Pięć fenomenalnych planszówek i… książko-gier

Ha, jak wiecie prezentowników u mnie nie uświadczycie, bo to nie moja bajka. Ale od zawsze moją bajką są dobre książki i dobre planszówki i dziś mam dla was pięć naprawdę, NAPRAWDĘ obłędnych propozycji – takich, które są w mojej opinii wybornym pomysłem na prezent i które sprawiają radość nie tylko dzieciom, ale też rodzicom. Wszystkie poniższe propozycje mają 100% aprobaty mojej, mojego męża i moich dzieci, a takie kombo zdarza się rzadko.

Nogi stonogi

Szybka kompaktowa gra, którą już kiedyś wam polecałam – nic się nie zmieniło, nadal jest naszym hitem. Lubię ją w te wieczory kiedy nie dysponuje już za dużą ilością mózgu, a dzieciaki chcą fajnie razem spędzić czas. Gra się szybko, dynamicznie i miło po prostu. Grać można maksymalnie w 4 osoby, ale nawet we dwójkę rozgrywka sprawia masę radochy – ja tak często gram z moim sześciolatkiem. O co chodzi? Każdy dostaje głowę swojej stonogi, a potem rzucając czterema kostkami (każdy ma w swojej kolejce 3 rzuty) trzeba jej skombinować jak najwięcej nóg. Wbrew pozorom nie jest to tylko mechaniczne rzucanie – trzeba też podejmować decyzje, którymi kostkami rzucić ponownie, a które już tak zostawić – w oparciu o to jakie nogi „zostały na stole”. Fajne zwłaszcza z przedszkolakami 🙂

Książki z serii Escape Quest

O ludzie ależ my przepadliśmy w tych książkach. Pierwszą dałam młodej kilka tygodni temu w poniedziałkowy wieczór. Z trudem odrywała się od niej na lekcje, po to żeby zaraz po nich znowu wrócić do rozwiązywania zagadek – udało jej się przejść całą jakoś pod koniec weekendu, a jak tylko skończyła – wzięła następną. I… znowu przepadła! Te książki to bowiem wyborne połączenie gry z książką. Taki escape room w książce w zasadzie. Zaczyna się zwyczajnie, czyli wprowadzeniem do historii, które prowadzi nas wprost do pierwszej zagadki – musimy ją rozwiązać by dowiedzieć się na jaką stronę przeskoczyć dalej by historia miała sens i by przybliżyć nas, niczym wytrawnych detektywów, do ostatecznego rozwikłania całej zagadki.

Te co pomniejsze zagadki są różne – trochę matematyczne, trochę logiczne, trochę na myślenie, trochę na spostrzegawczość, trochę na „matko jedyna dlaczego ja tak kombinowałam nad rozwiązaniem skoro trzeba było iść od razu najprostszą drogą.” No różne po prostu. I wszystkie sprawiają, że wychodzi z tego coś NIE-SA-MO-WI-TE-GO i mówię to z pełną odpowiedzialnością.

Formalnie seria jest dla dzieci od lat 12 – niemniej nasza niemal dziewięciolatka radzi sobie całkiem spoko, choć co jasne w wielu miejscach potrzebowała naszej delikatnej podpowiedzi, a w innych wręcz naszego rozwiązania (ba, czasem my sami potrzebowaliśmy na nie trochę czasu, ale matko jakie to emocjonujące i ile więcej frajdy dawało niż takie na przykład bawienie się z dwulatkiem traktorem :D!), ale generalnie mimo że nie doskakuje do wieku okładkowego to i tak radzi sobie i kombinuje. A zatem – uczy się myśleć innymi ścieżkami :))

Ja się bałam, że fabuła będzie dla niej za dojrzała i nic nie zrozumie, ale w sumie to ona i tak te fabułę olewa i skupia się na zadaniach, chodząc z książką i ołówkiem i kombinując jak koń pod górkę. Cudowny widok. Z czterech dostępnych przeszła na razie Poszukiwaczy zaginionego skarbu i Za garść neodolarów – ta druga na pierwszy rzut oka miała bardziej logiczne i łatwiejsze zagadki albo – alternatywnie młoda przećwiczona w pierwszej wiedziała już jak trzeba pewne rzeczy ugryźć stąd szło jej lepiej. W obu jednak wypadkach miała z tego ogromną radość. My też. Naprawdę bombastyczna zabawa dla starszych dzieci, a myślę, że i co bardziej nerdowscy dorośli nie wzgardzą taką propozycją w ramach prezentu. 1217821 punktów na 10.

