Od obowiązku czytania ważniejsza jest radość z niego – o tym jak ją wspierać w pierwszych latach życia

Partnerem wpisu jest wydawnictwo HarperCollins

Jednym z pytań, które bardzo często od was dostaje jest to o czytanie moich dzieci. Bowiem zarówno ośmiolatka, jak i sześciolatek dosłownie połykają książki, kochają je i czytają sami z siebie, z własnej inicjatywy – wkurzając się niemiłosiernie gdy matka każe im przerwać i przyjść na posiłek czy coś tam. Pytacie mnie więc nie tylko o to jak nauczyłam ich czytać, ale też jak sprawiłam, że to lubią i kiedy zaczęłam.

Obawiam się jednak, że nie ma na te pytania prostych odpowiedzi – to nie przepis na ciastko żeby u każdego wyszło to samo, bo podstawowy składnik w postaci WSZYSTKIEGO (dziecko, sytuację, środowisko itd.) mamy zupełnie inny, ale chciałabym wam dziś podrzucić ku refleksji kilka myśli, które mogą coś zmienić w naszym postrzeganiu czytania.

Pierwsza z nich wiąże się z tym o co pytacie najczęściej, czyli kiedy zacząć dziecko uczyć czytania? Bo wbrew poprzedniemu akapitowi brutalna prawda jest taka, że na to akurat pytanie jest tylko jedna jedyna prawidłowa odpowiedź, a brzmi ona:

najlepiej zacząć już wtedy gdy jest noworodkiem

Tak – nie zwariowałam. Nam się bowiem wydaje, że nauka czytania zaczyna się dopiero wtedy gdy powiemy dziecku, że to jest literka A jak Arbuz, a to B jak Basia. Tymczasem umiejętności niezbędne do czytania zaczynają się kształtować już w momencie gdy czytamy z maluchem pierwsze książeczki – nawet te „tylko” obrazkowe. Już wtedy pokazujemy, że istnieją symbole i druk, które mogą wyrażać coś więcej i łączyć się ze sobą, tworząc bogatą treść. Uczymy w ten sposób konceptu książki, kolejności odczytywania i wielu, wielu innych bez których ten pociąg nie pojedzie dalej. To właśnie te pierwsze kontakty z książką tworzą fundament na bazie którego można potem mówić, że to jest A, a następnie samodzielnie rozszyfrować arbuza. Ten etap przedczytelniczy ma nawet swoją wyfiokowaną, profesjonalną, naukową nazwę (emergent literacy stage) i dziś jesteśmy już pewni tego, że jest bardzo ważny. Nauka czytania zaczyna się bowiem w momencie pierwszego kontaktu z książką.

A jako że o polecenia książek pytacie mnie równie często jak o czytanie samo w sobie to pozwólcie, że przy okazji z przyjemnością zaanonsuję, że wydawnictwo HarperCollins w ramach mojego ulubionego cyklu Akademia Mądrego Dziecka (o którym pisałam już TU i TU) wypuściło właśnie na rynek kolejny fajny cykl książeczek dla maluchów – Kolorowy Świat. Świetna propozycja dla dwu-, trzy-, a może nawet czteroletnich maluchów (oraz starszego rodzeństwa, które jak pokazuje przykład moich starszaków również może się żywo zainteresować).

z tego pociągu wychodzi zaskakująco dużo ludzi 😀

W cyklu są 4 książeczki z różnych obszarów tematycznych, więc dla każdego coś miłego, ale to co najważniejsze – w każdej z nich są uwielbiane przez dzieci ruchome elementy. Tym razem już nieco delikatniejsze niż w poprzedniej stricte obrazkowej serii (o TEJ) więc zdecydowanie nie nadają się dla niemowląt. To dla tych już nieco starszych dzieci – przy czym dwulatkowi trzeba będzie asystować, bo sam dokona raczej aktu totalnej destrukcji, natomiast trzy-, czterolatki ogarną myślę na spokojnie same. Same albo z rodzicem, bo wspólne manipulowanie ruchomymi elementami daje radość także rodzicom 🙂

