Czytam sobie, czyli seria książek, która pomogła mojemu dziecku w nauce czytania.

Kiedy czytam badania na temat nomen czytania przez dzieci, bardzo uderzają mnie różnice w tym kiedy w różnych krajach wprowadza się formalną naukę tegoż, a także kiedy tej umiejętności wymaga się od dzieciaków. W Polsce w systemie formalnym – jak wynika z mojego przynajmniej doświadczenia – jest to traktowane raczej bez spiny, czyli nie ciśniemy czterolatków żeby czytały Nad Niemnem.

Moje dzieciaki dopiero w przedszkolu w grupie najstarszej (pięciolatki) poznawały kolejne literki i to głównie stamtąd wyniosły wiedzę i świadomość tychże, my tutaj za bardzo się nie udzielaliśmy. W zerówce był na to nieco większy nacisk, a potem jak się okazało w szkole w pierwszej klasie zabawa z literkami zaczęła się od nowa to znaczy znowu gremialnie klepali to jest A jak arbuz, a to Z jak ziomek. To było zresztą dość ciekawe, bo na pierwszym zebraniu część rodziców pytała kiedy dzieci będą musiały czytać samodzielnie, ale tak w sensie, że książki, a nie składać literka po literce „mama” czy tam „tata”. Inni zaś byli w szoku, bo chcieli pytać kiedy i jaka będzie pierwsza lektura, bo byli przekonani, że dzieci w pierwszej klasie muszą już umieć czytać, a tu się okazało, że podczas gdy część dzieci jedzie już opasłe tomiska „jak stary”, to część dopiero na tym polu raczkuje.

Te różnice są dość często dla rodziców stresogenne – i to już przed szkołą kiedy to część rodziców ma moralniaka, że ich dzieci nie należą jeszcze do czytającej grupy. Znam całą masę rodziców przedszkolakow, którym ta kwestia niemal spędza sen z powiek, mimo że przecież to nie oni są przygotowani merytorycznie i metodycznie do tego by instrukcję czytania dziecięciu przekazać – od tego są nauczyciele wychowania przedszkolnego i wczesnoszkolnego. To nie jest jakaś wielka odpowiedzialność rodzica. Rodzic może pokazać, że czytanie to przyjemność, a książki są fajne, może zachęcać i próbować zaszczepić miłość do nich (choć to też nie zawsze proste – ja na przykład, choć teraz kocham czytać jako siedmio-, ośmiolatka nienawidziłam tej czynności i była to dla mnie katorga), ale nie musi być ekspertem od tego jak nauczyć dziecię czytać.

Już nie mówiąc o tym, że my zawsze zakładamy sobie w głowie taki scenariusz, że wcześniejsze czytanie = geniusz przedwieczny, miejsce na Harvardzie jak w banku i w ogóle dziecię skazane na sukces, bo to wczesne czytanie daje mu jakąś lepszą pozycję startową w wyścigu o życie. Tak gdzieś nam się z automatu jawi tymczasem wczesne czytanie nie daje przecież takich gwarancji, bo sukces życiowy to wypadkowa wielu czynników. Nie ma też gwarancji, że umiejętności czytelnicze takiego dziecka będą trwale lepsze, co wykazała m.in. analiza z udziałem nowozelandzkich dzieci, które uczęszczały do szkół o dwóch różnych systemach nauki. W jednej dzieciaki zaczynały się uczyć czytania, mając lat 5, w drugiej 7 i okazało się, że choć oczywiście na początku było widać różnicę, to w wieku 11 lat nie było między nimi różnicy w zakresie umiejętności czytania i całej otoczki z tym związanej. Inne badania wydają się potwierdzać te wyniki. Nie musimy się więc chyba jakoś spinać, że nasz pięciolatek nie umie czytać, a ten od sąsiadki to jak miał trzy lata to już jechał dzieła zebrane Szekspira.