Klocki Cardblocks

Nie planszówka i nie książka, ale nadal świetna zabawka. O klockach już wam pisałam kiedyś, ale teraz pojawił się dodatkowo nowy zestaw, to przypominam. Cardblocks to pomysł i dzieło naszego rodaka – pana Piotra Nawracały, który stworzył je z myślą o swojej… wnuczce! Klocki są w całości wykonane z grubej porządnej tektury i trzeba je od zera złożyć samemu, bo w pudełku znajdziemy li tylko płaskie arkusze.

Mamy więc już na wstępie fajne ćwiczenie dla rąk i ogarnianie instrukcji składania – przyda się jak będzie trzeba skręcić szafę w dorosłości :)) a potem to mamy już tylko rozwijanie wyobraźni. System budowania i konstruowania jest zupełnie inny niż we wszystkich znanych mi klockach – bloki łączy się bowiem ze sobą specjalnymi łącznikami, więc „główka pracuje”, bo działamy inaczej niż w znanych nam schematach.

Jedyny minus – po złożeniu zajmują dużo miejsca, więc trzeba na nie przewidzieć przestrzeń, możliwe zatem, że nie będą najbardziej akuratnym prezentem dla dziecka, które mieszka z rodzicami w kawalerce lub po prostu w mieszkaniu gdzie nie ma wiele miejsca :)). Ale o klockach to ja już wam raz szczegółowo pisałam więc jak ktoś zainteresowany szerzej to odsyłam TU. Pamiętajcie tylko, że na początek najlepszy jest zestaw podstawowy 🙂

Alicja w krainie słów

Bardzo miła gra towarzyska, która rozwija nieco inne obszary niż zwykle robią to planszówki – tu bowiem chodzi o zasób słownictwa. Jak gramy? Siadamy sobie przy stole i w zależności od wybranego stopnia trudności losujemy karty liter – 2, 3 lub jeśli z nas wytrawni oratorzy więcej – i dzięki temu dowiadujemy się jakie litery będą podczas naszej gry zakazane. Ot powiedzmy, że wylosowaliśmy G i K. Jednocześnie losujemy kartę tematu rozmowy – a te są bardzo różne od starożytnej Grecji, przez ślub, restauracje, części ciała, budowę, malarstwo po zabawki, warzywa, owoce czy coś czerwonego. No jest tego mnóstwo. Zadaniem każdego gracza jest podawanie kolejno słów związanych z tematem rozmowy, ale słowa te nie mogą zawierać zakazanych liter. Dodatkowym utrudnieniem jest grający czajniczek herbaciany, który bezlitośnie odmierza kolejnym graczom czas na odpowiedź (może to być 10 lub 15 sekund), kto nie poda słowa lub poda takie zawierające zakazane litery (a to się robi bezwiednie czasem, zwłaszcza w towarzystwie czajniczkowej melodyjki) ten odpada z rundy i czeka aż polegnie reszta graczy 🙂

Gdy na polu bitwy zostaje ostatni niepokonany, losujemy nowy temat rozmowy. Fajne i generujące kupę śmiechu – bo skojarzenia tematyczne lub wypowiadanie pod presją czasu słów, które zawierają wszystkie zakazane liter bywa momentami zabawne. U nas gra się bardzo sprawdza, bo starsi grają z wypiekami na licu, a najmłodszy jest wybornym czajniczkowym co naciska czas odmierzający na odpowiedź i jest z tej roli bardzo dumny. Czajniczek zasilany jest bateriami, które trzeba osobno nabyć drogą kupna jakby co.