Jajko pęka, kura schyla się po ziarno, klatka królików się otwiera – dzieje się!
A mamie można otworzyć okno – magia 😀

I to właśnie ta radość jest szalenie ważne w kontekście drugiego pytania, które mi zadajcie, czyli jak u licha sprawiłam, że moje dzieci czytają dla przyjemności. Niestety na to nie ma już prostej odpowiedzi, choć musicie mi uwierzyć na słowo – jest cały kierunek badań nad czytaniem, w którym analizuje się co robić by dzieciaki czytały dla przyjemności. To jest dość mocno zagłębiany temat, bo wiemy już, że tylko radość czerpana z czytania, z tego nurzania się w świecie wyobraźni (lub wiedzy) i druku może nam zagwarantować, że kiedyś dzieci będą sięgać po książki z własnej inicjatywy, a nie wyłącznie dlatego, że będzie klasówka z Nad Niemnem. I choć oczywiście jest to kwestia szalenie złożona, będąca wypadkową bardzo wielu czynników – choćby tego, że lektury w szkole potrafią być naprawdę parszywe i obrzydzić czytanie bardziej niźli jarmuż jedzenie zieleniny – to my ze swojej rodzicielskiej strony możemy choć spróbować zapewnić fajny start w przygodę z czytaniem i pokazać dziecku jak przyjemne to jest. Część ekspertów „od czytania”, których gdzieś tam zdarzyło mi się słuchać/czytać podkreślało zresztą, że według nich jednym z ważniejszych prognostyków tego czy dziecko polubi się z czytaniem jest to czy rodzic podejdzie do czytania małemu dziecku jak do przyjemności czy bardziej jak do obowiązku.

Tymczasem bywa tak, że ze względu na bombardujące nas zewsząd informacje o tym jak ważne jest czytanie każdego dnia, zaczynamy podchodzić do tego jak do przykrego obowiązku, który trzeba zrobić – jak przewijania albo gotowania obiadu. I wiecie co? Ja się temu wcale nie dziwie. Większość z nas żyje bowiem w pośpiechu i wieczorem pada na pysk, a upodobanie kilkulatków do czytania w kółko jednej i tej samej książki to taka wisienka na tym pospiesznym torcie, która sprawia, że nie mamy wcale ochoty czytać tylko wywalić książkę przez okno i nigdy więcej na badziew nie spojrzeć. Zdarzały mi się na mojej rodzicielskiej drodze takie sytuacje wielokrotnie i wielokrotnie przełamywałam się, czytając na siłę, beznamiętnym głosem i z zaciśniętym gardłem, bo przecież – trzeba. Trzeba CODZIENNIE.

A potem poszłam po rozum do głowy i zaczęłam odpuszczać gdy nie miałam już siły i nie czytałam gdy miałam słabszy dzień. Nie czytałam w te dni, bo chciałam żeby to było radością, a nie przykrym obowiązkiem – wszak dzieci doskonale wyczują jakie matula ma podejście. A kiedy przestałam to tak postrzegać to zdjęło ze mnie spory ciężar. Ba, dzięki temu podejściu, dzięki świadomości, że jak nie dam rady to też ok i podchodzeniu do tego bez spiny, zdarzało się, że kiedy mi się nie chciało to zamiast powiedzieć po prostu „nie” zamieniałam to w… zabawę. Zabawę dla mnie. Stwierdzałam, że dziś się wygłupiam i zamiast czytać znowu-to-samo wymyślałam jakieś skrajne głupoty na bazie oryginału, które śmieszyły mnie okrutnie, bo wiadomo, że nic tak nie bawi jak własne żarty. Oni mnie poprawiali więc mówiłam im, żeby skoro wiedzą lepiej to sami mi opowiedzieli tę książkę. Opowiadali. W końcu weszło nam to tak w nawyk, że lekturę książek zaczynaliśmy od pytania: dzisiaj się wygłupiamy czy czytamy jak normalni ludzie 😉