Bo my zbyt często na to patrzymy w kategorii rywalizacja i wyścig i kto pierwszy ten lepszy, a reszta przegrywy. Tak jest zresztą już raczkowaniem, chodzeniem, mówieniem, a potem z czytaniem właśnie – rzecz w tym, że pomijając przypadki gdzie faktycznie jest jakiś problem, który wymaga interwencji speca, większość dzieci zaczyna robić te rzeczy w ramach określonego okienka rozwojowego i po latach na WF’ie ani w życiu nie widzimy, które dziecko zaczęło chodzić jak miało 8 miesięcy, a które rzutem na taśmę załapało się na normę mając 18 miesięcy. I choć oczywiście jest to dość naciągana analogia, bo czym innym jest nauka chodzenia, a czym innym czytania, które faktycznie dziecku trzeba wyłożyć i wyjaśnić, bo nie kierują tym jakieś wrodzone mechanizmy, to jednak nie da się ukryć, że do tego by te wszystkie wyjaśnienia i wyłożenia dziecina ogarnęła potrzebna jest jego wewnętrzna wielopoziomowa gotowość do tego. A ta może pojawić się u jednych nieco szybciej, u innych trochę później. Dlatego uff i na spokojnie.

Bo choć ja jestem wielką zwolenniczką tego by dziecię jakoś powolutku, małymi kroczkami przygotowywać na to całe czytanie, dając narzędzia i aktywności, które pozwolą mu później łatwiej to wszystko ogarnąć, to nie bardzo mi po drodze ze spiną i presją na to by jak najwcześniej jak najwięcej.

Inna sprawa, że będą przypadki gdy w domu już np. na etapie szkoły przyda się wsparcie rodzica w zakresie czytania i przyswojenia wiedzy przekazanej na lekcjach albo, że będą przypadki dzieci, które wręcz wymuszają na rodzicach wcześniejsze instrukcje czytania, bo chciałyby np. już czytać samodzielnie jak starsze rodzeństwo (coś o tym wiem, bo mam taki w domu). Wtedy przydają się „ułatwiacze” tego procesu, a tak się składa, że takowe znam, bo z nich korzystałam i jestem w opór zadowolona.

Rok temu bowiem u startu tej całej pandemii co to 2 tygodnie mieć z nami była, a potem sobie pójść i dać nam spokój, napisałam wam TU, że Drugorodny (wówczas lat 5 i 9 miesięcy) wierci mi dziurę w brzuchu, że chce sam czytać. Trochę mnie to cieszyło, bo wizja tego, że będzie czytał sobie sam wieczorami była bardzo kusząca, a trochę jednak przerażało, bo nie miałam bladego pojęcia jak się za to zabrać – wszak Pierworodna nauczyła się czytać de facto sama chwilę przed 7 urodzinami. Młody tymczasem znał literki, umiał złożyć z nich proste wyrazy typu mama, tata, ale jak z tego bezboleśnie przejść do czytania książek, pozostawało dla mnie zagadką.

Na szczęście wtedy właśnie wpadła mi w łapy seria wydawnicza Czytam sobie, której celem jest wspieranie samodzielnego czytania dzieciaków. U nas był to autentycznie strzał w dziesiątkę – dzięki tym książeczkom młody odpalił i to właśnie podczas „siedzenia” w domu w trakcie pierwszego lockdownu poszybował z czytaniem w kosmos, tak że już po dwóch miesiącach, bo w maju samodzielnie przeczytał pierwszy tom Harryego Pottera, a przypominam, że w lutym nie potrafił niczego poza składaniem prościutkich wyrazów. I żeby było jasne nie piszę tego dlatego, że to wpis reklamowy, tylko dokładnie odwrotnie – zgodziłam się na tę reklamę tylko dlatego, że u nas to zadziałało jak złoto i od roku gdy ktoś mnie pyta o ten temat w wiadomościach prywatnych to niezmiennie z czystym sumieniem polecam. Jeśli więc macie w domu takiego ancymona, który chce lub potrzebuje jakiegoś czytelniczego wsparcia to polecam waszej rozwadze tym bardziej, że książeczki nie są drogie – ich koszt oscyluje gdzieś między 9, a 15 zł, a ja jeszcze załatwiłam wam dodatkowy rabat na stronie wydawnictwa w wysokości 40%, niemniej rabaty nie sumują się tj. jak książka jest już w promocji -20% wy po prostu dostaniecie dodatkowe 20% – i tak spoczko, nie? 😊

Co jest takiego wyjątkowego w tej serii w porównaniu do „zwykłych” książek? Ano właśnie to, że jest stworzona specjalnie pod naukę czytania co widać choćby w tym, że ma 3 poziomy, po których dziecię wspina się osiągając kolejne umiejętności. Dodatkowo seria jest bardzo bogata tematycznie – można naprawdę przebierać więc dla każdego dziecka znajdzie się coś co je zainteresuje, a jakby tego było mało teraz wśród autorów zagościło też trzech autorów na co dzień piszących dla dorosłych: Sylwia Chutnik, Wioletta Grzegorzewska i Jarosław Kamiński. Możecie więc na luziku zbić potem te wszystkie teksty, że mój to już przeczytał Klechdy Domowe, radosnym „phi a mój to już Chutnik czyta!” 😀

Co znajdziecie w kolejnych poziomach?

