Wakacyjny zestaw porad i prostych zabaw logopedycznych dla przedszkolaka

Tandem ekspercko-rodzicielski Marta-Alicja wraca do Was z tematem wakacji logopedycznych. Ostatnio przedstawiłyśmy Wam zakamuflowane zabawy logopedyczne, wspierające mowę najmłodszych, czyli berbeci (o TU). Czas zatem zabrać się za ciut starszą dziatwę, taką w wieku przedszkolnym i odrobinkę starszą. Celem naszym jest tym razem doskonalenie artykulacji (wymowy głosek) oraz umiejętności pięknego opowiadania (mówienia dłuższymi zdaniami niż np. „Daj tablet”).

Tak, w wakacje nie ma odpoczynku od logopedii, szczególne, jeśli taka pomoc jest maluchowi potrzebna, ze względu na napotykane trudności. Logopeda żywemu nie przepuści i nie odpuści pracy nad mową, nawet w trakcie urlopu! W dodatku podejrzewamy, że logopedzi mają żyłkę detektywistyczną. Wierzcie nam, nie ma bardziej przerażonego człeczyny od rodzica, który wraca z dziecięciem do logopedy po wakacjach i już wie, co go czeka. Skąd logopeda wie, że nie było ćwiczone? Jakiż żałosny jest to widok, ta mina rodzica, kiedy latorośl na pierwszej wizycie pokrzykuje bez żenady: ciociu, w ogóle nie ćwiczyliśmy na wakacjach! Rodzic może mówić co chce, a dziecko zawsze powie logopedzie prawdę. A już najprawdziwsza prawda będzie po prostu… do usłyszenia wprawnym uchem logopedy! Uniknąć tej wstydliwej sytuacji można co najmniej na trzy poniższe sposoby:

  1. zmienić logopedę na gorszego. Takiego, który powie, że w czasie wakacji wcale nie trzeba ćwiczyć, trzeba natomiast moczyć nogi w zimnym Bałtyku, ponieważ woda ta ma lecznicze właściwości znane na całym świecie. Niby skąd najwięksi mistrzowie mowy polskiej mają tak gadane? Kiedy nikt nie widzi, moczą nogi w Bałtyku, oczywiście!

  2. zabrać logopedę ze sobą na urlop (to jednak trochę drogo wychodzi. Jeśli jedziecie do Hiszpanii, Marta zgłasza się na ochotniczkę 😉 ),

  3. zrobić coś, by ćwiczenia logopedyczne nie szły w odstawkę, ale zostały tak sprytnie przemycone, że dziecię będzie ćwiczyć, bawiąc się jednocześnie.

Jeśli wybraliście a, to nic tu po nas. Jeśli b, to znaczy, że Marta ma naprawdę szczęście 😉. A jeśli zdecydowaliście się na c, to niniejszym przedstawiamy Wam drugą część zestawu porad i zabaw logopedycznych do wykorzystania w trakcie wakacji! Zabawy tu opisywane dotyczą nie tylko dzieci, które już chodzą do logopedy. Na nasze kolonie może zapisać się każdy! Zanim jednak je opiszemy, musimy trochę ponudzić i przypomnieć o kilku ważnych sprawach.

Po pierwsze primo, pamiętajcie, że jeśli dziecko ma kłopot z wymową wybranej głoski, a jest w wieku, w którym powinno już ją wymawiać (np. ma 4 lata a nie wymawia „s”), najpierw należy udać się do logopedy. Zmuszanie dziecka do poprawnej artykulacji bez wcześniejszego zdiagnozowania co jest przyczyną kłopotów z wymową, bez odpowiedniego przygotowania dziecka do wywołania głoski i wywołania jej w sposób poprawny metodycznie, może przynieść naprawdę opłakane skutki: wymowę zniekształconą (np. „r” w wersji „francuskiej”, albo „sz” wymawiane z poszumem bocznym). Z taką wymową, jeśli się ona utrwali, poradzić sobie jest naprawdę trudno.

Po drugie primo, pamiętajcie, że głoski pojawiają się w wymowie dziecka stopniowo. Trzylatek nie ma obowiązku wymawiać „sz”, a czterolatek „r”. Warto więc bawić się w utrwalanie poprawnej wymowy głosek, które już pojawiły się w zasobach dziecka i ćwiczyć sprawność narządów artykulacyjnych, przygotowując je na dalsze sukcesy. A żebyście nie popadali w panikę za wcześnie, podajemy poniżej orientacyjne etapy rozwoju artykulacji u dzieci:

Trzylatek: może mu się zdarzyć zmiękczanie głosek „s, z, c, dz” (np. „siowa”, zamiast „sowa”), ale powoli powinno się to wycofywać (czterolatek już takiego kłopotu mieć nie powinien). Nie musi wymawiać jeszcze „sz, ż, cz, dż” (zamienia je na „s, z, c, dz”), r” (zamienia „r” na „l”). Sporadycznie może mu się zdarzyć zamienić „k” na „t” i „g” na „d”, ale jeśli ten stan się utrzymuje, trzeba zgłosić się do logopedy.