Papua

Na koniec chyba mimo wszystko mój faworyt (choć o palmę pierwszeństwa dzielnie walczą tu książki Escape Quest i w sumie to sama nie wiem, które naj) Papua to młodsza siostra jednej z ulubionych gier mojej córki, czyli Ubongo Extreme. O Ubongo już wam kiedyś opowiadałam – bardzo ciekawa gra, w której nasze najstarsze dziecko wymiata, a my jak te sieroty nie potrafimy za nią nadążyć, ale i tak mamy ubaw. Otóż w Papui mamy jeszcze większy ubaw i zupełnie serio – ostatnio wieczorami czekam aż Wiking zaśnie, bo cieszę się na partyjkę „papułki” ze starszkami i mężem. To jest ten etap macierzyństwa gdzie się spija śmietankę za trudy poprzednich:).

Tutaj podobnie jak w Ubongo ważna jest szybkość i wyobraźnia przestrzenna, ale rozgrywka jest według mnie jednak nieco łatwiejsza niż w Ubongo, które udało mi się ułożyć do końca tylko kilka razy (haha wiem żenada). Ponadto Papua jest już na moje oko tworzona właśnie pod wspólne długie wieczory, bo rozgrywce bliżej do klasycznej, usystematyzowanej planszówki niż małemu, szybkiemu Ubongo.

Tym razem mamy plansze z wyspami, które trzeba ze sobą połączyć dostępnymi mostami – brzmi prosto, ale to wcale nie jest takie różowe. Plansze mają stronę A i B, gdzie A to wersja łatwiejsza, B trudniejsza, więc my gramy tak, że dzieciaki jadą na A, my na B i szanse są naprawdę wyrównane, a to daje masę emocji. Element losowości wprowadzają kości i 4 możliwe miejsca startu naszej budowy, więc nie jest tak, że po kilkudziesięciu rozgrywkach znamy już trasy na pamięć, bo możliwych wariantów jest bez liku. A jakby tego było mało można jeszcze grać z utrudnieniami, więc szybko się nie znudzi. Aktualnie bez kitu moja ulubiona planszówka. I jak dzieci mówią to co jeszcze jedna partyjka to jeszcze nigdy nie odmówiłam :))

Rewelacja. Słowo Alicji!

Wszystkie powyższe wybrane przeze mnie gry, książki i klocki znajdziecie na stronach wydawnictwa Egmont (klik) przy współpracy z którym powstał ten wpis – polecam zerknąć szczególnie dziś, bo z okazji czarnego piątku są spore rabaty i można parę złociszy na czekuladę zaoszczędzić 🙂 Jak szukacie drobiazgów to mogę jeszcze polecić małe karciane gry – Lato z komarami lub Szkoła latania. Gry do plecaka, w obie od dłuższego czasu rżniemy chętnie niczym wytrawni pokerzyści. Szkoła latania jest zresztą tematycznie oparta na Kajko i Kokoszu, które to komiksy moje dzieciaki uwielbiają – też są egmontowe jakby co 😉 Miałam o planszówkach, a wyszło jak zawsze 🙂


Czekasz na swoje pierwsze lub kolejne dziecko? Chcesz się przygotować? Może zainteresuje Cię nasz Wspieralnik rodzicielski (klik) – uwaga z okazji czarnego piątku i cyber monday – PROMOCJA z 49 na 39 zł!

Mama Pierworodnej, Drugorodnego i Wikinga. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Od prawie 6 lat wspiera w internecie matki za pomocą tego o blogaska. Pomysłodawczyni nurtu zabaw Montesorry, a także rodzicielstwa opartego na lenistwie.

1 Comment

  • Odpowiedz 27 listopada, 2020

    Natalia

    Ubongo uwielbiam, więc Papua też zamówiona! Dzięki!!!

Leave a Reply