Pierwszy „składam słowa” jest najprostszy, przeznaczony dla tych co dopiero zaczynają. Są tu tylko podstawowe głoski – bez sz, cz, rz czy polskich ą, ę (acz zdarzyło się chyba ł), a to spore ułatwienie dla dziecka. Na książkę składa się raczej prosta opowiastka, ale dzięki czemu dziecku łatwiej ogarnąć zrozumienie o czym czytało, a przecież czytanie ze zrozumieniem to najważniejszy element czytania. Książki zbudowane są w ten sposób, że na każdej stronie mamy dużą ilustrację i jedno krótkie, proste zdanie. Na mojego syna działało to bardzo motywująco, bo szybko miał wrażenie, że poradził sobie z wyzwaniem i że idzie jak burza przez książkę. Na końcu w nowych elementach serii znajdziemy 3 pytania o tekst, czyli znowu nacisk jest na czytanie ze zrozumieniem, przy czym dla ułatwienia podane są strony na których dziecko może odnaleźć odpowiedź gdyby jej nie znało – super sprawa! Całość zamyka się w 150-200 wyrazach. A potem można pęknąć z dumy, że przeczytało się SAMODZIELNIE CAŁĄ KSIĄŻKĘ!! Pierwszą książką młodego była w związku z tym Doktor Ola! Do dziś do niej wraca z sentymentem 😊Po doktor Oli przeczytał jeszcze 5 innych pozycji serii, aż doszedł w nich do takiej biegłości, że zgrabnie przeskoczył poziom wyżej – było to bodaj na przełomie marca/kwietnia.


Poziom 2 to „składam zdania” – na każdej stronie mamy już kilka zdań i to już nie takich prościutkich jak budowa cepa tylko tym razem złożonych. Ba, pojawia się to co w książkach ważne, czyli elementy dialogu. Niemniej dalej dominują podstawowe głoski, więc znowu ułatwiający ukłon w stronę dzieciaków. Na całą opowieść składa się tutaj już 800-900 wyrazów. I dużo satysfakcji. Podobnie jak w poziomie 1 mamy na końcu 3 pytania „z tekstu” i również ułatwienie w postaci numeru stron na których znajdziemy odpowiedź na pytanie.

Poziom 3 to ostatni etap przed startem w prawdziwą lekturę, tym razem „połykamy strony”. Tu już wjeżdża pełnoprawny calutki ą, ę alfabet i wszystkie głoski. Zdania są dłuższe, a ilustracje nie grają już tak dużej roli – tu mamy budowę typowo książkową już, to jest ilustracje jedynie przeplatają tekst, a nie że pojawiają się na każdej stronie. Całość zamyka się w 2500-2800 wyrazach i co ciekawe jedyną książką z tego poziomu, którą rok temu przeczytał młody była książka o… Bitwie Warszawskiej i kolo się przez to tak wciągnął w historię, że pokierowało to jego aktualnymi zainteresowaniami, bo książki o historii wciąga aktualnie jak ja czekoladę. Tak że w jego przypadku seria nie tylko była doskonałym startem w lektury, ale też zagaiła zainteresowania.

Polecamy wam zatem całymi naszymi zaczytanymi serduchami i zgodnie z obietnicą zostawiam dla chętnych kod rabatowy: MATAJACZS40 działa między 10-14.03 na stronie (klik) i dotyczy całej oferty Czytam sobie – macie co przeglądać, bo wybór tematyczny jest jak już wspomniałam naprawdę spory!

Źródła:

Suggate i wsp. 2012 learning to read later catch up to children reading earlier

Suggate, 2013 Does early reading instruction help reading in the long-term? A review of empirical evidence

https://www.otago.ac.nz/news/news/otago006408.html

Mama Pierworodnej, Drugorodnego i Wikinga. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Od prawie 6 lat wspiera w internecie matki za pomocą tego o blogaska. Pomysłodawczyni nurtu zabaw Montesorry, a także rodzicielstwa opartego na lenistwie.

Be first to comment