Czterolatek: ładnie wymawia głoski „s, z, c, dz”, zaczyna wymawiać głoski „sz, ż, cz, dż”, ale czasem pojawiają się one dopiero w wieku lat 5 i to nie jest powód do płaczu. Głoskę „r” czterolatek ma prawo zamieniać na „l” (jeśli nadal zamienia ją na „j”, warto udać się do logopedy).

Pięciolatek: wymawia już wszystkie głoski, choć z „r” może mieć jeszcze kłopot (czasem trwa to dłużej i powie ją pięknie w wieku 6 lat). Może mu się jeszcze zdarzyć zamienianie głosek „sz, ż,cz, dż” na łatwiejsze: „s, z, c, dz”, ale jeśli ten stan się utrzymuje, trzeba zgłosić się do logopedy.

Sześciolatek: pięknie wymawia wszystkie głoski.

Choć orientacyjne etapy rozwoju wymowy dziecka są takie, jak powyżej, zawsze (niezależnie od wieku dziecka) zgłaszamy się do logopedy, gdy dziecko zniekształca głoski (czyli mówiąc po ludzku, nie zastępuje ich łatwiejszymi, ale wymawia je w specyficzny, nietypowy sposób, np. „r” „francuskie”, „s” wymawiane z jednoczesnym wsuwaniem języka między zęby, „sz” z bardzo wyraźnym poszumem bocznym). Za takie zniekształcanie głosek trzeba się zabrać od razu i nie czekać, bo nie ma ono charakteru rozwojowego, czyli nie minie „samo”, wraz z rozwojem. Z dużym prawdopodobieństwem utrwali się, wywołując dodatkowe kłopoty (np. zgryz otwarty w przypadku wspomnianego niesfornego języka między zębami). Wiemy już czego się trzymać i gdzie się bez pomocy logopedy nie zapędzać, więc… do roboty!

Logopedyczny turnus wakacyjny przedszkolaka, czyli uczymy się wymawiać i opowiadać

  1. Wakacyjni poszukiwacze skarbów

Znacie to, na pewno znacie: kiedy dziecię zbiera pierwszych kilka muszelek do wiaderka, zachwycacie się każdą. Kiedy jednak pod koniec turnusu muszelek jest około stu kilogramów, do tego dochodzą worki najpiękniejszych kamyczków itd., zaczynacie się niepokoić o cenę, jaką zapłacicie za nadbagaż Jedna z nas zna matkę, która, gdy młodzież nie patrzyła, fruuu! – wyrzucała część skarbów w plażowe krzaki. Jest to metoda radykalna i nie mamy pewności, czy zaakceptowałby ją znany i ceniony dziś przez wielu Jasper J 😉 Zamiast tego, proponujemy wykorzystać te skarby do ćwiczeń pięknej wymowy. Na kamyczkach i muszelkach zapisujecie sylaby z ćwiczoną głoską. Pamiętajcie, by tę trudną głoskę wpisywać w różne miejsca sylaby: na początku (np. „SZU”), w środku (np. „ASZA”, „OSZU” itd.), na końcu (np. „ESZ”). Uważajcie jednak na głoski dźwięczne, które na końcu sylaby ulegają ubezdźwięcznieniu. Jeśli np. chcecie ćwiczyć głoskę „Ż/RZ”, to nie ćwiczycie jej w sylabie „ARZ”, bo w takiej sylabie jest litera RZ, ale głoska „sz”. To słychać przecież doskonale, prawda? Po takim logopedycznym opracowaniu zebranych skarbów, bawicie się razem na wiele sposobów, losując je, układając z nich dłuugie i skomplikowane wzory na plaży itp. Oczywiście przy każdej zabawie czytamy przy tym zapisane na nich sylaby.

  1. Worek pełen opowieści

Wakacyjne skarby to nie tylko muszelki i kamyczki. Dziecię widzi często tajemnicę i zabawę tam, gdzie my jej nie widzimy. Spróbujmy więc razem z nim ruszyć zaschniętą mózgownicą! Skarbem pobudzającym wyobraźnię i zachęcającym do snucia opowieści może być naprawdę wszystko: patyczek po lodach, bilet na kolejkę wąskotorową, szyszka, patyk, nakrętka od butelki… no wszystko! Zbierzcie do worka (czy jakiegoś opakowania, które dziecko lubi) co tyko przyjdzie Wam do głowy. Możecie nawet zrobić z dziecięciem zawody, kto znajdzie do worka więcej najnudniejszych na świecie przedmiotów. A potem… całą rodziną snujecie opowieść. Każdy, do kogo trafi worek, wyciąga jeden przedmiot i dopowiada do historii fragment, który nawiązuje w jakiś sposób do tego przedmiotu. Aby było łatwiej, warto rozpocząć historię określając wspólnie, kto jest jej bohaterem i gdzie się ona dzieje. W ten sposób „osadzamy” naszą wyobraźnię w czymś w miarę konkretnym, a potem płyniemy już zgodnie ze skojarzeniami, które podpowiadają nam przedmioty.

