Julek i dziura w budżecie, czyli świetna książka do edukacji finansowej dzieciaków

Wiecie co najbardziej lubię w blogowaniu? Was! Serio! Kurczaku ile ja fajnych ludzi poznałam, dzięki temu, że gdzieś tam kiedyś przeczytali któryś z artykułów i już zostali i nawet napisali do mnie o tym co robią. Tak poznałam Martę Galewską-Kustrę spod pióra której wyszła kultowa Fefe (klik) i równie kultowy Puciosław (klik), tak poznałam Wiolę Wołoszyn, dziewczynę, która o książkach dla dzieci wie wszystko i która specjalnie dla najmłodszych czytelników stworzyła Jana i Wita w trawie (klik), książkę, która maluchy tak porwała, że kilka dni temu premierę miała część druga w której to Jano i Wito harcują w domu, przyczyniając się tym samym do wspierania mowy młodocianych:

 

Tak też poznałam Sylwię, która poza tym, że pełni bardzo ważną funkcję społeczną, czyli jest czytelniczką matai, jest także mamą, jest prawnikiem i jest istotą wielce ogarniętą w kategorii finansów i edukacji finansowej. Czytaj w przeciwieństwie do mnie nie myli notorycznie brutto z netto, nie zastanawia się po nocach co by niby takiego złego się stało gdyby cichaczem dodrukować trochę pieniędzy i rozdać najbiedniejszym (Wirgiliusz już się poddał w kategorii tłumaczenie mi tej kwestii), a w salonie samochodowym na hasło „czy będą państwo brali leasing” nie zaczyna się ślinić myśląc, że w ramach uczczenia transakcji salon zaoferuje nam za chwilę wyborny makaron zapiekany z serem, mięsem i obłędnym sosem beszamelowym.

Bo wiecie, ja w kategorii finanse to wyspecjalizowałam się w wydawaniu – tu, zwłaszcza w sklepie z cukierkami, nie mam sobie równych, ale pozostałe kwestie jakoś tak średnio ogarniam (to z dodrukiem kasy zwłaszcza!), dlatego kiedy Sylwia napisała do mnie, że z myślą o dzieciakach stworzyła i własnym sumptem wydała książkę na temat edukacji finansowej i chętnie poznałaby moją opinię o niej i czy może podesłać – to ja na to przystałam, bo fajnie jakby choć dzieci me ogarnięte finansowo były. Nie ukrywam jednak, że towarzyszył temu dość znaczny sceptycyzm, bo obawiałam się, że będzie przynudzać jak pani w liceum co to dość monotonnie usiłowała nam tajniki przedsiębiorczości i zarządzania finansami do głów wtłuc (obawiam się, że jestem jej największą porażką pedagogiczną).

Tymczasem Julek i dziura w budżecie, bo taki tytuł nosi księga, okazał się być naprawdę przemyślaną i fajnie skomponowaną opowieścią dla dzieciaków. Tam nie mam blablania i durnowatych pustych definicji – jest ciekawa historia Julka, jego rodziny i sąsiadów, z których każdy takim trochę archetypem finansowym jest – znaczy są Oszczędniccy i są Rozrzutniccy i są średniacy, a między nimi wszystkimi jest dwójka dzieci – Julek i Dusia którzy próbują się połapać w zawiłościach wydawania i oszczędzania kieszonkowego, spłacania rat przez rodziców, poduszek finansowych, odsetek, praw rynku i pokrewnych zagadnień, ale wszystko na przykładach zrozumiałych dla bajtli – życiowych i dostosowanych do ich wieku.

Mamy więc m.in. historię Julkowej walki o marzenia w postaci oszczędzania na czerwoną wyścigówkę, mamy wyprawę do wesołego miasteczka na którą rodzice wysupłali pewną sumę pieniędzy, ale o tym jak je rozdysponować decyzję podjąć muszą dzieciaki, mamy Julka odkrywającego, że jego ulubione lody na które przeznacza część kieszonkowego mają różne ceny w różnych sklepach, mamy historię o złośliwym bogatym koledze z klasy, który chwali się stanem posiadania i śmieje z biedniejszych kolegów i tym że nawet coś takiego można to przekuć na coś dobrego, i kilka innych wątków, ale przecież wam tu całej książki nie będę streszczać, no nie?

Całość świetnie uzupełniają rysunki Kury, którą pewnie część z was kojarzy z hulających po fejsbuku żartobliwych i charakterystycznych grafik – głównie na temat macierzyństwa.

Sześcioletniej Pierworodnej Julek się bardzo podoba słucha z ciekawością, sama go przynosi z prośbą o poczytanie i stara się zapamiętać zwłaszcza w odniesieniu do zarządzania własnym kieszonkowym. Niespełna czteroletni Drugorodny zaś, mimo że też już dostaje swoje kieszonkowe i regularnie rozpuszcza na parszywe resoraki, więc bez kitu trochę edukacji finansowej i ogarnięcia mógłby chłopak w końcu liznąć – niestety musi do Julka jeszcze dorosnąć. Sama Sylwia określiła grupę docelową książki jako 6-10 lat i według mnie to dobry szacunek, więc dla dzieciaków młodszych niż 5 lat bym Julka nie polecała, ale starszakom zarówno ja, jak i pierworodne dziecię polecamy gorąco. Bo pomysłowe, inne, a przy okazji naprawdę można się czegoś nauczyć. Wiem, że Sylwia planuje kolejne tomy więc niniejszym uprasza się o poruszenie kwestii drukowania pieniędzy – może coś w końcu zrozumiem :)))

Julek to dzieło w pełni z gatunku self-publishing więc jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o książce, zajrzeć do jej wnętrza albo poznać autorkę i ilustratorkę bliżej zerknijcie na julkową stronę (klik). Samego Julka zaś nabyć można w niektórych księgarniach internetowych, a także na wspomnianej julkowej stronie.

A mi nie pozostaje nic innego jak trzymać kciuki za kolejne projekty wydawnicze Sylwii – mam nadzieję równie udane!

Mama Pierworodnej (6), Drugorodnego (4) i Wikinga co noworodem na razie jest. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna.

1 Comment

  • Odpowiedz Maj 22, 2018

    Ewa

    Dziękuję za polecenie tej świetnej książki! Mojej 5-letniej córce bardzo się spodobała. Co wieczór pytała: “Przeczytasz mi tę książkę o pieniądzach?”A jak przeczytałam jej “koniec części pierwszej, to powiedziała: “Czemu nie kupiłaś następnych części?” 🙂 Mi się podobało w tej książce to, że nie jest klepaniem nudnych formułek, tylko ważna treść jest wpisana w ciekawą fabułę. W dodatku książka opowiada też o roznych ważnych sprawach, a nie tylko o pieniądzach. Wartościowa lektura 🙂

Leave a Reply