u nas tak jest.

    Niestety słabo dogaduję się z teściową, a napięcie narasta w mojej drugiej ciąży i teraz już rozumiem dlaczego. Bo mnie jako człowieka już dla niej nie ma. Liczy się tylko dziecko. Kiedy ciąża była zagrożona liczyły się tylko jej łzy, a kiedy ja się zdenerwowałam, to usłyszałam pełne wyrzutu “czy ty myślisz co będzie z tym dzieckiem?” W znaczeniu: stres źle na nie wpływa i mam się natychmiast uspokoić.

    Całe szczęście, że teściowa odwiedza nas max raz w miesiącu 🙂

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    Agata

    Pamiętam bardzo dokładnie, 2 tygodnie po urodzeniu młodej, rycząc sobie standardowo pod prysznicem z wykończenia i z niezgody na kompletną utratę niezależności, nagle do mnie doszło (dosłownie – jakby piorun strzelił 🙂 ), że tak już będzie do końca mojego życia i nie ma się co frustrować, tylko się z tym pogodzić i spróbować się dogadać z tym małym dyktatorem (lekko nie miałam)… Zrozumiałam, że teraz tryb “KIEDY CHCĘ” zmieniam na “KIEDY MOGĘ” i zaraz zrobiło mi się lżej! Trochę pracy nad sobą i zaczęłam traktować przygodę z macierzyństwem nie jako ekstremalną szkołę przetrwania tylko… sztukę kompromisu 😉 Krótko potem pojawiły się takie prawdziwe matczyne uczucia i przepadłam w tej matczynej miłości do reszty <3 A za niecałe dwa miesiące pojawi się u nas druga córeczka – tym razem wiem, że podejdę do tego spokojniej a malutka dzięki ścieżce przetartej przez starszą siostrę zaraz po urodzeniu dostanie tyle miłości, że chyba będzie tęczowe kupy robić z tego wszystkiego 😉

    Alicjo – pozdrawiam Cię serdecznie, świetnie robisz to co robisz, dziękuję – dzięki Tobie wiele razy było łatwiej – serio :*

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    Ewelajna

    Świetnie napisane 🙂 trafia do mnie idealnie, mam teraz drugie dziecko tylko 2 lata młodsze od pierworodnego i macierzyństwo z nim jest cudowne, intuicyjne , czego brakowało mi z pierwszym, mogę śmiało powiedzieć …Dojrzałam:)

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    ja

    Wrzucę tu również swoje trzy grosze, jeśli można.

    Wydaje mi się, i to widać również po komentarzach, że stawanie się matką jakie opisujesz, takie słodko-gorzkie, to niekoniecznie stawanie sie matką, ale wyalienowanie, osamotnienie, które wiąże się z pierwszymi miesiacami życia (zwłaszcza pierwszego) dziecka.

    Do czasu porodu wszystko robiłam wspólnie z mężem, po porodzie został ze mną całe dwa i pół miesiaca w domu. Cieszyliśmy się dzieckiem jak oszalali. Była nas dwójka, dziecko jedno, w domu straszny syf – ale mamy bardzo lekki stosunek do tego, więc nie czuliśmy się jakby coś nam się zmieniło w życiu radykalnie, tylko jakbyśmy wygrali los na loterii. Mały darł się całe dnie i noce, kolki, ale nam to nie przeszkadzało, bujaliśmy i spacerowaliśmy na zmianę. Żadna matka/ teściowa, nikt nie musiał nam pomagać, każdy kto nas odwiedził czuł się jedynie jak gość, nie był częścią około-maluchowych czynności. Pozamrażałam mnóstwo obiadów, szafki były pełne słoików, przygotowałam wszystko w trakcie ciąży, żeby potem nie musieć nawet gotować. Zakupy robiliśmy przez internet. Żyliśmy na swojej własnej bezludnej wyspie i byliśmy przeszczęśliwi.

    Potem mąż wrócił do pracy, wychodząc z domu na 12h. Byłam permanentnie zmęczona, rozdrażniona. Zdarzyło się nie raz, że krzyknęłam na małego jak się rozpłakał, bo byłam sama, bezradna wobec jego kolki, nie było nikogo żebym mogła odetchnąć. Wyjście do sklepu było wielkim przedsięwzięciem. Usypiałam go bujając przez godzinę, w ciemności i ciszy. Wstawałam z małym o czwartej nad ranem, drzemałam gdy mąż jadł śniadanie, potem byłam cały dzień sama z płaczącym dzieckiem. Nie chciałam pomocy mamy czy teściowej, bo jedynie ja i mąż mogliśmy sobie poradzić, one były przerażone tym jak bardzo płakał. Nigdy nie doznałam takiego osamotnienia jak wtedy.