Wersja skrajna i sprawdzona przez Martę na poprzednich wakacjach udowodniła, że historia czai się także… w śmieciach. Tak, tak! Wszyscy wiemy, jak wygląda wnętrze samochodu, w którym spędza się sporo czasu w trakcie wakacji. Czego tam nie ma! Marta do tej pory wspomina podróże, podczas których butelka po znanym napoju słodzonym stała się głównym bohaterem historii – przyjezdnym Amerykaninem, papierki wszelakie zmieniły się (dzięki wyobraźni) w spore zasoby finansowe Amerykanina, plecak stał się szpitalem, a torebka dziecięca – spadochronem. W wymyślanie historii włączyli się wszyscy podróżujący w aucie, a dziecię było urzeczone i samo tak się rozgadało, że hej! Polecamy więc widzieć potencjalne historie wszędzie 😉 Takie zabawy dają okazję do rozwoju mowy (bo opowiadamy przecież), ale też stymulują wyobraźnię – dziecka i naszą (zakurzoną czasami).

  1. Logopedyczna dieta wakacyjna

W tym miejscu musimy przyznać, że mamy niemalże moralny dylemat. Otóż obie jesteśmy przedstawicielkami wszystkożerstwa. Od malińskości takie byłyśmy. Nie straszne nam mleko pełne laktozy, w dodatku prosto od krowy, gofry pełne cukru, naleśniki jedzone codziennie na śniadanie w wakacje (babcia Marty była mistrzynią naleśników, co jest zresztą jest dość częste u babć) , nie mówiąc o lodach, które są symbolem lata i wakacji. Żadnych restrykcji dotyczących ilości tego wybitnie zbilansowanego pożywienia jakoś sobie nie przypominamy. Czasy się zmieniły, jedzenie się zmieniło i alergii przybyło, niestety. Dlatego to, co tu napiszemy, odnosi się do każdego jedzenia, które Wy uznacie dla dziecka za stosowne. Jeśli nawiązujemy do gofrów, lodów, to jednocześnie zaznaczamy, że można (a nawet warto) je zastąpić pokarmami bardziej politycznie poprawnymi. A ten przydługi wstęp był po to, by zachęcić was do zadbania o sprawność buzi i języka dziecka, także w trakcie wakacji.

Poprawna wymowa głosek zależy m.in. od sprawności języka, warg, podniebienia miękkiego (to ten ruchomy fragment podniebienia, zaraz za jego twardą częścią). Najwięcej trudności (a przyczyny mogą być różne) sprawia dzieciom tzw. pionizacja języka, czyli umiejętność unoszenia języka ku górze, precyzyjnego poruszania nim na podniebieniu. Jest to niezbędne nie tylko do wymowy wielu głosek (np. „sz”, „ż”, „cz”, „dż”, „r”, „l”), ale i do tzw. dojrzałego przełykania. Niechaj jednak nie będzie waszą rodzicielską ambicją nauczenie dziecka skręcania języka w rurkę! Taka rurka nie jest potrzebna do wymowy polskich głosek, a przede wszystkim umiejętność jej zrobienia warunkowana jest genetycznie, czyli raczej ciężko ją wyćwiczyć. Co w takim razie możecie robić?

Jedząc wspomniane gofry czy lody, smarujcie górną wargę dziecka i zachęcajcie je do zlizywania, pięknego oblizywania się (górnej i dolnej wargi, kącików ust), mlaskania (tu przyklejamy język do podniebienia), kląskania (to ten dźwięk wydawany za pomocą języka, który na co dzień nazywamy imitacją dźwięku konika. Zupełnie odwrotnie niż w „Rejsie”, chodzi nam tutaj nie o odgłos paszczowo, ale kopytnie, czyli patataj :D). Kląskanie robimy poprzez przyklejanie języka do podniebienia i mocne odrywanie go od niego, z głośnym dźwiękiem. Co jeszcze? Liczcie zęby językiem (na górze i dole), smarujcie podniebienie czymś pysznym, bądź przyklejcie do niego kawałeczek namoczonego wafelka i zachęćcie dziecko do jego odrywania czubkiem języka. Wszystkie te ćwiczenia wykonujcie przy uchylonych ustach. Jedna uwaga: jeśli już wiecie, że kłopot dziecka polega na wsuwaniu języka między zęby, nie wykonujcie z nim ćwiczeń polegających na pracy języka na zewnątrz ust. Niechaj ten niesforny jęzor zostanie tam, gdzie powinien, za zębami. W tym przypadku ważne jest, by nie utrwalać złego nawyku. Do tego cmokajcie (ale robiąc piękny, wysunięty dzióbek, a nie „plaskając” wargami), poruszajcie dzióbkiem na prawo i lewo, układajcie usta do wymowy „u” a potem rozciągajcie je do „i” (kąciki ust odsuwacie od siebie jak najdalej, rozciągnięte wargi), parskajcie, nadymajcie policzki.