Bo to jest kolejna ważna kwestia. Nasze podejście. Często bowiem podchodzimy do czytania dzieciom po szkolnemu – nasz system edukacji nauczył nas bowiem tego, że czytać trzeba od A do Z, a za ominięcie nudnych opisów przyrody w Nad Niemnem będzie ocena niżej i ogólne „siadaj pała”, zatem kiedy małe – roczne, dwu-, trzy-, czteroletnie – dziecko zamiast słuchać „grzecznie” woli biegać po pokoju albo przewraca nam stronę w połowie zdania czy nawet każe omijać całe strony to czujemy się zbici z tropu, bo myślimy, że tylko nasze tak niezainteresowane czytaniem, a inne siedzą i uwagą wsłuchują się w treść traktatów filozoficznych. No i jest nam smutno, bo pewnie popełniliśmy błąd. Więc zaczynamy naciskać na malucha, że trzeba całe, że nie pomijamy i bardzo uważnie podchodzimy do sprawy.

Warto więc pamiętać, że masa dzieci nie ma potrzeby siedzenia na kolankach i słuchania całej książki od A do Z. Większość przewraca strony, przyspiesza, biega i dłubie w nosie. Dlatego:

nie trzeba zawsze czytać długim ciągiem.

Uwaga u małych knypków jest ulotna i trwa ledwie kilka minutek (dla takich 2-3 latków to może być cokolwiek w zakresie 2-8 minut – to jest naprawdę niewiele) zatem codzienne czytanie to może być równie dobrze kilka wyrwanych chwil w ciągu dnia. Czasem kilka razy w ciągu dnia, czasem raz – zależy jak się ułoży. Tu fragment, tam fragment i mamy to. Jeśli dziecko przerywa czytanie i przewraca stronę w połowie zdania – to ok, idźmy za jego wolą, czytajmy tam gdzie ono chce, to co ono chce i ile ono chce. Nikt go nie będzie egzaminował z rozmiaru rękawiczek Izabeli Łęckiej (to ta laska z Lalki) – takie głupoty dopiero w liceum, teraz niech się bawi i cieszy lekturą. I niech ta lektura cieszy też was.

Bo to właśnie radość z czytania z rodzicem, atmosfera zabawy jaka temu towarzyszy, wesołe interakcje w trakcie pomagają wytworzyć w głowie dziecka pozytywne skojarzenia z czytaniem. To ma być rozrywka, radość, fajne chwile, nie obowiązek, bo trzeba czytać codziennie i na poważnie i nie ma że boli. Myślę, że za rzadko o tym myślimy kiedy mówimy o tym jak ważne jest czytanie dziecku. Tak czytanie jest szalenie ważne, ale radość z niego też ma swoje znaczenie. Radość rodzica też 🙂

Poniżej przedstawię wam zatem kilka moich patentów do wykorzystania dla wzbudzenia radości w maluchu – bo jak on się chichra to z reguły i nam jakoś lżej, nawet jak padamy na paszczę:

– pozwól dziecku poczuć się „mądrzejszym” – pokazując na małpę na obrazku zapytaj czy to piesek – sporo dzieci lubi taką zamianę ról, a powiedzenie rodzicowi, że no co ty wariacie przecież to piesek to ubaw normalnie po pachy. O! Albo zacznij od trzymania książki do góry nogami. Niech będzie śmiesznie.

– odgrywajcie scenki – jeśli dziecko nie lubi biernego słuchania możecie się pobawić w teatr, odtwarzać to o czym mówi treść albo obrazki – jeśli są żabki można skakać, jeśli dziecko na obrazku bawi się klockami można się bawić w trakcie. Można udawać, że to miś czyta. I nie trzeba wcale długo – 3 minuty też są super!