    Ale daliśmy sobie czasu, tak jak z powrotem do formy zresztą, i w końcu wszystko powolutku, samo z siebie sie poukładało.

    Teraz z perspektywy roku widzę jaśniej, że mieć dziecko z kimś, kto dzieli te chwile z Tobą oraz duza tolerancja do nieporządku w domu to dwie rzeczy, które uczyniły mnie szczęśliwą matką. Jestem perfekcjonistką w pracy, ale w domu jestem żoną, mamą i sobą, to jest nadal nasz azyl, bezludna wyspa. Po roku mąż po prostu zmienił pracę. Nie znosił bycia z dala od nas, po tym jak przez pierwsze miesiace życia syna uczestniczył we wszystkim, więc był to jego priorytet przez kilka miesiecy, żeby znaleźć prace z domu. Tak sie też stało i znowu jesteśmy szczęśliwi. Kolki już dawno zażegnane, oboje rodziców rozprawia się ze stłuczonymi kolanami, guzem na głowie, i tym podobnymi kryzysami.

    Tylko, że taka bajka jest nie dla wszystkich niestety – zdaję sobie z tego sprawę. Nie każdy może nie pracować i być w domu z żoną. Jest jednak granica pomiędzy brakiem możliwości, a brakiem chęci – i chyba warto ją czasem zaznaczyć. Jest 9 miesięcy na przygotowanie się, więc można zgromadzić zasoby. Jeśli priorytetem jest szczęście rodziny i dziecka, to może zrezygnujmy też z wózka za 3 tysiaki, na który trzeba zarobić nie bywając w domu. Przygotowanie się na dziecko dla wielu oznacza zakup ślicznych ciuszków, czytanie sterty książek o wzajemnie wykluczających sie zaleceniach, gromadzenie cudaśnych zabaweczek, a prawda jest taka, że małe dziecko potrzebuje bardzo podstawowych rzeczy i nie trzeba rozbijać na to skarbonki. Polecam też przyzwyczaić się do nieporządku.

    Pozdrawiam z naszej Błękitnej Laguny.

    • Odpowiedz Lipiec 26, 2017

      Bacha

      Zazdroszczę męża ogromnie.

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    Ela

    Narodziny mnie jako matki to był długi proces. Najpierw uświadomiłam sobie, że mechanicznie “obrządzam” dziecko, nie rozmawiam z nią, nie utrzymuję kontaktu wzrokowego. Bardzo o nią dbałam i się troszczyłam, ale okazało się, że nie umiem obdarzyć jej uczuciem. Wydaje mi się, że minął miesiąc, kiedy strasznie płakała a wcześniej całą noc wisiała przy piersi. Szarpnęłam ją wtedy za rączkę mocniej niż powinnam a ona wtedy spojrzała mi tak rozumnie w oczy, jakby mówiła: “mamo, robisz mi krzywdę”. To był moment, kiedy stała się dla mnie najukochańszym, najważniejszym człowiekiem. Kimś, z kim uwielbiałam być a nie tylko przewijać, karmić i myć. Stała się dla mnie istotą, która ma prawo na szacunek, miłość, godność, jak każdy inny człowiek. Wcześniej trudno powiedzieć kim była. Była dzieckiem, którego chciałam, o które dbałam, ale okazało się, że nie kochałam do tego momentu. Później, kiedy miała około 8 miesięcy, zaczęłam szukać pracy. Do tej, którą miałam, mogłam wrócić pod warunkiem, że wrócę zaraz po urlopie macierzyńskim (6 miesięcy), a ja chciałam wrócić jak mała skończy rok. Czyli nie miałam dokąd wracać. Odpowiadałam sobie na pytania rekrutacyjne i wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie wiem, kim jestem, oprócz tego, że jestem matką. Nie potrafiłam wymienić wad, zalet, hobby. Mentalnie nie istniałam. Byłam “przyklejona” do dziecka i z niej zrobiłam cały swój świat. Zaczęłam pracować nad sobą. Nad swoim rozwojem, przyszłością. Trwało to długo, kilka miesięcy. Ale to jeszcze nie był koniec. Cały czas frustrowałam się, że omija mnie wszystko, co najfajniejsze. Że nie potrafię funkcjonować jako matka nie czując, że coś poświęcam i z czegoś rezygnuję. Wtedy zrozumiałam, że powinnam znaleźć sobie takie zajęcia, które będą ciekawe i dla mnie i dla córki. Przestałam też karmić, zaczęłam dietę i zaczęłam biegać. Po 18 miesiącach byłam matką: nowym człowiekiem, który wie kim jest, czego chce i po co jest. Zaczęłam mieć frajdę z pokazywania małej świata, ze wspólnych tańców, czytania książeczek, rysowania. Macierzyństwo stało się czymś, co mnie wzbogaca a nie ogranicza. I teraz myślę, że moje życie przed porodem było o wiele uboższe

  • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

    Do Marysi

    Byc moze bedzie to dla Ciebie jakas pociecha ale u mnie bylo bardzo podobnie – maz chcial dziecka, ja chcialam zeby on byl szczesliwy. Synek byl bardzo placzliwy i absorbujacy, czulam ze nie radze sobie z nim tak jak powinnam, meza nie bylo przez caly dzien w domu, mieszkam za granica wiec nie moglam liczyc na pomoc rodziny -bylo mi bardzo ciezko, fizycznie i psychicznie. Tak jak napisalas – zajmowalam sie synkiem z obowiazku nic do niego nie czujac, co wiecej – czulam coraz wieksza irytacje wszystkim co bylo z nim zwiazane. Po 9 miesiacach “siedzenia w domu” wrocilam do pracy (doslownie odliczalam dni do powrozu do pracy tak bardzo nie moglam sie doczekac). Zamieszkala z nami moja mama zeby zajac sie synkiem i widzialam ile czulosci i cierpliwosci ma dla niego – z jednej strony bylam jej wdzieczna, ze potrafi mu dac to czego ja nie potrafilam a z drugiej czulam sie jeszcze bardziej sfrustrowana, “nieudana jako matka” i przekonana ze nie powinnam byl w ogole sie na to dziecko decydowac. I nagle, ok 2 tygodni temu zaczelam zauwazac jakim fajnym chlopakiem jest moj synek – poczulam wreszcie, ze jestem jego mama i ze bardzo go kocham. Lubie spedzac z nim czas. Synek ma teraz 16 miesiecy. Zycze Ci, zebys tez poczula to co ja! Sciskam!

  • Odpowiedz Lipiec 26, 2017

    Prawdziwa mama

    Trzymałam się do końca wpisu, ale na video się już popłakałam… Dziękuję

  • Odpowiedz Lipiec 27, 2017

    Kamisia

    Jak fajnie, że ktoś wreszcie zwraca uwagę na matkę i jej potrzeby:) i u nas początki były trudne, wszystko było nie tak, nie taki poród, nie takie karmienie, spanie, zmeczenie, kłótnie z mężem, ogólna nerwowość… na szczęście trafiłam wtedy gdzieś na wypowiedź, że podczas awarii samolotu maskę gazową najpierw zakłada matka, a dopiero potem podaje ją dziecku. Powtarzałem sobie to we wszystkich ciezkich momentach, dając sobie przyzwolenie na trudne emocje i na wołanie o pomoc. Ulgę przynosily proste rzeczy – do dziś pamiętam pierwsze samotne zakupy w Biedronce:D cudowne uczucie wolności!!!! Dziękuję mojemu mężowi za wyrozumiałość i wsparcie:)

  • Odpowiedz Sierpień 7, 2017

    Małgorzata

    Matka nie zawsze rodzi się z dzieckiem. W matkę się ” przepoczwarzasz “. U mnie stadium matki nastąpiło po ok 1,5 mies. Od porodu. Pamiętam ten moment doskonale. To że nie czujesz obezwladniajacej miłości do swojego dziecka zaraz po porodzie nie jest niczym dziwnym i nienormalnym. Teraz już to wiem. Tylko szkoda że tak niewiele kobiet boi się lub wstydzi do tego przyznać.

  • Odpowiedz Sierpień 8, 2017

    Paulina

    Gratuluję tekstu i bardzo za niego dziękuję. Jestem mamą od niecałych 3 tygodni i dopiero wszystko się układa w głowie…

  • Odpowiedz Sierpień 9, 2017

    Iza

    Czytałam ten tekst kilka dni przed porodem i czytałam go dziś, gdy mój syn właśnie skończył dwa tygodnie. I dopiero dziś naprawdę go zrozumiałam. Piszę ten komentarz, syn śpi na moim brzuchu a łzy kap, kap po policzkach. Trochę ze szczęścia, więcej jeszcze z przerażenia i poczucia straty. Ale codziennie szala odrobinę przechyla się w kierunku “szczęście”.

Leave a Reply