W wakacje dużo pijemy (wody!). Można wykorzystać do tego słomki, co także pomaga w ćwiczeniu narządów artykulacyjnych. Zresztą, przekonajcie się sami: popróbujcie wciągania płynów rzadkich i gęstych przez rurki o różnych kształtach i długościach, a sami poczujecie, ile pracy musi w to włożyć wasza paszcza! Im dłuższa, cieńsza, bardziej poskręcana słomka, im gęstszy płyn, tym więcej roboty mają wasze policzki, wargi i podniebienie miękkie. A język jest wtedy schowany w buzi (z tym, że możliwości pacholąt są nieskończone, więc lepiej przyjrzyjcie się, czy dziecię nie kładzie rurki na języku, a sam język wsuwa między zęby i tak pije, zwyczajnie oszukując, że robi ćwiczenia logopedyczne!).

  1. Logopedyczne spacery

Wykorzystajcie najprostsze sytuacje wakacyjne do rozwoju mowy. Zwykły spacer w lesie, nad rzeką itp., podróż samochodem, pociągiem, może stać się okazją do zabaw słownych. A jak? A na przykład zadajcie dziecięciu (i sobie!) zadanie wyszukiwania w otoczeniu obiektów, które mają w swojej nazwie określoną głoskę. Dajmy na to, że chodzi nam o głoskę „ż/rz”. Szukamy więc czy gdzieś dookoła nas nie czai się na ten przykład żuraw, albo czy może nie ma gdzieś w zasięgu wzroku: drzewa, morza, żaby, żyta itp. itd. Kto znajdzie więcej takich obiektów, ten wygrywa i stawia lody (co z nimi zrobić, patrz punkt wyżej)! Ta wersja jest trudniejsza niż wypowiadanie przez rodzica nazw obiektów z otoczenia i szukanie w nich przez dziecko określonej głoski (czyli wy np. mówicie „drzewo”, a dziecko ma odpowiedzieć, czy jest słyszy tam „ż/rz”, czy nie.

Dziatwa uwielbia zagadki. Spacer to dobra okazja, by zabić dziecięciu ćwieka i wspólnie je wymyślać (raz dziecię wam, raz wy dziecięciu). Wystarczy tworzyć proste opisy czegoś, co jest w zasięgu waszego wzroku. Przykład? Spacer w lesie: jest podłużne, cieniutkie, jest tego dookoła baaardzo dużo i jak się po tym stąpa gołą stopą, to można się nieźle pokłuć. Co to jest? Oczywiście, że igły sosnowe leżące na ziemi! Albo: mają czapeczkę z antenką podobną do beretu, są malutkie, mogą czasem spaść na głowę i nabić guza. Żołędzie – jasna sprawa!

  1. Logopedyczne podróże w wakacje – śpiewanki i rymowanki podróżnicze

Na pewno kojarzycie te sceny z amerykańskich filmów familijnych. Co taka rodzina robi w podróży? Czy aby się nudzi? O nie! Najczęściej śpiewa. Nikogo zmuszać nie będziemy, albowiem są tacy, którzy lepiej, by jednak nie śpiewali, jeśli dobrostan psychiczny współpasażerów jest im miły. Z drugiej strony, jesteście jednak w aucie, nie słychać tego na zewnątrz, więc prawdopodobnie nikt was nie zatrzyma za zakłócanie porządku. Śpiewajcie więc ile sił w płucach! Albo rymujcie! Co ciekawe, zaśpiewać można nawet zwykłe wierszyki, do których nikt specjalnie melodii nie pisał. Wiele z wierszyków służących ćwiczeniu artykulacji da się przy minimalnych zdolnościach zaśpiewać, podkładając znane wszystkim melodie. A jakie wierszyki do ćwiczeń mogą Wam się przydać? Najlepiej takie, które są tak przygotowane, abyście mogli wyraźnie usłyszeć, w jaki sposób dziecko wymawia daną głoskę. Takie są „Wierszyki ćwiczące języki, czyli rymowanki logopedyczne dla dzieci” (opis książki i jej przykładowe strony znajdziecie tutaj: klik). W pierwszej części „Wierszyków” znajdziecie takie teksty, które zawierają wersy sylabizowane, to dodatkowo ułatwia zabawy w rapowanie. Możecie wtedy dzielić się fragmentami, np. dziecko wypowiada wers z samymi sylabami, a wy część ze zdaniem (lub odwrotnie).