– bawcie się głosem, krzyczcie, wydawajcie dźwięki, wygłupiajcie się w trakcie czytania

– bawcie się książkami – wiele z nas ma zakodowane z dzieciństwa, że książka to świętość i trzeba ją oprawić w gazetę i chuchać i dmuchać, i choć owszem szanowanie rzeczy jest całkiem spoko umiejętnością, to można z pełnią szacunku wykorzystać książki jako elementy konstrukcyjne do zabawy – tunele, parkingi, domki. Niech one kodują się w pamięci jako coś fajnego, jak element zabawy, radość.

– pamiętajcie, że to nie obowiązek – nie masz już siły, odpuść, nie dziś to jutro gdy będziesz bardziej wyspana/y, może w lepszym nastroju, wtedy będzie śmieszniej, weselej, przyjemniej, a w głowie dziecka powstanie przyjemne skojarzenie czytania z fajnie spędzonym czasem.

Bo czytanie ma być przyjemnością, nie obowiązkiem 🙂 A jak chcecie nowe radosne książki to pamiętajcie, że w nowej serii HarperCollins radochę można czerpać z manipulowania elementami i zaglądania w okienka:) Całość dostępna TU. Ja polecam. Wiking jak również :)) Zresztą jak cały cykl Akademia Mądrego Dziecka, bo mamy ją i lubimy w całości, ba mam wrażenie, że towarzyszy nam od pierwszych miesięcy i razem z Wikingiem dojrzewam 🙂 A ja czekam teraz na wasze patenty na radość z czytania.

Mama Pierworodnej, Drugorodnego i Wikinga. Żona Wirgiliusza. Uwielbia podejmować decyzje w oparciu o to co prawi nauka, bo z rad ciotek dobra-rada trudno wyciągnąć zwykle spójny wniosek. Czekoladoholiczka, która jak na matkę małych dzieci przystało nie ma absolutnie żadnego hobby. Poza spaniem rzecz jasna. Od prawie 6 lat wspiera w internecie matki za pomocą tego o blogaska. Pomysłodawczyni nurtu zabaw Montesorry, a także rodzicielstwa opartego na lenistwie.

4 komentarze

  • Odpowiedz 5 września, 2020

    Estera

    Jak Junior był ok rocznym berbeciem a ja byłam bardzo zmeczona, to wrzucałam mu do łóżeczka książeczkę, kładłam się obok i pół przysypiając recytowałam tekst z pamięci 😀 Przynajmniej chwila odpoczynku. Junior książki miał w łóżeczku razem z przytulankami od początku. Teraz jako ośmiolatek nadal ma łóżko pełne książek i czyta na potęgę.

  • Odpowiedz 10 września, 2020

    Dariusz Czepiel

    Przydałaby się taka lista popularnych/polecanych książek dla różnych przedziałów wiekowych 🙂

  • Odpowiedz 16 września, 2020

    Magda

    My staramy się mieć książkę zawsze przy sobie, szczególnie w takich miejscach, gdzie z góry wiemy, że możemy się nudzić, np. jazda samochodem, autobusem, przychodnia. Książka staje się wtedy „umilaczem” trudniejszego czasu i siłą rzeczy kojarzy się z przyjemnością.
    Myślę też, że tak jak ze wszystkim, przykład idzie z góry. I chociaż czasu na czytanie w matczynej codzienności jest jak na lekarstwo, to dobrze czasem się też pokazać dziecięciu z książką w ręku 😉

  • Odpowiedz 28 października, 2020

    Motyl Patrycja

    Bardzo dobrze! Dzieciaczki trzeba zaznajomić z książkami jak najszybciej! Nauka czytania ze zrozumieniem jest bardzo ważna dla każdego człowieka. Ja od zawsze czytałam swojemu synkowi do snu. Teraz sam wertuje strony ulubionych książek 🙂

Leave a Reply