A skoro już o książkach mowa to…

  1. Wakacyjna biblioteczka logopedyczna przedszkolaka

Jeśli chcecie stymulować rozwój mowy przedszkolaka, zapakujcie do plecaka… każdą książkę. Taką, którą dziecko najbardziej lubi. Ważne, żebyście jakąś w ogóle zapakowali i byście na jej podstawie rozmawiali, opowiadali, zadawali pytania, snuli przypuszczenia itp. A jeśli szukacie książek, które zostały przygotowane celowo z myślą o wspieraniu rozwoju mowy dziecka, to dla przedszkolaków polecamy wam np. zabawę ze słynną muchą Fefe. W pierwszej części przygód („Z muchą na luzie ćwiczymy buzie…”) Fefe pomaga dziecku w ćwiczeniu sprawności buzi i języka. O muszysku tym pisałyśmy na mataja wielokrotnie (np. TU). Dobra wiadomość jest taka, że już w połowie sierpnia 2017 r. ukażą się jej nowe, wakacyjne (a jakże!) przygody! Książka „Z muchą świat zwiedzamy i opowiadamy”, będzie służyć rozwojowi umiejętności opowiadania i wyobraźni dziecka. Jeśli jeszcze Wam mało, to możecie zabrać ze sobą Zeszytowy Trening Mowy – książkę, w której każda rozkładówka to innego rodzaju zabawa z konkretną głoską. Znajdziecie tu grę planszową, zadania wymagające rysowania, uruchomienia wyobraźni, dopasowywania elementów, wyklejania itd. Dzięki temu ćwiczenia artykulacyjne nie będą nudne, ale przemycone w formie zabawy. Wszystkie te książki to publikacje z serii „Uczę się mówić, wymawiać, opowiadać” i zawierają informacje dla rodzica, dzięki którym rodzic wie jak ćwiczyć i na co uważać.

  1. Dziennik małego podróżnika i… wyprawa z muchą Fefe!

Prowadzenie pamiętnika proponowałyśmy wam już w przypadku wakacji berbecia (czyli w pierwszej części tego tekstu), ale w przypadku malca ma on, z natury rzeczy, inny cel i formę językową. Z przedszkolakiem to już inna sprawa i wyższy poziom zaawansowania. Nie mówiąc już o dziecku w młodszym wieku szkolnym, które może taki dziennik pisać samodzielnie.

W przypadku przedszkolaka, wręczacie mu piękny zeszyt (możecie go wspólnie przyozdobić itp.) i prosicie, by rysował w nim przygody wakacyjne. Ładnie też poproście, byście i Wy mogli w nim czasem coś narysować. Kiedy dziecię narysuje przygodę, zachęcacie by pięknie opowiedziało, co się wydarzyło, a wy – jako ten skryba, zapisujecie wszystko pod obrazkiem tak, jak dyktuje dziecię. Po powrocie macie narysowaną i zapisaną całą historię waszych wakacji. Dziatwa ma co opowiadać i pokazywać dziadkom, kolegom itd. A przy okazji znów musi się nagadać Taki dziennik można też zrobić po fakcie – np. przygotować zdjęcia z wakacji, ułożyć je chronologicznie i zapisać pod nimi, co też takiego wtedy się działo. Nie chodzi więc o proste podpisy pod zdjęciem typu: „Zakopane, 2017”.

Ale można to zdanie nieźle podkręcić i zrobić z niego nie tylko reportaż, ale …pisanie prawdziwej książki! Tu już trzeba ruszyć wyobraźnią, wymyślać historie, a nie tylko opisywać jak było.

Może w tym pomóc mucha Fefe, lub każdy inny bohater, którego dziecię wielbi miłością nieskończoną. Zobaczcie, jak fantastyczny pomysł na zachęcanie dzieci do pisania i opowiadania nowych historii miała pewna nauczycielka klas 1-3 (o TU). A jakie pomysły miały same dzieci i ich rodzice! Dowód osobisty, wyrobiony dla Fefe specjalnie z okazji wyjazdu za granicę, powalił nas na kolana 😉

Wymyślanie nowych przygód muchy czy innego lubianego bohatera jest proste. Zabieracie go ze sobą na wakacje (pod taką postacią, jaką się da – najlepiej maskotki, bo wtedy dziecko ma realne poczucie, że zabiera ze sobą swojego ulubieńca). Każdego dnia (albo po prostu wtedy, gdy dzieje się coś interesującego) dziecko wymyśla i rysuje to, czego doświadczyło, ale tak, jakby bohater uczestniczył w tej przygodzie. Można więc nieźle nazmyślać, co niektórym od razu się spodoba! Żeby pomóc dziecku w wymyślaniu, można zadawać pytania wprowadzające: gdzie mogła być dziś z nami Fefe? Co by się jej przydarzyło, gdyby z nami była? Co podobałoby jej się najbardziej? Co by zrobiła? A może by coś zjadła? Itp. Itd. Lepiej zadawać takie pytania, niż podpowiadać gotowe scenariusze. W końcu chodzi o to, by dziecko użyło swojej wyobraźni. Ale pamiętajcie, by tę opowieść zapisać pod obrazkiem. Na koniec wakacji macie gotową książkę o nowych przygodach Fefe, wymyśloną samodzielnie przez dziecko!

  1. Logopedyczna piłka plażowa

Ta zabawa będzie przebiegać szybciej z dziećmi już czytającymi, ale tym, które jeszcze nie opanowały tej sztuki, trzeba będzie po prostu trochę pomóc i też się uda. Na piłce plażowej zapisujecie słowa zawierające ćwiczoną głoskę/głoski (jeśli chcecie, by dało się je potem łatwo usunąć i napisać nowe, można je zapisać na fragmentach taśmy malarskiej naklejanymi na piłce). Każdy, do kogo trafi piłka, musi przeczytać jedno słowo. To wersja najprostsza, ale trudność można stopniować. Zadaniem może być nie tylko odczytanie słowa z piłki, ale ułożenie z nim całego zdania. Najtrudniejsza wersja: każdy musi ułożyć zdanie tak, by tworzyło z poprzednimi spójną całość. Czyli nie tylko ćwiczymy artykulację, ale też układamy opowiadanie.

  1. Plażowa gra w klasy i logopedyczne wyścigi z falami

Sam tytuł już wam pewnie mówi, o co chodzi w obydwu zabawach. Wykorzystujemy piasek i tradycyjną grę w klasy. Na polach „planszy” narysowanych na piasku wpisujemy sylaby, bądź całe wyrazy z ćwiczonymi głoskami. Zadaniem gracza jest skakać po „planszy” tak, jak to się robi w typowej grze w klasy, ale jednocześnie odczytywać to, co zostało na nich zapisane.

W przypadku wyścigów z falami, zapisujemy sylaby/wyrazy w takim miejscu, co do którego jesteśmy pewni, że zmyje je fala. Wy szybko zapisujecie, a następnie waszym wspólnym (z dzieckiem) zadaniem jest szybko je odczytać, zanim woda je dosięgnie i zmyje na dobre. Niby proste, ale jeśli zapiszecie ciąg: SZA-ŻA, SZO-ŻO, SZE-ŻE, SZU-ŻU itd. (to już ćwiczenie trudniejsze, na różnicowanie głosek), a potem będziecie chcieli to sprawnie przeczytać zanim nakryje was fala, to gwarantujemy, że ubaw będzie po pachy!

  1. Grill logopedyczny

Polacy podobno kochają grillowanie. My na pewno kochamy dobre i zabawne pomysły! Ten pomysł urzekł Martę, gdy dojrzała go (choć nie pod taką nazwą) w Internecie. Niestety, nie zanotowała strony ani linku i nie możemy teraz odnaleźć źródła pomysłu. Z góry więc przepraszamy autorów i zaznaczamy, że sam pomysł nie jest nasz (jeśli znacie źródło, podeślijcie nam, byśmy je tu dodały). A pomysł jest naprawdę super, bo pokazuje samo sedno: ćwiczenia artykulacyjne można wpleść w prawie każde działanie, wystarczy uruchomić wyobraźnię! Na czym więc polega grillowanie logopedyczne? Nie, wcale nie na grillowaniu logopedy…

Przygotowujecie miseczki/pojemniki z kawałkami wszystkich elementów, z których będziecie robić szaszłyki (papryka, cebula, cukinia, pieczarka itp. Itd.). Przy każdym pojemniku kładziemy kartkę z zapisaną sylabą (z ćwiczoną głoską) i… zabieramy się za robotę! Bawić się można na kilka sposobów. Najprościej: nadziewając każdy element jedzenia wypowiadamy jednocześnie sylabę, która była przy nim zapisana. Możecie też przygotować dodatkowe kartki z sylabami, losować kilka z nich (tyle, ile elementów na jeden szaszłyk) i ułożyć na stole w ciągu (sekwencji). Zadaniem młodego grill mastera jest przygotować szaszłyk zgodnie z tak przygotowaną sekwencją. Ta wersja jest łatwiejsza dla dzieci nie czytających, bo będą po prostu szukać tak samo wyglądającej sylaby przy pojemnikach z jedzeniem. A wymawiać sylabę będą powtarzając za wami.

Po udanych ćwiczeniach szaszłyki należy zjeść. Smacznego!

Życzymy Wam dobrej zabawy i wspaniałych, ciepłych, beztroskich wakacji!

ps. Martę, która jest główną autorką powyższego tekstu poznałam dzięki… blogowaniu, bo okazało się, że jest naszą czytelniczką – mniej więcej rok temu zaczęłyśmy wymieniać ze sobą maile z których wyszła tak duża nić porozumienia, że uwaga, uwaga – Marta zna imiona moich dzieci!! Kumacie, że to coś dużego 😀 Niemniej poza tym, że Marta jest fajną kobitą, to jest też mądrą kobitą, która ma doktorat i pracuje jako adiunkt w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, ma też swój gabinet logopedyczny w Łodzi (klik), jest wymyślicielką jednej z moich ukochanych postaci książkowych dla dzieci, czyli muchy Fefe (klik), którą wielbię całą roześmianą papą oraz Pucia (klik, klik) za którym przepadają najmłodsze dzieciaki, a także Zeszytowego treningu mowy (klik) i Wierszyków Ćwiczących Języki (klik), które doskonale łamią mój osobisty język przy czytaniu 😀

Mama Pierworodnej (5) i Drugorodnego (3). Żona Wirgiliusza. Jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna.

10 komentarzy

  • Odpowiedz Lipiec 20, 2017

    Anita

    Mam pytanie do autorki tekstu. Mój syn w przyszłym miesiącu będzie obchodził swoje 3 urodziny. Ogólnie ładnie układa zdania, czasem ku naszemu zaskoczeniu dość mocno rozbudowane, jak na swój wiek. No pojedzie czasem takim małym profesorkiem ☺ Ale nie wymawia głosek w oraz f. Np. zamiast Wojtek mówi Dojtek. Czasem po prostu pomija tę głoskę np. powie ooce, zamiast owoce. No i właśnie nie mogę znaleźć informacji, kiedy dziecko powinno poprawnie wymawiać te głoski. I czy to już jest wadą. Może autorka pomoże? Dodam, że troszkę próbuję z nim ćwiczyć, to znaczy dmuchamy bańki, bawimy się dmuchajką, dużo czytamy (Muchę Fefe i “Wierszyki ćwiczące jezyki” również).

    • Pani Anito, warto wybrać się z Profesorkiem 🙂 do logopedy, ponieważ te dwie głoski powinien już mieć opanowane. Zdarza się, że sprawiają one kłopot, ale generalnie nie należą do tych, na które czekamy długo (przeciwnie). Głoski te są dość łatwe do wywołania, bo ich artykulacja jest “widoczna” – widać układ warg i zębów, który służy ich wymówieniu. Ten układ jest w obu przypadkach taki sam. Jedyna różnica między tymi głoskami, to dźwięczność głoski “w”. Czyli wymawiamy je, układając aparat artykulacyjny tak samo, ale przy “w” musimy uruchomić więzadła głosowe (dziecku mówimy np., że uruchamiamy motorek w gardle – można położyć dłoń dziecka na swojej, a potem jego szyi i niech poczuje, jak tam ładnie coś drży przy wymowie “w”). Może Pani spróbować sama pokazać Profesorkowi, jak ułożyć warki i zęby do “f”: górne zęby dotykają dolnej wargi. Wygląda to trochę tak, jakby delikatnie “przygryźć” dolną wargę górnymi siekaczami. Ważne – naprawdę delikatnie, musi zostać jakaś szczelina, by powietrze mogło przez nią spokojnie przechodzić. Ja zawsze śmieję się, że to troszkę taki zajączek, ma widoczne ząbki 🙂 Jak tak ułożymy zęby i wargę, zaczynamy wypuszczać powietrze i… już mamy “f”. Próbujemy więc: fa, fo, fu, fe, fy. Proszę spróbować i zobaczyć, co z tego wychodzi. To oczywiście nie jest koniec, bo to “f” trzeba ćwiczyć w różnych miejscach sylaby, wyrazu, zdania. A potem przechodzimy do “w” i w końcu te głoski różnicujemy. Logopedia jest troszkę skomplikowana 🙂 Zdarza się jednak, że w przypadku tak prostej głoski, jeśli dziecko rozumie polecenia, zwykły pokaz powoduje, że dziecko od razu chwyta o co chodzi i potem samo już radzi sobie z używaniem tej głoski we wszystkich pozycjach. Jeśli się nie uda, proszę iść do logopedy. Proszę też pamiętać, że piszę to, nie słysząc wypowiedzi dziecka. Być może są także inne elementy, które wymagają uwagi. Wizyta u logopedy naprawdę nie zaszkodzi. A swoją drogą: jak w takim razie Profesor radzi sobie z imieniem Fefe? 🙂 Pozdrawiam Was serdecznie, powodzenia!

      • Odpowiedz Lipiec 25, 2017

        Anita

        Dziękuję serdecznie za odpowiedź. Zastosujemy się do wszystkich zaleceń. Mucha Fefe jest póki co muchą Sese, czasem Sehe. Bierzemy się do pracy. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.

    • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

      Natalia

      Jako logopeda powiem Pani — niech idzie Pani do logopedy właśnie 🙂 Lepiej zapobiegać niż leczyć! Logopeda obejrzy chłopca i zaleci odpowiednie ćwiczenia i kontrolę albo zaleci terapię. 🙂

  • Odpowiedz Lipiec 20, 2017

    Zielonampg

    Świetny tekst. Wprawdzie moje dziewczynki raczej nie mają problemów z mową, ale zabawy na pewno wykorzystamy. Taki pamiętnik z wakacji to skarb. A co myślicie o książkach Urszuli Kozłowskiej np. “Dzwięczące wierszyki”, “Szeleszczące wierszyki” Moja przedszkolaczka bardzo je lubi i zna już prawie na pamięć. Pozdrawiamy autorkę przygód naszej ulubionej Fefe.

    • Ja także serdecznie pozdrawiam! A książek Pani Kozłowskiej nie znam, dziękuję za podpowiedź!
      Marta Galewska-Kustra

  • Odpowiedz Lipiec 23, 2017

    Magdalena

    A czy może być tak, że dziecko mówi najpierw dobrze, te błedy mogą przyjść z czasem? Czy jeśli zaczęło mówić normalnie, to już tak mu zostanie? Czy jeśli latorośla zaczęła mówić pełnymi zdaniami przed drugimi urodzinami, to należy zrobić jakąś wizytę kontrolną u logopedy, żeby nie pojawiły się problemy potem?

    • Odpowiedz Lipiec 24, 2017

      Natalia

      Jeśli pociecha zaczyna mówić pełnymi zdaniami, a potem coś się cofa – to znaczy, że coś jest mocno nie tak!

      Trzeba dziecko kontrolować po prostu – pomagać w rozwoju mowy opowiadając dużo, czytając książeczki, rozmawiając – plus sprawdzać, jak przebiega pojawianie się kolejnych głosek. Zazwyczaj liczy się ok. pół roku dopuszczalnego opóźnienia 🙂

      No i należy dbać o całościowy rozwój, szczególnie rozwój motoryki małej.

  • Pani Magdaleno, to jest tak, że pewne kłopoty jak najbardziej mogą pokazać się “z czasem”, bo właśnie “z czasem” ta mowa i sama wymowa głosek (artykulacja) się rozwijają. Odnosząc się do Pani przykładu, jeśli mamy latorośl mówiącą pełnymi zdaniami przed drugimi urodzinami (czy Pani zdaje sobie sprawę ilu rodziców Pani zazdrości? :)), to z pewnością ta latorośl nie mówi tak, jak dziecko siedmioletnie. Na pewno część głosek sobie “zamienia” na inne, niektóre wyrazy, zbitki spółgłoskowe upraszcza itd. Wraz z biegiem czasu, wraz z rozwojem, może się okazać, że coś sprawia kłopot. A zatem teoretycznie jest jeszcze czas na to, by coś nam się w tak zwanym “praniu” nie spodobało i zwróciło naszą uwagę. Jeśli ma Pani jakieś wątpliwości, zawsze można udać się do logopedy, “tylko” po to, by sprawdził, jak mowa dziecka się rozwija i jak to się ma do jego wieku i norm rozwojowych. Po prostu zwykła wizyta kontrolna. Logopeda sprawdzi wiele rzeczy: rozumienie mowy i tzw. nadawanie, słuch fonemowy, budowę i sprawność aparatu artykulacyjnego. W swojej ocenie weźmie oczywiście pod uwagę wiek dziecka. Taka wizyta “z nadgorliwości” może się okazać słuszna – albo po prostu Panią uspokoi, albo odpowiednio wcześnie spowoduje, że na coś zwrócicie Państwo uwagę i później nie będzie już kłopotu. Serdecznie Panią pozdrawiam!

    • Odpowiedz Sierpień 2, 2017

      Magdalena

      Pani Marto, bardzo dziękuję za odpowiedź. Na pewno umówię się na taką wizytę kontrolną. Mówiący dwulatek jest rewelacyjny w obsłudze, więc zdecydowanie jestem przeszczęśliwa. Do mówienia nie muszę jej zachęcać (aktualnie mówi obie strony dialogu – swoją i moją :D), ale większość proponowanych ćwiczeń albo jest dla niej za łatwa bo już mówi te wyrazy albo jest za trudna, bo jeszcze nie czyta i nie potrafi sama wymyślać historii, dlatego nie wiem jak ją aktywizować, ale to się pewnie po wizycie wyjaśni. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam

Leave a Reply